Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Czerwiec 22nd, 2014

Francja vs. Australia…

Cóż, do takiego meczu w Brazylii pewnie nie dojdzie, bo Kangury, choć dzielnie stawali, z Holandią polegli i teraz został im tak jak zazwyczaj Polakom – mecz o honor. A Francuzi niestety poczynają sobie zbyt dobrze, nawet jak na swoją słabą grupę i zapewne pograją jeszcze minimum dwa spotkania. Skąd więc takie porównanie? Ano z muzyki jako żywo. Już wyjaśniam dokładnie.

W czasach zamierzchłych, tak odległych, aż wstyd przyznać, że się je pamięta, nieodżałowany Tomek Beksiński raczył słuchaczy, w tym i mnie nagraniami romantyków muzyki rockowej. Nie myślę tu rzewnie wyjaśniać, cóż to było i dlaczego z wypiekami na twarzy czekało się na co-poniedziałkowe wieczory. Dziś, w dobie wszelakiego dostępu do muzyki tamten prawie-że XIX wiek wydaje się równie odległy, co Alpha Centauri. Romantycy zaś mieli to do siebie, że czasami zaskakiwali nas brzmieniami, które młodemu człowiekowi najczęściej nic nie mówiły. Ważne, by melodia była z tych chwytających za serce, a refren dało się nucić od rana do wieczora.

Tak właśnie któregoś poniedziałkowego wieczoru z radia (kto jeszcze dziś słucha radia?!) zabrzmiały takty Man Of Colours. Piątego w kolekcji albumu australijskiej grupy Icehouse. Albumu przepięknego, z tych niezapomnianych, a magia utworu tytułowego pozostała z nami (a w każdym razie ze mną) na zawsze. I choć zespół ponad ów debiut (za taki wtenczas uznawałem ich piątą płytę!!) już się nie wzniósł, to raz jeszcze później przypomniał o sobie w sposób zadziwiający. Przy okazji publikacji kultowego albumu z coverami. The Berlin Tapes. Do tych dwóch albumów wracam dość często. Zwłaszcza do berlińskich taśm, które przeciwieństwie do obecnej historii o taśmach w naszym kraju naprawdę są legendarne i warto ich posłuchać.

A co to ma wspólnego z Francją, skoro w tytule jest Berlin? Ano, wybierając parę dni temu nagranie Arturo Benedetti Michelangeliego do kolejnego wpisu przypadkiem zupełnie zagrało mi w odtwarzaczu Debussym. Przypadkiem, bo jak pewnie uważny czytelnik Klasycznej Niedzieli się dawno zorientował, rzadko wychodzę poza datę 1849 roku. Umarł Chopin, nowego króla nie stało. Z klasyki pochopinowskiej dopuszczam do siebie jakieś nieliczne dzieła, słusznie lub nie uważając, że wyżej pewnego poziomu i tak nie podskoczą. Debussy zatem szans na zrozumienie nie ma żadnych. Nie dość, że nowy, to na dodatek Francuz i w ogóle jakiś taki nadymany. Eeee, no nie.

Aż tu zostałem skarcony. Słuchając bowiem Michelangeli’ego grającego swoje spojrzenie na muzykę francuską z przełomu XIX i XX stulecia nagle dotarło do mnie, że ja już ten utwór znam! I że bardzo go lubię. Zresztą, posłuchajcie sami. Najpierw oryginał:

A teraz Debussy w wersji australijskiej…

Prawda, że fajne?

 

Read Full Post »