Feeds:
Wpisy
Komentarze

Archive for the ‘historia’ Category

… w rękach Fabio Biondiego? Ależ tak! Słynny skrzypek zagrał, na potrzeby programu „Treasures of Violin Making” na skrzypcach, znajdujących się obecnie w Accademia di Santa Cecilia w Rzymie. Skrzypce datowane są na rok 1690, należały wcześniej (i stąd ich nazwa) do Kosmy III Medyceusza, Wielkiego Księcia Toskanii. Jak brzmią? Proszę bardzo – tak. Oto Heinrich Ignaz Franz von Biber i jego Chaconne g-moll, ze zbiorów znajdujących się w Kościele pod wezwaniem św. Jana Ewangelisty w Parmie.

 

Reklamy

Read Full Post »

O Jeruzalem…

… opowieść o Mieście Niebiańskiego i Ziemskiego Pokoju zagra nam w najbliższy poniedziałek w Mezzo Jordi Savall. Kataloński artysta swego czasu wystawił swoje przedstawienie nie tylko w najsłynniejszym mieście świata, ale również – przy okazji Misteria Paschalia – w Krakowie. Można oczywiście całości posłuchać z płyt, ale gdyby ktoś chciał się przekonać, jak wyglądały i brzmiały trąby jerychońskie, jak brzmi suficka muzyka przepleciona hebrajskimi lamentacjami, a to wszystko podane przez artystów z krajów dziś zupełnie ze sobą skłóconych – może to zrobić dzięki telewizyjnej relacji na wspomnianym wyżej francuskim kanale.

Tu więcej informacji zresztą. Dla przypomnienia – w najbliższy poniedziałek, o 20.30. Kto ma Mezzo – zachęcam.

Na koniec muzyka. Trochę oszukana. Dlaczego? Ano, bo na zachętę Pieśń Krzyżowców z XII stulecia. Pokój w Imię Boże. Jaki to był pokój, chyba nie trzeba wyjaśniać. Ale pieśń przednia, warta by posłuchać…

 

Read Full Post »

Osiemnasty wiek, to schyłek świetności dwóch wielkich państw centralnej Europy. I Rzeczypospolita schodziła ze sceny za sprawą koszmarnych błędów, jakie popełniali wówczas rządzący w niej tak królowie, możni magnaci, jak i szeregowa szlachta. Umierała też, choć jeszcze tego nie było wiadomo Saksonia. Obaj Augustowie z rodu Wettynów, którzy zasiedli na tronie w Krakowie wepchnęli się do swojego sąsiada zupełnie bez pomysłu na dalsze współistnienie. Pozwolili na osłabienie obu państw choćby przez to, że podnoszące coraz gwałtowniej głowę Prusy nagle stały się głównym graczem w okolicy. Rzeczypospolita umierała, dobijana rosyjskimi knowaniami, a Prusy, ten wrzód piętrzący się tam niczym obecny obwód kaliningradzki tylko czekały, aż będą mogły wyciągnąć łapy po ziemie coraz to bardziej chwiejącego się królestwa.

Saksonia na upadku Rzeczypospolitej straciła pozornie nic, a w rzeczywistości bardzo wiele. Zamiast spokojnego, przewidywalnego sąsiada, który nigdy nie zwracał swoich oczu na dziedzinę elektorów, pojawiły się przy jej granicach Prusy, które tak wyrozumiałe nie były. I żadnego znaczenia nie miało tu, że obywatele obu tych państw mówili tym samym językiem. Prusy ostrzyły sobie zęby na wszystkie ziemie niemieckie i w końcu dopięły swego. Również względem Saksonii. Fakt, że ostatecznie wbito jej w serce kołek na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku, ale… wcale nie musiało tak być. Tam gwóźdź do trumny państwa Wettynów wyostrzyli Prusacy, przytrzymali Austriacy z pomocą… Francuzów, a oczywiście wbili go głęboko i na zawsze, jak się później okazało – Rosjanie. Rzeczypospolita już nie istniała wówczas, choć nam udało się po ponad wieku zniewolenia podnieść z niebytu. Saksonia pozostała już na zawsze jednym z zaginionych, zapomnianych królestw, jakie rodziły się, istniały i upadały od początku naszego świata.

