Feeds:
Posty
Komentarze

Archive for Październik 2011

Moonlight Over The Sea

Paul Dombrecht, belgijski oboista i jednocześnie szef orkiestry Il Fondamento oraz Jos van Immeseel, pianista i klawesynista oraz szef Anima Aeterna spotkali się w studiu niczym reprezentanci dwóch epok. Oboista – ze swoim barokowym bagażem, pianista – z klasyczno – romantycznym nastawieniem. Razem zagrali utwory bliższe wykonawczo temu drugiemu, choć brzmienie nawiązującym do tego pierwszego. Wyszło im dzieło znakomite, ale to tylko po części ich zasługa. Schumann, Kalivoda (albo z niemiecka Kalliwoda, bo z tymi Czechami to do końca nie wiadomo, jak pisać) i Pixis (nie mylić z … Pixies) bowiem, jako kompozytorzy zasługują na co najmniej wspomnienie w Klasycznej Niedzieli, co niniejszym – dziale RECENZJE – czynię. Ciut inaczej, niż zwykle, ale jakoś tak mi dziś się z nastrojem porobiło.

A muzyka będzie wieczorem, jak tylko ogarnę się, jakimi zdjęciami ją zobrazować…

Read Full Post »

Na sobotni i niedzielny poranek – serwujemy dziś średniowiecze. Na pierwsze danie idzie Hildegarda z Bingen – w każde właściwie sobotnio – niedzielne śniadanie się ona wplecie, a to za sprawą chleba orkiszowego, któren chętnie i dostępnie w soboty właśnie udaje się nam kupić i potem śniadać (co zaś niemiecka mniszka ma do owego chleba przeczytacie tu). Hildegarda, za sprawą nowego (dla mnie) ansambla Sequentia jest obecnie dysponentem większości mojego czasu muzycznego, toteż dzielę się spostrzeżeniami na temat jej muzyki w stosownym dziale.

Zapraszam do słuchania, zwłaszcza, że w „kolejce” już czeka Bernard z Clairvaux. A hildegardowe O Jerusalem w wykonaniu Sequentii brzmi tak:

Read Full Post »

Recenzji tej płyty w dziale właściwym nie będzie. Bo jakoś nie mogę się zdecydować, gdzie powinna trafić. Czy umieścić ją pod „S”, jako że za muzyczne zobrazowanie Francji XVII wieku odpowiada Jordi Savall. A może zasadniej byłoby otworzyć przegródkę z literą „M”, jako że większość utworów to kompozycje, których autorem jest Marin Marais? Tudzież można by na upartego wepchnąć wszystko do działu „V” – jak Various Artists (ok., można również jako Różni wykonawcy, ale to mniej pasuje i mimo wszystko jakoś nie brzmi): bo i kompozytorów jest trzech minimum, no i wykonawcy też w kilka osób występują. Voila! Takie bogactwo, że… wybrać się nie da i już. Więc zamiast recenzji w dziale REZENZJE będzie wpis na stronie głównej o takimż charakterze, więc w sumie wszystko gra.

Skoro zatem kwestie formalne mamy wyjaśnione, to czas przejść do muzyki. Owszem, przyznaję, jakoś tak Francuzi nie robili na mnie wrażenia. Pomijając przyczyny (ech tak historia i polityka), a przechodząc do skutków (nadmiar niechęci) – okazuje się, że moje uprzedzenie ku muzyce francuskiej nabrało już tak znaczących rozmiarów, aż trudno przed nim uciec. Owszem, jakieś tam jaskółki odnowy się pojawiały (vide Charpentier), ale przy takich Niemcach, do których nienawiść powinienem wyssać z mlekiem matki i ugruntować filmami o II w. światowej to po prostu czarna muzyczna dziura.

Tym bardziej przyjemniej jest mi zachęcić do posłuchania albumu z muzyką, która trafiła do mnie w sumie przypadkiem, za sprawą znajomego. A tak, najpierw była płyta, a potem – wyszukany w sieci (dlaczego tak – o tym w osobnym wpisie) – film. „Wszystkie poranki świata” czyli Tous Les Matis du Monde Alaina Corneau obejrzałem z niezwykłą przyjemnością, bo primo to dobrej muzyki w filmach ostatnio jak na lekarstwo, a secundo – taki rodzaj sztuki filmowej nieczęsto się zdarza w ogóle (bo jednak świat woli strzelanki lub komedyjki tudzież inne kosmiczne polowania) i na dodatek rzadko można go obejrzeć, przegapiwszy premierę.

Słynny (chyba nawet bardziej niż kompozytorzy muzyki wykorzystanej do filmu razem wzięci) Jordi Savall, wymieniany jako twórca tej muzyki filmowej posłużył się w jej ułożeniu kompozycjami francuskiego baroku. Marin Marais i Jean de Sainte-Colombe – bohaterowie opowieści Corneau oddali filmowej ścieżce dźwiękowej swoje utwory, a Savall, jak to on, wespół z zespołem pięknie je wykonali. Album Alia Vox w wersji SACD nabyłem więc z ogromną ochotą po wcześniejszych odsłuchach muzyki z CD i nie zawiodłem się. Już od pierwszej miniaturki na albumie – marszowego  Marche pour la ceremonie des turcs słychać niezwykłą wręcz przestrzeń w tych nagraniach. Jest melodyjnie, malarsko i poetycznie, a muzyka doskonale się broni bez obecności obrazu, dla którego została sprokurowana, co potwierdza znakomitość muzyków i samych kompozycji.  Oczywiście viola da gamba do łatwych instrumentów nie należy. Tak dla samego wykonawcy, jak i dla słuchacza. Jednak po oswojeniu się z jej specyfiką, z barwą dźwięku i łagodnym brzmieniem nabieramy coraz to więcej szacunku dla każdej wydobytej z tego instrumentu nuty. Można wręcz zapaść się w brzmienie tamtejszego świata, posmakować Francji której już nie ma od wieków i powzdychać do czasów, gdy każda nuta brzmiała tak, jakby umierała. Ten cytat, padający zresztą w filmie jest najlepszą recenzją albumu. Prawdziwą oceną wartości muzyki zawartej na Tous les matins du monde.

