Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Marzec 25th, 2016

crucifixionO ile wczorajszy dzień jednoznacznie opowiadał się za muzyką Ciemnej Jutrzni, od której dość ekwilibrystycznie uciekliśmy w motety de Victorii, o tyle Wielki Piątek nie pozostawia w tej materii ŻADNEJ swobody. Jest bowiem kilka dzieł, które bezwzględnie domagają się uwagi w Dniu Męki Pańskiej i każde z nich przynosi muzykę tak znakomitą, że po prostu NIE WOLNO ich pominąć. Toteż my dziś nie pochylimy się przed ponadczasowymi, jak zawsze, Ostatnimi Siedmioma Słowami Jezusa Na Krzyżu… i to bez znaczenia, czy w muzykę ubrał je wspomniany w Wielkim Tygodniu Orlando di Lasso, czy też nasuwający się niejako samoistnie Giovanni Battista Pergolesi, czy też najznamienitszy w tym towarzystwie Józef Haydn (o moim ulubieńcu, Heinrichu Schutzu że nie wspomnę). Nie, Die Sieben Worte unsers lieben Erlösers u. Seeligmachers Jesu Christi, so er am Stamm des Hl. Kreuzes gesprochen każdy może sobie wyszukać i posłuchać, do czego zresztą zachęcam.

Skoro zaś nie „The Last Seven Words…” – to może druga oczywista oczywistość? Stabat Mater. Znowu Pergolesi, albo jeszcze lepiej – Boccherini, ze znakomitą Amaryllis Dieltiens na sopranie (padam na kolana, ilekroć słucham tego dialogu śpiewaczki i skrzypiec w Fac ut portem Christi mortem)? Nie, to byłoby za proste.

Pewnie ktoś teraz wykrzyknie (nie wiem, czy wolno w Wielki Piątek krzyczeć…): WIEM! WIEM! Membra Jesu Nostri. Nosz jasne, Rany Jezusa Chrystusa, cóż bardziej (zwłaszcza po filmie Mela Gibsona) bardziej może pasować do ilustracji tego Dnia? Aż mnie skręca, by zapodać tu link do Ecce super montes w wykonaniu Lautten Compagney i Capella Angelica. Albo w wersji The Sixteen. Albo Suzukiego. Ech… nie!

No to wybór może być tylko jeden. Jeden kompozytor i jeden utwór. Nic więcej nie pozostało do naszych czasów (mówiłem Wam, że wierzę w spiski? Że Watykan na 200 % coś równie pięknego skrywa przed nami? Jestem tego pewien, zwłaszcza, że… Gregorio Allegri pisząc Miserere nie mógł być zwykłą duszą skrytą w ciele człowieka. Nie ma takiej opcji. O ile wczoraj napisałem, że te dwie minuty motetu Domine Iesu Christi de Victorii brzmią, jak cała wieczność, to MISERERE MEI śpiewane przez The Tallis Scholars JEST WIECZNOŚCIĄ. Posłuchajmy, i popatrzmy, jak to w 1994 roku zabrzmiało w Bazylice św. Marii z Nazaretu w Rzymie.

Właściwie to mógłby być koniec. Jeśli Bóg lubi muzykę, a Allegri był człowiekiem, a nie aniołem, który zwiał z Nieba na ten nasz padół, to za Miserere wybaczy ludzkości wszystko. Dla Miserere warto było, że dał nam wolną wolę. Choć… nie tylko dlatego.

Bo jest jeszcze Requiem. Tak, tak. Ale nie to najsłynniejsze, mozartowskie. Nie wspominany w tym tygodniu Biber, czy pomijany przeze mnie, acz lubiany Verdi. Ten smutek przeogromny, strach, nienawiść do drugiego człowieka i pogardę, jaką niosą wydarzenia Wielkiego Piątku niech zniweczy aria dla której nie mam słów. Nie trzeba ich zresztą, bo stojąc pod Krzyżem nic, co powiemy nie jest ważne. Śpiewaj, Philippe..

Reklamy

Read Full Post »