Skąd mnie wzięło znowu na takie wspominki historyczne? Ano, bo Saksonia, będąc u szczytu swoich możliwości polityczno – militarnych jednocześnie „rządziła” praktycznie ówczesną kulturą muzyczną. No, jeszcze Włosi w tych swoich rozdrobnionych jak okruchy chleba państewkach coś tam znaczyli. Reszta świata ówczesnego jedynie udawała, że cokolwiek jeszcze od niej w tej mierze zależy. I właśnie schyłek istnienia Saksonii wart jest dziś naszej uwagi. A to za sprawą muzyki, w której główną rolę odgrywa lutnia.. Też chyląca się ku upadkowi, choć z dużo słabszym skutkiem. Ale – od początku…

Read Full Post »

Równo siedemset lat temu na paryskim placu zapłonął stos, na którym skonał Jakub de Molay, ostatni mistrz rozwiązanego i zniszczonego zakonu Templariuszy. Oskarżony o herezję, o oddawanie hołdu brodatej głowie, o czczenie demona o imieniu Baphomet. Rzekomo wyrzekł się Chrystusa, pluł na krzyż, uprawiał magię, sodomię i dzieciobójstwo. Spłonął na stosie, bo swoje, złożone w czasie tortur zeznania odwołał. Cóż, Filip Piękny, coś jak dziś Władimir Putin nie mógł sobie darować, by nie pokazać cóż znaczy WŁADZA. I nawet jeśli Templariusze w jakiejś mierze sprokurowali swój los, nawet jeśli z jakichś względów trzeba było ów zakon rozwiązać, to sposób w jaki to zrobiono do dziś budzi niechęć. Ten przykład więc niech będzie przestrogą dla tego człowieka, który dziś „…mieni się być wyższym nad wszystkie mocarze świata”. Historia (a jak pokazał los oprawców Jakuba de Molay – nie tylko historia) po latach bywa okrutna dla takich ludzi. Nawet gdy im się wydaje, że to oni, jako zwycięzcy „piszą” jej annały.

Dobrze, wspomnieliśmy o Wielkim Mistrzu. Nawiązaliśmy do czasów obecnych. A teraz wróćmy do tego, czym Klasyczna Niedziela najbardziej lubi się zajmować. Niekoniecznie w niedzielę, także w każdy inny dzień tygodnia…

ps. Trochę się lenię ostatnio – wszystko dlatego, że zimy praktycznie w tym roku nie było i jak się udaje, to znikam na rower. Ale nadrobię te braki, słowo 🙂

Read Full Post »

… daleko od Wiednia. Jego dziadek, syn piekarza był chórmistrzem w Louvain niedaleko Brukseli, gdzie wcześniej rodzina związana była z koronkarstwem. Arcybiskup koloński, Klemens August poprosił go o przybycie do odległego o 160 km Bonn i wstąpienie w szeregi dworskiego personelu muzycznego. Dziadek (artysty) przyjechał do Bonn, by zostać kapelmistrzem, w roku śmierci arcybiskupa i dziewięć lat przed przyjściem na świat kompozytora. Bardzo kulturalny arcybiskup Klemens August był bratem elektora bawarskiego, który w latach czterdziestych XVIII wieku na krótko przerwał sukcesję habsburską i został cesarzem. Arcybiskup rezydował w Bonn […], wybudował sobie kilka pałaców, łącznie z bardzo rozkoszną ( 🙂 ) rezydencją w niedalekim Brühl, która miała okazałe schody, a w ogrodzie letni dom nazywany Pałacem Indyjskim, mimo, iż wybudowano go w stylu chińskim. Lubił polować z sokołem, dosiadając swych angielskich koni przeznaczony do łowów. Grywał też na  violi da gamba.

Syn owego kapelmistrza, ojciec kompozytora śpiewał w chórze. Ożenił się, popełniając mezalians z owdowiałą córką pałacowego kuchmistrza w jednym z pałaców. Rozpił się i małżeństwo nie było szczęśliwe. Matki kompozytora nigdy nie widziano uśmiechniętej, uważała, że „życie to odrobina radości i łańcuch smutków” (… brzmi jak osiemnastowieczna żeńska wersja Rogera Watersa, przyp. mój). Przy życiu utrzymało się troje dzieci: Ludwig, Caspar urodzony w 1774 roku i Johann, który przyszedł na świat dwa lata później.

