Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 2014

Zapytuje Fish w kompozycji White Russian. W sumie nie wiem. Ale nie tylko ja przeszedłem taką drogę (trochę przypomina to listę ulubionych stacji radiowych, wymienionych onegdaj przez Wronę) – można sobie tam pisać (słuchać) różne rockowe kawałki, ale kiedyś przychodzi czas, by zwrócić się ku prawdziwej muzyce. Nawet, jeśli jest w tym jakiś taki blichtr.

Nazwisko Karla Jenkinsa niewiele mówi. W każdym razie trzeba trochę wgryźć się w muzykę progresywną przełomu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, by owo miano skojarzyć. Progresywna? Ano, takie Genesis dla przykładu. Albo lepiej – Pink Floyd. Świta? A Soft Machine? Gdy „Pink Floyd” się sprzedał (znaczy, gdy odszedł od nich Syd Barrett) prawdziwi fani takiej muzyki słuchali tylko Soft Machine. A nie parweniuszy spod znaku latającej świni (nie zważajmy póki co, że emblemat pojawił się później). Fakt, że po wypadku Wyatta też nie było łatwo, ale to właśnie Soft Machine z Holdswothem i Jenkinsem w składzie święcił największe tryumfy. Co więc Jenkins robi w Klasycznej Niedzieli? Też się zastanawiam. Różnie z nim bywało, ale niedawno Walijczyk popełnił taką płytę i nie bardzo mogę się zdecydować, czy zasługuje na parę słów, czy nie zasługuje…

Reklamy

Read Full Post »

odrobię zastygłego w nutach piękna. Najpierw delikatnie, fortepianowo, tak z lekkim zapachem chopinowskiego preludium, tego o deszczu…

A gdy już dopadnie nas taka tęsknota za miejscami, które na nas czekają, za drogą, co przed nami, za powiewem wiatru we włosach i promieniach słońca na twarzy – proszę, popielęgnujmy w sobie tę radość serca. Zwłaszcza gdy w jednej minucie i czterdziestej trzeciej sekundzie odezwą się… a zresztą, sami posłuchajcie.

Read Full Post »

Letni deszczyk…

… komponuje się z taką muzyką. Zwłaszcza w niedzielę rano…

Read Full Post »

Francja vs. Australia…

Cóż, do takiego meczu w Brazylii pewnie nie dojdzie, bo Kangury, choć dzielnie stawali, z Holandią polegli i teraz został im tak jak zazwyczaj Polakom – mecz o honor. A Francuzi niestety poczynają sobie zbyt dobrze, nawet jak na swoją słabą grupę i zapewne pograją jeszcze minimum dwa spotkania. Skąd więc takie porównanie? Ano z muzyki jako żywo. Już wyjaśniam dokładnie.

W czasach zamierzchłych, tak odległych, aż wstyd przyznać, że się je pamięta, nieodżałowany Tomek Beksiński raczył słuchaczy, w tym i mnie nagraniami romantyków muzyki rockowej. Nie myślę tu rzewnie wyjaśniać, cóż to było i dlaczego z wypiekami na twarzy czekało się na co-poniedziałkowe wieczory. Dziś, w dobie wszelakiego dostępu do muzyki tamten prawie-że XIX wiek wydaje się równie odległy, co Alpha Centauri. Romantycy zaś mieli to do siebie, że czasami zaskakiwali nas brzmieniami, które młodemu człowiekowi najczęściej nic nie mówiły. Ważne, by melodia była z tych chwytających za serce, a refren dało się nucić od rana do wieczora.

Tak właśnie któregoś poniedziałkowego wieczoru z radia (kto jeszcze dziś słucha radia?!) zabrzmiały takty Man Of Colours. Piątego w kolekcji albumu australijskiej grupy Icehouse. Albumu przepięknego, z tych niezapomnianych, a magia utworu tytułowego pozostała z nami (a w każdym razie ze mną) na zawsze. I choć zespół ponad ów debiut (za taki wtenczas uznawałem ich piątą płytę!!) już się nie wzniósł, to raz jeszcze później przypomniał o sobie w sposób zadziwiający. Przy okazji publikacji kultowego albumu z coverami. The Berlin Tapes. Do tych dwóch albumów wracam dość często. Zwłaszcza do berlińskich taśm, które przeciwieństwie do obecnej historii o taśmach w naszym kraju naprawdę są legendarne i warto ich posłuchać.

A co to ma wspólnego z Francją, skoro w tytule jest Berlin? Ano, wybierając parę dni temu nagranie Arturo Benedetti Michelangeliego do kolejnego wpisu przypadkiem zupełnie zagrało mi w odtwarzaczu Debussym. Przypadkiem, bo jak pewnie uważny czytelnik Klasycznej Niedzieli się dawno zorientował, rzadko wychodzę poza datę 1849 roku. Umarł Chopin, nowego króla nie stało. Z klasyki pochopinowskiej dopuszczam do siebie jakieś nieliczne dzieła, słusznie lub nie uważając, że wyżej pewnego poziomu i tak nie podskoczą. Debussy zatem szans na zrozumienie nie ma żadnych. Nie dość, że nowy, to na dodatek Francuz i w ogóle jakiś taki nadymany. Eeee, no nie.

Aż tu zostałem skarcony. Słuchając bowiem Michelangeli’ego grającego swoje spojrzenie na muzykę francuską z przełomu XIX i XX stulecia nagle dotarło do mnie, że ja już ten utwór znam! I że bardzo go lubię. Zresztą, posłuchajcie sami. Najpierw oryginał:

A teraz Debussy w wersji australijskiej…

Prawda, że fajne?

 

Read Full Post »

Dwa : zero

Geniusz dwukrotny. Najpierw kompozytor, tak oczywiście genialny, że taki Czajkowski to może mu nie powiem co robić. A zaraz potem – pianista – tak absolutnie porywający, aż dech zapiera. Razem … sami posłuchajcie, to to niebo na ziemi…

Read Full Post »

… ale muzyki czasami lubię sobie posłuchać. A akurat nadarza się okazja, bo Ingolf Wunder właśnie nagrywa swój nowy album. Coś w tym stylu…

Read Full Post »

Tempo…

… w meczu Brazylia : Meksyk jest wręcz zabójcze. Na uspokojenie zatem proponuję prawdziwe, nigdzie nie śpieszące się largo

Read Full Post »

Older Posts »