Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Maj 2012

Dziś, o godzinie 18 na Zamku w Kórniku kolejne spotkania z muzyką klasyczną. Tym razem profesor Gubański i jego goście:

 Tomasz Gubański – obój

&

trio  „New Harmony”  w składzie:
Ewa Gubańska – skrzypce, sopran
Jakub Kaszuba – obój
Michał Gajda – akordeon

 Prowadzenie koncertu – oczywiście  Maria Banaszkiewicz-Bryła

 

W programie:

J. Ph. Rameau – Tambourin
J. S. Bach Recitativ i aria z Kantaty weselnej „Sich uben in Lieben” BWV 202
B. Britten -Two Insect pieces : Konik polny, Osa
W. Lutosławski – „Spóźniony słowik”,”Pan Tralaliński” do słów J. Tuwima
A. Piazzolla – Tante Anni Prima
J. Baird – Shadow dance and Lament

 WSTĘP WOLNY

Reklamy

Read Full Post »

Wieść niesie (poparta źródłami od Alberta Schweizera i Christopha Wolffa), że Johann Sebastian Bach już w latach młodzieńczych zasłynął swoją wiedzą i sprawnym uchem, jeśli chodzi o bardzo ważny dla muzyki początku XVIII wieku instrument. Czyli organy. Słynny kantor zanim stał się sławny wynikiem swoich uzdolnień kompozytorskich, opanował ówczesny świat muzyki organowej dokumentnie. Każde szanujące się miasto, w którym powstawały nowe lub remontowano stare organy, szukały potwierdzenia ich wartości właśnie u Jana Sebastiana. Inna sprawa, że wówczas słynne było też powiedzenie, że w szanującej się orkiestrze „…dobrze było mieć jakiegoś Bacha” – taka to uzdolniona rodzina się nam tu jawi. Ale – eksperckie ucho Jana Sebastiana w zakresie brzmienia organów przeszło do legendy i nawet po latach żaden z biografów nie poddawał krytyce owej niezwykłej roli, jaką Bach dla popularyzowania organów i muzyki na nie pisanej odegrał.

Na tym samym biegunie, acz zupełnie współcześnie sytuuje się dbałość o brzmienie, jakość i perfekcję wykonawczą, jaką obserwujemy u … Krystiana Zimermana. Swój fortepian wozi wszędzie sam, dokonał w nim kilku przeróbek (Stainway & Sons oczywiście się na to zgodzili), stosuje wymienne klawiatury (bo niektóre klawisze się szybciej zużywają), słowem… robi wszystko, by sobie, a w gruncie rzeczy też nam zapewnić najwyższą jakość dźwięku. O walorach muzycznych jego interpretacji wypowiadał się nie będę, kto mnie zna, ten wie, że winyl z zapisem owego fantastycznego koncertu finałowego IX Festiwalu Chopinowskiego stanowi chyba najważniejszą płytę mojej kolekcji. Rzadko już odtwarzaną (bo czas mija, a sprzęt drzewiej bywał jednak mniej wyrozumiały dla takiego nośnika), ale nadal hołubioną i uwielbianą. Jest więc dla mnie Zimerman kwintesencją dbałości o ducha muzyki: i brzmienie, i jakość wykonawcza idą tu w parze, więc ilekroć wspomnę – chylę czoła.

Owe powyższe wspomnienia o perfekcjonizmie w sumie wzięły się z mojego ostatniego kontaktu z muzyką graną przez innego słynnego pianistę. Słynącego równie wielką perfekcją wykonawczą, co obaj wymienieni wyżej artyści. Mowa tu o Arturo Benedetti Michelangelim, włoskim pianiście, który pozostawił po sobie w sumie „niewiele” nagrań. Wszystko za sprawą owego idealizmu, ku któremu dążył właściwie w każdej minucie swojego grania. Jak coś się nie nadawało do publikacji – bezlitośnie lądowało w koszu. Jednak te nagrania, które się ostały, zupełnie wynagradzają nam brak rozbudowanej dyskografii. Co zarazem cieszy – spora ich część, zwłaszcza ta z koncertami fortepianowymi Mozarta i Beethovena – to muzyka live. Chyba nikogo nie trzeba przekonywać, jak znakomite to rozwiązanie: zapis chwili, emocji, zero wyrachowania, radość z muzyki – wszystko to świadczy o sile muzyki koncertowej i zapewnia jej ogromną przewagę nad wykonaniem studyjnym. Przynajmniej w moim osobistym przeświadczeniu.

Aczkolwiek, by nie umniejszać znaczenia „studia” w muzyce – sięgnijmy po płytę Michelangelego nagraną właśnie w studio. Na niej muzyka poety fortepianu. Kogo? O tym w recenzji…

 

Read Full Post »

Ano Mozart. Patetycznie, melodyjnie, sentymentalnie i uroczo po prostu. Z jakiej płyty? A z tej…

Read Full Post »