Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Lipiec 2014

Reklamy

Read Full Post »

W dowolnej kolejności. Ech. Dziś tylko zapowiedź recenzji. Takim utworem:

Wiem, że daleko stąd do baroku, ale… co to zmienia? Miłego dnia.

Read Full Post »

Ludwik XIV – co by o nim nie mówić – wyrazistą postacią był. Wiedział, co lubi, lubił, co znał, zaś rzadko oczekiwał nowości, słusznie w nich upatrując zagrożenie dla jego status quo. Państwo to ja – ten cytat wszyscy znają i trudno o bardziej dosadne potwierdzenie władzy zupełnej monarchy. Władzy i wiedzy dodajmy od razu. We wszystkim.

Najsłynniejszy z Bourbonów poza polityką, wojskowością, racją stanu i całą masą różnych rzeczy, na których znał się  najlepiej miał również własne zdanie względem muzyki. Jego specyficzne kontakty z Lullym, który wybił się przy Ludwiku na gwiazdę tamtego okresu przeszły już do legendy (doczekały się nawet całkiem dobrego filmu, o którym może będzie kiedyś okazja jeszcze coś skrobnąć), ale i pozostali kompozytorzy, skupieni wokół dworu absolutnego króla nie mogli narzekać na brak zainteresowania. Król lubił muzykę, za jednymi kompozycjami przepadał, a inne go nużyły, toteż i jego kompozytorzy starali się jakoś pod owe oczekiwania monarchy dopasować.

Wieść bowiem niesie, że Ludwik XIV nie przepadał za klasyczną i bardzo rozpowszechnioną w tamtym okresie formą muzyczną, za jaką zwykło się uważać mszę. To dość specyficzne, bo praktycznie każdy znaczący kompozytor z czasów baroku miał w repertuarze jakąś missa tudzież grand mass. Grywano je po kościołach i dworach ówczesnej Europy, ale… nie we Francji. No, może nie był to tak drakońsko realizowany zakaz, jak w przypadków niemieckiej nienawiści do Chopina kilka wieków później, ale jednak w obecności Króla – Słońce raczej tej formy muzycznej unikano. Życie, a ściślej tu – muzyka nie znosi próżni – skoro msza była „zakazana” to na jej miejsce powstała inna forma muzyczna, zaspokajająca gusty i oczekiwania władcy w stopniu wprost zadziwiającym. Mowa tu o „grand motet” wokalno – instrumentalnej formie rozwijanej na dworze francuskim właśnie za sprawą zachcianki Ludwika.

Czym różnił się grand motet od jego „pomniejszej” wersji czyli motetu? Ano tym, że przypominał bardziej kantatę, niż tradycyjny motet. Kantatę świecką dodajmy, choć oczywistym jest, iż elementów religijnych zupełnie uniknąć się nie dało… koniec końców wszak Ludwik XIV mienił się być „Z Bożej łaski Arcychrześcijańskim Królem Francji i Nawarry”Więcej oczywiście w dziale recenzje. Zapraszam.

Read Full Post »

Chwila wieczornego wytchnienia…

… z Jordi Savallem i Montserrat Fugueras. Muzyka śródziemnomorska idealnie nada się na taki wieczór jak dziś.

Read Full Post »

…lato wszędzie. To i leciutka muzyka bez zobowiązań. Taka do kawy, ewentualnie zimnej lemoniady, w ostateczności dobrze schłodzonego alzackiego Gewürtztraminera, oczywiście obowiązkowo w dobrym towarzystwie. Słowem: ot, wysublimowana gra pozorów, jaką tanim (no w miarę, jak ktoś wybierze lemoniadę) kosztem można sobie sprokurować w zwykłe popołudnie, gdy powietrze zastyga w tym swoim niespełna lub ponad trzydziestostopniowym upale.

Do takich okoliczności przyrody idealnym zda się być Mozart. Wielki Wolfgang Amadeusz bowiem miał lekką rękę do muzyki i do wina, był – jakbyśmy to dziś powiedzieli – celebrytą tamtych czasów. Bywał tu i tam, wszędzie szokując tak swoim wiekiem, jak i talentem. Miał też pecha i szczęście zarazem. Pecha, bo trafił swoim życiem w okres ówczesnej Europy naznaczony swego rodzaju findesieclizmem. Może wprost szału nieopamiętania francuskiej rewolucji jeszcze nie było ani widać, ani słychać… ale z pewnością współcześni musieli przeczuwać, że coś strasznego wisi w powietrzu. Na wschodzie walił się dawny porządek, a daleko na zachodzie dopiero zaczynał się budować gmach nowego wspaniałego świata, który w kolejnych stuleciach miał zdominować poczynania ludzkości. Wojny napoleońskie miały dopiero nadejść, a póki co kto mógł pił się i bawił do upadłego. Jakby przeczuwając, dokąd los prowadzi Stary Kontynent. Szczęście Mozarta tkwiło wbrew pozorom w tych samych przyczynach, co jego fatalny los. Ta zabawa, blichtr, żar, piękne kobiety i picie do obłędu… pozwalało zapomnieć, że wszystko to zniknie już wkrótce pod fasadą pięknych słów Robespierre’a i w huku buciorów armii Davouta i Kutuzowa. Ech… po cóż o tym myśleć, nie lepiej bawić się, zwłaszcza gdy taka gorączka za oknem?

Posłuchajcie, a po szczegóły zapraszam tu…

Read Full Post »

Godfrey_of_Bouillon,_holding_a_pollaxe._(Manta_Castle,_Cuneo,_ItalyRówno 915 lat temu. 15 lipca 1099 roku w historii świata wydarzyło się coś, co miało przez wiele lat, aż po dziś dzień wywierać wpływ na dzieje ludzkości. Tamtego dnia Gotfryd z Bouillon na czele swoich krzyżowców wdarł się wreszcie na mury Jerozolimy. Mieczem wyrąbał sobie drogę do najsłynniejszego miasta w dziejach ludzkości, a co stało się potem… długo by opowiadać. I nie byłaby to opowieść przyjemna, o nie.

Dzisiejsza rocznica jednak niech będzie okazją do przypomnienia o tym, iż na ziemiach, które zrodziły wielkiego Obrońcę Grobu Jezusa słychać było nie tylko szczęk oręża, ale i miłosne pieśni. Po szczegóły jednak zapraszam tu, recenzji albumu Potęga miłości. Z trzynastego wieku co prawda, ale nie bądźmy już tacy aptekarze.

A grają tak:

Read Full Post »

… ale Diaspora Sefardi wszystko rekompensuje.  Kocham ten album 😀

Read Full Post »

Older Posts »