Posłuchajcie na koniec jednego z utworów. Kojarzy wam się ten motyw? Mnie z pewnością, pytanie tylko, kto i kiedy oraz od kogo coś zapożyczył…

Read Full Post »

Zanim dotrzemy do wyjaśnienia, krótka opowieść.

Jego instrumenty ceniło sobie wielu współczesnych mu ludzi. Muzyków, kompozytorów i możnych tamtego świata. Kształcony przez mistrza mistrzów – Nicolę Amatiego (choć dowodów na to zbyt wielu nie ma) swoje skrzypce zaczął budować już w młodym wieku, od razu zyskując opinię sumiennego i niezwykle skrupulatnego lutnika, który zawsze starał się najlepiej wykonać swoją pracę. Może też właśnie dlatego nie miał uczniów (co w sumie nie pozwoliło mu rozwinąć skrzydeł na tyle mocno, by zapewnić stabilność finansową swojej rodzinie), skutkiem czego zmysł budowniczego tych znakomitych instrumentów zniknął wraz z jego śmiercią.

Do dziś zachowało się niewiele jego skrzypiec, że o pozostałych instrumentach nie wspomnę. Za sprawą bowiem problemów finansowych, choroby i jakby tego było mało – oskarżeń o herezję (mówiąc wprost zakapowano go, że trzyma w domu pisma luterańskie) trafił do więzienia, co w katolickiej wówczas Austrii było fatalnym w skutkach zdarzeniem. Nie pomogła znajomość tematu przez dwór Habsburgów (bo „cesarz nie pomaga heretykom”), nie pomogła liczna rodzina, ani małe dzieci, ani nawet zdarzenie, które powinno zafrapować wówczas cały kraj i spowodować, że zapomni się o tak nic nie znaczącej sprawie, jak jakieś pisma Lutra.

Jacob Stainer, bo o nim mowa, lutnik z Absam, zmarł w zapomnieniu, w tymże właśnie roku oblężenia Wiednia, gdy polska konnica pędziła w dół Kahlenbergu na pohybel czambułom Kary Mustafy. Jego dom i majątek sprzedano za długi rok później, pieniądze rozdzielono między wierzycieli, a żona zmarła w ubóstwie pięć lat po mężu.

Cóż, a skrzypce Jacoba Stainera datowane na 1655 rok sprzedano w tym roku na aukcji w Domu Aukcyjnym Christie’s za skromne 70.181 £. No, ale takie jest życie…

Skąd taka opowieść? Ano, bo jego instrumentu można posłuchać na płycie Coviello Classic. Zapraszam do działu recenzje, gdzie krótka zajawka tego, co potrafi ze stainerowskimi skrzypcami zrobić Daniel Sepec.

Read Full Post »

Dlaczego? Bo ujął mnie ostatnio Vivaldi swoimi koncertami op. 3 (L’Estro Armonico). Najpierw w wersji Neville’a Marrinera i jego Academy of St. Martin-in-The-Fields (no nawet ładne), potem w wykonaniu Fabio Biondiego i Europa Galante (oj, dzieje się, dzieje), a na koniec Stefano Montanariego i Accademii Bizantina (genialne). Niby te same utwory, niby wszystko jasne, niby uznani wykonawcy, a …. skutek tak różny, że aż niewiarygodny.

Zatem – żeby się tym nastrojem podzielić – w wiadomej zakładce recenzja albumu Europa Galante. Jak mego zauroczenia nie przykryje inna muzyka – to postaram się też szybko sprokurować kilka zdań na temat wersji wydanej przez ARTS (zwłaszcza, że to SACD).

A oprócz tego – prosi się o omówienie nowa płyta Arte Dei Suonatori, no i mamy październik. Miesiąc Różańca. A skoro tak, to bezwzględnie muszę wreszcie skreślić kilka słów na temat Sonat Różańcowych Heinricha Ignaza Franza Bibera (ale broń Boże dżastina!!)

Zanim jednak to wszystko – krótka zajawka niezwykłego Biondiego w jednym z koncertów z op. 3.

Read Full Post »

Krótki i nie wymagający komentarza. Ale – możliwy do zobrazowania muzyką.

„”Obowiązującą muzyką w niebie jest Bach, ale jak aniołowie są sami, to grają sobie Mozarta” A. Schönberg

I muzyka na dziś:

… a tak mnie naszło…

Read Full Post »

…był Kris 🙂

A u mnie – w poniedziałek rano, przy pięknym słońcu i z lekką mgiełką nad polami Wielkopolski – Michael Praetorius. Jego luterańską mszę na Boże Narodzenie rano znajdziecie TU. I nawet jak nie przekona was moje zdanie na wspomniany temat – posłuchajcie muzyki. To jeden z tych utworów, o których niełatwo zapomnieć…

A Wielkopolska w październiku, o poranku, potrafi wyglądać tak…

Jesień w Wielkopolsce

Read Full Post »

Older Posts »