Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for Październik 2017

Miasto nad Wełtawą bywa irytująco fascynujące. Irytujące, bo jest oczywiście pełne turystów, którzy krążą po uliczkach Malej Strany, przeciskają się przez Most Karola i popijają piwo w knajpach Starego Miasta, próbując tym samym ukraść dla siebie choć odrobinę jego niezwykłej atmosfery. Zachować te skrawki w fotografiach, błyskotkach od Swarovskiego, pluszowych postaciach Krecika, czy zielonych butelkach Absynthu. Ale też fascynuje bogactwem oferowanej muzyki, i to tej w najlepszym wydaniu. Tej, którą najbardziej lubimy…

28 października w Czechach wypada Święto Niepodległości. My będziemy to samo celebrować (o ile te nasze polskie nawalanki da się tak scharakteryzować) niespełna trzy tygodnie później, Czesi zaś cieszą się z upadku Cesarstwa Habsburgów właśnie w ostatnich dniach października. Cieszą się we właściwy sobie sposób. Po prostu… świętując. Nie rozpamiętują, kto stał po której stronie pod Białą Górą, albo czy powstanie w Pradze faktycznie było konieczne. Świętują, i basta. Robią sobie fotki, popijają grzańce, a w licznych kościołach Malej Strany czy Starégo Města zabrzmi muzyka klasyczna. I to jaka!!?? Vivaldi, Bach, Händel, Mozart, Pachelbel, Smetana, Dvořák, Beethoven. Wymieniać dalej?

Oczywiście, mając tak nadmiar koncertów (nie, nie da się wędrować z jednego na drugi, mimo bliskości poszczególnych sal) musimy też uszykować się na odpowiednie wydatki. W tej mierze – nie sposób nie zauważyć – bijemy Czechów na głowę. Muzyka klasyczna w Polsce jest bardzo tania (ani trochę mi to nie przeszkadza), u naszych południowych sąsiadów już tak różowo nie jest. Bilet na koncert to wydatek rzędu 500 kč. Trochę zatem ta przyjemność kosztuje…

Zawsze jednak, gdybyśmy mimo wszystko dalej mieli ochotę na odrobinę czeskiej muzyki klasycznej, to polecam wejść w niewielką uliczkę Tyńską, obok Kościoła Najświętszej Marii Panny przed Tynem. Znaleźć tam można świetny sklepik z płytami, mający spory wybór muzyki kompozytorów czeskich. Wartych posłuchania. Jak choćby fagotowe koncerty Antona Reichenaua. W pięknym wykonaniu Collegium 1704 pod batutą Vaclava Luksa. Do śniadania? A pewnie. Grajmy.

Read Full Post »

No to na dobranoc…

… coś sprzed kilku dobrych lat…

Read Full Post »

Ot, przypadek…

Zdarzyło się tak, że miałem wolny weekend. Ten, w trakcie którego przypada święto Matki Boskiej Zielnej. Ludzie w takich momentach zwykle walą tłumami nad morze lub w góry (niepotrzebne skreślić), więc postępując wg wzorca kulturowego pojechałem i ja. Odpocząć. Nad morze. Nad Bałtyk. W sierpniu. Z rowerem.

Zdarzyło się więc tak, że wsiadając w sobotni poranek na rower w Międzyzdrojach (w towarzystwie kolegi, a jakże) mieliśmy cel wyznaczony do przejechania. Bez względu na pogodę. Owo: „bez względu na pogodę” zapragnęło nas sprawdzić wkrótce. Jakieś 30 km od startu. Jazda na rowerze w deszczu, zwłaszcza latem, ma swój urok. Aczkolwiek trzeba się przygotować na pewne „niedogodności”.

I tak dochodzimy do sedna tej opowieści. Otóż… zdarzyło się wtedy tak, że na naszą wycieczkę zapodałem sobie do słuchawek muzykę klasyczną. Zestawioną specjalnie na tę okazję w Spotify. Sączyła się ona delikatnie, nie przeszkadzając w sporadycznych konwersacjach i ani się obejrzałem, jak ustawiona lista dobiegła końca. A potem… jak to zwykle w takich sytuacjach bywa – należało zmienić wybór (czyt. wybrać nową listę / album / wykonawcę… cokolwiek). Cóż… w ulewie klikanie czegokolwiek na ekranie smartfonu nie należy nie tylko do rozsądnych, ale i wygodnych. Odpuściłem sobie zatem ową operację, a że te aplikacje nie znoszą próżni, to komputer zaproponował sam „muzykę podobną do słuchanej”. I tak właśnie w moich słuchawkach pojawiła się Arianna Savall. I przestało padać. Forever! A więcej TU, w wiadomym dziale..

Zagrajmy.

 

Read Full Post »

A na dzień dobry…

… Eloge de la folie. Cudne to, jak mało co…

Read Full Post »

168

17 października to TA data. Nieodmiennie kojarząca się z jednym…

Dobranoc.

Read Full Post »

…gdy zaczniemy go sobie od takiej wyjątkowo zgrabnej arii Geminiano Giacomellego. Na wokalu, jak się to zwykło w czasach nowożytnych mówić – Ann Hallenberg. Na skrzypcach (i orkiestrze przy okazji rzecz jasna) … nasz ulubieniec. Stefano Montanari. Grajmy…

Read Full Post »

Dobrej nocy…

Read Full Post »

… współczesnych nam artystów, gdy powielają znane motywy w kolejnych swoich dziełach. Autoplagiat – krzyczymy ze zgorszeniem – jakby to była wyłącznie domena naszych czasów. A przecież… taki Jerzy Fryderyk Händel… weźmy dla przykładu jedną cudną melodię. Pochodzącą z III aktu opery Almira instrumentalną sarabandę przerobił on wszak na arię Lascia la spina z oratorium Il Trionfo del Tempo e del Disinganno (HWV 46a), a potem raz jeszcze machnął ów temacik jako Lascia ch’io pianga z opery Rinaldo (HWV 7). Tak że ten…

A, zapomniałbym. Ten demaskatorski wpis miał w sumie być pretekstem, byśmy sobie posłuchali, jak ślicznie się nam tu „spina” wokalnie Lucia Martin-Cartón i orkiestrowo Les Arts Florissants Williama Christiego. Dobrego dnia…

Prawda, że piękne?

Read Full Post »

O Samotności!

Na dobranoc ta prześliczna pieśń Henry’ego Purcella. Sopran szkockiej śpiewaczki Rachel Redmond pięknie akompaniowany przez francuski zespół Le Caravanserail pod batutą (znad klawesynu) Bertranda Cuillera. Dobrej nocy…

O, Samotności! Najsłodszy wyborze!

Wy- Miejsca od zgiełku tak oddalone,

Oddane ślepej, nocnej porze,

Jakże koicie me myśli strapione!

Nieba! Jakąż napawa mnie radością

Widok tych drzew, co z Czasem narodzone,

I jemu równe są starością,

A jednak we wszystkich epokach czczone 

Za świeżość ich i kolor tak miły,

Jak gdy raz pierwszy zobaczone były!

Read Full Post »

Read Full Post »

Older Posts »