Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Listopad 1st, 2014

Taki wpis na dziś…

Gdy umierał, był lipiec. Chorował od dłuższego czasu, na chorobę, która była największą zmorą kompozytorów tamtych czasów. Miał spore problemy ze wzrokiem, dopadła go zaćma co tylko spotęgowało jego cierpienia. Nie dość, że nie widział, to przeszkadzało mu to w realizowaniu największej pasji swojego życia. Komponowanie stało się mordęgą. Poszukał więc pomocy u specjalisty. Angielski chirurg okulista, ten sam, co później leczył Händla przeprowadził w końcu operację. Po niej na chwilę się poprawiło, ale potem wdało się zakażenie. Spotęgowała wszystko rozpacz i frustracja, wskutek czego Jan Sebastian Bach umarł na wylew krwi do mózgu 28 lipca 1750 roku. I… „ze strony lipskiej nie było ani minuty żalu. Bach został zastąpiony przez niejakiego Harrera. Członek Tajnej Rady Królewskiej w Ministerstwie Wojny, burmistrz Stieglitz obwieścił, że szkoła potrzebuje kantora a nie kapelmistrza”. 

I tyle. Największy kompozytor wszech czasów umarł jak żył. Na uboczu. Prawie w samotności. Bez rozgłosu. Nawet nie do końca wiadomo, gdzie go pochowano. Jakże inaczej, niż Mozart. Oddajmy tu głos Michaelowi Steenowi:

„…Ostatnia choroba Mozarta trwała 15 dni. Nigdy nie cieszył się dobrym zdrowiem, a ponadto był przepracowany i zestresowany. Fama głosi, że choroba zaczęła się puchnięciem rąk i stóp oraz niemal całkowitą niemożnością wykonania jakiegokolwiek ruchu… Zachował pełną świadomość; stracił ją dopiero dwie godziny przed śmiercią. W dniu, w którym zmarł przyniesiono mu do łóżka partyturę Requiem. – Czyż nie mówiłem, że piszę to Requiem dla siebie? – zapytał… Mniej więcej dwie godziny przed śmiercią dostał konwulsji i zapadł w śpiączkę. Potem, godzinę przed śmiercią próbował usiąść, szeroko otworzył oczy i z powrotem opadł z głową odwróconą do ściany…” Był grudzień 1791 roku. Świat chwiał się w posadach.

Pochowano go na podmiejskim (wtedy) cmentarzu Sankt Marxer Fiedhof we wspólnym grobie. Ceremonię opłacił baron van Swieten. Zaiste, osiemnaste stulecie nie potrafiło należycie uczcić odejścia wielkich ludzi swoich czasów.

Na koniec więc będzie inaczej. Znowu oddajmy głos Steenowi:

Przyjaciele znaleźli mu ładne, słoneczne mieszkanie przy placu Vandome. Delfinę Potocką poproszono, by zaśpiewała dla niego 15 października, w dniu, w którym otrzymał Ostatni Sakrament. Słuchał, ale nie mógł mówić… Potocka musiała więc się zmuszać do śpiewania tłumiąc szloch. Gdy umarł, Auguste Clesinger zrobił gipsowe odlewy jego udręczonej twarzy i dłoni; owych drobnych dłoni z wyjątkowo smukłymi i delikatnymi palcami. Malarz Teofil Kwiatkowski wykonał kilka szkiców jego twarzy. Serce przekazano w urnie do Warszawy i umieszczono w kościele p.w. św. Krzyża niedaleko od miejsca, w którym niegdyś mieszkał…”

Inne stulecie. Inny naród. Zupełnie inaczej, prawda? Chopin umarł 17 października 1849 roku. Na pogrzebie wykonano fragmenty Requiem Mozarta, a organista Louis Lefebvre – Wely wykonał fragment sonaty b-moll znany potocznie pod nazwą marszu żałobnego Zmarłego Artysty.

Trzy życia, które wspominamy, bo po sobie zostawiły pomnik trwalszy niż ze spiżu. A iluż jest takich, którzy patrząc w takich kategoriach – nie zostawili po sobie prawie nic? A i tak pamiętamy. Do zobaczenia, Tato.

 ps. w treści wykorzystałem fragmenty książki Michaela Steena „Wielcy kompozytorzy i ich czasy”, wydanej w 2009 roku przez Dom Wydawniczy Rebis.

A ten marsz idzie tak…

Grał Artur Rubinstein.

Read Full Post »