Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 2014

O Jeruzalem…

… opowieść o Mieście Niebiańskiego i Ziemskiego Pokoju zagra nam w najbliższy poniedziałek w Mezzo Jordi Savall. Kataloński artysta swego czasu wystawił swoje przedstawienie nie tylko w najsłynniejszym mieście świata, ale również – przy okazji Misteria Paschalia – w Krakowie. Można oczywiście całości posłuchać z płyt, ale gdyby ktoś chciał się przekonać, jak wyglądały i brzmiały trąby jerychońskie, jak brzmi suficka muzyka przepleciona hebrajskimi lamentacjami, a to wszystko podane przez artystów z krajów dziś zupełnie ze sobą skłóconych – może to zrobić dzięki telewizyjnej relacji na wspomnianym wyżej francuskim kanale.

Tu więcej informacji zresztą. Dla przypomnienia – w najbliższy poniedziałek, o 20.30. Kto ma Mezzo – zachęcam.

Na koniec muzyka. Trochę oszukana. Dlaczego? Ano, bo na zachętę Pieśń Krzyżowców z XII stulecia. Pokój w Imię Boże. Jaki to był pokój, chyba nie trzeba wyjaśniać. Ale pieśń przednia, warta by posłuchać…

 

Read Full Post »

Tym razem małe co-nieco na wieczór. Wzorzec absolutnego piękna. Nie mam pojęcia, jak On to mógł napisać…

Read Full Post »

… był tylko teoretycznie różny o włoskich mistrzów baroku. Bo za sprawą Stylus Phantasticus okazał się być po prostu rewelacyjny. Szczegóły tutaj, a na deser małe wspomnienie jak było. Co prawda to nie Stylusi, ale ważne, że jedna z tych fantastycznych sonat…

Read Full Post »

Pan Adam pisał onegdaj tak:

O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!
O wiosno! kto cię widział, jak byłaś kwitnąca
Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca,
Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!
Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,
Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.

Fakt, że o wiośnie ponad wiek wcześniej. Ale tamta jesień 1918 też musiała być taka. Wyczekana. Niezwykła. Wszystkim, którzy tamtej jesieni przenieśli Polsce wolność dziękuję. Choć to za słabe słowo, zdaję sobie z tego sprawę.

Dziś gra u mnie tylko taka muzyka…

Read Full Post »

Kilkanaście koncertów za nami, sporo przed nami. Między innymi dzisiejszy kameralny Buxtehude. Jak będzie, zobaczymy i posłuchamy. Póki co – proponuję wspomnienie o tym, jak brzmiały villanelle, arie i muzyka instrumentalna z XVII wiecznych Włoch. W wykonaniu Jana van Elsackera i United Continuo Ensemble. Relacja w wiadomym dziale. A grali tak…

Read Full Post »

… proponuję wspomnienie piątkowego koncertu. Ależ było znakomicie. Więcej wkrótce, a póki co – niech zabrzmi muzyka…

Read Full Post »

Czarodziejski flet, mozartowska opera z 1791 roku pełna jest symboli masońskich. Mozart wraz z librecistą, Emanuelem Schikanderem zasiada w loży, więc nic dziwnego, że wiedzieli co w trawie piszczy. Ponoć właśnie za to komando masońskie otruło kompozytora w kwiecie wieku – sam Wolfgang przecież żalił się Konstancji, że „ktoś podaje mu accua toffana”. Dość powiedzieć, że jeszcze tego samego roku co premiera wyjawionych sekretów wielki kompozytor skonał w dość niewyjaśnionych okolicznościach. Potem jeszcze kilka mitów i przekręconych faktów dołożyli potomni i tak jest jak jest…

W sumie to nieważne. Liczy się bowiem, że umierając Wolfgang zostawił nam taką kompozycję…

Jak grają i śpiewają wkrótce, ino wymyślę oprawę wizualną 🙂

Read Full Post »