Beethoven urodził się na tyłach skromnego domu przy ulicy Bonngasse, kilka metrów od placu targowego i bramy otwierającej drogę do Kolonii. […] W późniejszych latach nie był pewien swojej dokładnej daty urodzenia. Wydaje się prawdopodobne, że moment przyjścia na świat Beethovena od jego chrztu, 17 grudnia 1770 roku dzielił jeden dzień. Mniej więcej szesnaście miesięcy wcześniej na Korsyce urodził się Napoleon…

Tak zaczyna się historia jednego z największych kompozytorów muzyki w dziejach ludzkości. Dlaczego – jednego z największych? Wystarczy posłuchać muzyki, o której więcej w dziale recenzje…

Read Full Post »

Za bukowiną, przy skrzyżowaniu duktu z przesieką, stał wśród wysokich trawkrzyż pokutny...

Za bukowiną, przy skrzyżowaniu duktu z przesieką, stał wśród wysokich traw
krzyż pokutny…

… dobrze, że „koniec świata nie nadszedł w Roku Pańskim  1420, w lutym, w poniedziałek po św. Scholastyce”. Choć historia potoczyła się niekoniecznie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, to jednak dzięki temu można pochylić się – i to na dłużej nawet – nad dziełami potomków naszych renesansowych i barokowych tradycji, która, jak to skutecznie ostatnio się przekonuję – wcale niczego pozostawiła po sobie spuściznę.

Świat też – co było do przewidzenia – istniał dalej tak w piątek, 21 grudnia roku 2012, a więc w dzień następny po końcu świata biednych Majów, jak i nie zapadł się w sobie całe tygodnie po owej kluczowej niby dacie  i tak pewnie będzie trwać aż … do końca świata. Jakkolwiek byśmy go jednak nie szanowali tudzież nie przeklinali, jest jaki jest, będzie zapewne nie lepszym, a człowiek nie ma specjalnie wpływu na to, co wydarzy się w przyszłości. Toć zajmijmy się wobec tego przeszłością, zwłaszcza, że ma ona miły dla ucha w szczególności wymiar.

Więcej? W dziale recenzje…

Read Full Post »

Feliks JaniewiczByć może był szlachcicem, choć pewności co do tej kwestii nie ma. Plotka niosła, że … był nieślubnym dzieckiem ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Dlatego (oczywiście sporej biegłości w grze na skrzypcach nikt tu nie deprecjonuje) szybko dostał się do kapeli królewskiej w Warszawie, a potem uzyskał stypendium królewskie na pogłębianie wiedzy muzycznej i kompozytorskiej, w następstwie czego wyjechał z Rzeczpospolitej. Ponoć bywał w Wiedniu, gdzie pobierał nauki u samego Haydna, a spore umiejętności w grze zaowocowały znajomością z Mozartem, który – i to znowu wpadamy w tryb przypuszczający – zadedykował polskiemu skrzypkowi swoje Andante z II Koncertu skrzypcowego D-dur (KV 218). W Włoszech, gdzie wyjechał uzyskawszy kolejne stypendium od tajemniczego arystokraty poznał Pietro Nardiniego, Gaetano Pugnaniego i Viottiego – słynnych włoskich skrzypków wywodzących się ze szkoły Giuseppe Tartiniego.

Ostatecznie – bo w sumie o podróżach niewiele wiadomo na pewno – trafił do Wielkiej Brytanii. Koncertował w Anglii, w Szkocji i Irlandii, był podobno jednym z założycieli Londyńskiego Towarzystwa Filharmonicznego. W końcu osiadł w Liverpoolu, gdzie otworzył sklep z nutami i instrumentami i organizował różnego rodzaju festiwale i cykle koncertów. Przeniósł się później do Edynburga, gdzie ponoć kontynuował swoją działalność impresaryjno – organizacyjną, dając od czasu do czasu bardzo dobrze odbierane koncerty. Wykonywał muzykę Mozarta, Haydna oraz swoje dzieła, co spotkało się tam ponoć z bardzo pozytywnym oddźwiękiem. Zmarł w Edynburgu i tam też został pochowany.

Być może, gdyby został w Polsce, zginąłby w którejś z bitew, jakie przez nasze ziemie przewaliły się na przełomie XVIII i XIX wieku. Albo dokonałby swojego żywota pod Lipskiem, w bitwie narodów… kto wie. Być może mógł napisać więcej utworów. Ale co by to dało? Większość z nas nigdy nawet nie usłyszy tego, co Feliks Janiewicz ma nam do zaoferowania. Mozart? Haydn? Cóż tam oni… Janiewicz!!!!

Posłuchajcie zresztą (i rzućcie okiem do działu recenzje)…

Read Full Post »

Older Posts »