Taki wpis na dziś…

Gdy umierał, był lipiec. Chorował od dłuższego czasu, na chorobę, która była największą zmorą kompozytorów tamtych czasów. Miał spore problemy ze wzrokiem, dopadła go zaćma co tylko spotęgowało jego cierpienia. Nie dość, że nie widział, to przeszkadzało mu to w realizowaniu największej pasji swojego życia. Komponowanie stało się mordęgą. Poszukał więc pomocy u specjalisty. Angielski chirurg okulista, ten sam, co później leczył Händla przeprowadził w końcu operację. Po niej na chwilę się poprawiło, ale potem wdało się zakażenie. Spotęgowała wszystko rozpacz i frustracja, wskutek czego Jan Sebastian Bach umarł na wylew krwi do mózgu 28 lipca 1750 roku. I… „ze strony lipskiej nie było ani minuty żalu. Bach został zastąpiony przez niejakiego Harrera. Członek Tajnej Rady Królewskiej w Ministerstwie Wojny, burmistrz Stieglitz obwieścił, że szkoła potrzebuje kantora a nie kapelmistrza”. 

I tyle. Największy kompozytor wszech czasów umarł jak żył. Na uboczu. Prawie w samotności. Bez rozgłosu. Nawet nie do końca wiadomo, gdzie go pochowano. Jakże inaczej, niż Mozart. Oddajmy tu głos Michaelowi Steenowi:

„…Ostatnia choroba Mozarta trwała 15 dni. Nigdy nie cieszył się dobrym zdrowiem, a ponadto był przepracowany i zestresowany. Fama głosi, że choroba zaczęła się puchnięciem rąk i stóp oraz niemal całkowitą niemożnością wykonania jakiegokolwiek ruchu… Zachował pełną świadomość; stracił ją dopiero dwie godziny przed śmiercią. W dniu, w którym zmarł przyniesiono mu do łóżka partyturę Requiem. – Czyż nie mówiłem, że piszę to Requiem dla siebie? – zapytał… Mniej więcej dwie godziny przed śmiercią dostał konwulsji i zapadł w śpiączkę. Potem, godzinę przed śmiercią próbował usiąść, szeroko otworzył oczy i z powrotem opadł z głową odwróconą do ściany…” Był grudzień 1791 roku. Świat chwiał się w posadach.

Pochowano go na podmiejskim (wtedy) cmentarzu Sankt Marxer Fiedhof we wspólnym grobie. Ceremonię opłacił baron van Swieten. Zaiste, osiemnaste stulecie nie potrafiło należycie uczcić odejścia wielkich ludzi swoich czasów.

Na koniec więc będzie inaczej. Znowu oddajmy głos Steenowi:

Przyjaciele znaleźli mu ładne, słoneczne mieszkanie przy placu Vandome. Delfinę Potocką poproszono, by zaśpiewała dla niego 15 października, w dniu, w którym otrzymał Ostatni Sakrament. Słuchał, ale nie mógł mówić… Potocka musiała więc się zmuszać do śpiewania tłumiąc szloch. Gdy umarł, Auguste Clesinger zrobił gipsowe odlewy jego udręczonej twarzy i dłoni; owych drobnych dłoni z wyjątkowo smukłymi i delikatnymi palcami. Malarz Teofil Kwiatkowski wykonał kilka szkiców jego twarzy. Serce przekazano w urnie do Warszawy i umieszczono w kościele p.w. św. Krzyża niedaleko od miejsca, w którym niegdyś mieszkał…”

Inne stulecie. Inny naród. Zupełnie inaczej, prawda? Chopin umarł 17 października 1849 roku. Na pogrzebie wykonano fragmenty Requiem Mozarta, a organista Louis Lefebvre – Wely wykonał fragment sonaty b-moll znany potocznie pod nazwą marszu żałobnego Zmarłego Artysty.

Trzy życia, które wspominamy, bo po sobie zostawiły pomnik trwalszy niż ze spiżu. A iluż jest takich, którzy patrząc w takich kategoriach – nie zostawili po sobie prawie nic? A i tak pamiętamy. Do zobaczenia, Tato.

 ps. w treści wykorzystałem fragmenty książki Michaela Steena „Wielcy kompozytorzy i ich czasy”, wydanej w 2009 roku przez Dom Wydawniczy Rebis.

A ten marsz idzie tak…

Grał Artur Rubinstein.

Read Full Post »