Feeds:
Wpisy
Komentarze

Miłej niedzieli :)

Reklamy

Koniec lenistwa…

… wstajemy! Miłego dnia…

Ps. To nie wszystko na dziś 🙂

Träumerei…

… z wieczora. Bo ferworze codzienności gdzieś uciekł czas na publikację adwentowej perełki. Azaliż ktoś obiecywał, że to będzie zawsze z rana? No właśnie. No to koniec gadania, czas na wybornie rozmarzonego Jana Lisieckiego…

Nie nie…

…nie zapomniałem. Wiem, że ranek już za nami, więc zrekompensujmy sobie opóźnienie muzyką do południowej kawy…

 

A na miły poranek…

…Ravel.

Dobrego dnia 🙂

Niby nie adwentowo, a jednak…

Święty Mikołaj, ale nie ten jowialny, pucułowaty staruszek w czerwonym wdzianku, który z początkiem listopada każdego roku zaczyna uśmiechać się do nas z dekoracji w centrach handlowych, straszyć nas z wielkiej ciężarówki Coca-coli, czy w ostateczności być wyglądanym przez miliony dzieci na całym świecie (tak wiem, to już za chwilę), ale chrześcijański święty (podział na katolików i prawosławnych, czy dalszy dokonał się był wszak znacznie później) żył, jak wieść niesie na przełomie III i IV wieku. Był ponoć biskupem Miry w Licji i uczestniczył w soborze nicejskim z 325 roku, choć w różnych źródłach posoborowych nie wymieniono takiego biskupa. Właściwie to nie ma żadnych dokumentów ze współczesnych mu czasów, z których wynikałoby, iż Sante Nicolae w ogóle istniał. Bądźmy jednak uczciwi – to, że nie ma dokumentów jeszcze nic nie znaczy.

Zwłaszcza, że takowe wieści o świętym Mikołaju pojawiają się, choć jakieś dwa stulecia później, gdy ludzka pamięć zatarła wspomnienia o wielu podobnych mu postaciach z tego samego okresu. Może, rzecz jasna, być tak, że ktoś (na razie zostawmy kwestię kto) spreparował mit o dzielnym duchownym, który wziął był uratował życie żołnierzom cesarza Konstantyna. Nie wiadomo, kim był żyjący w wieku VI autor opowieści zwanej Stratelatis (Praxis de Stratelatis, „Oficerowie”) – być może kimś związanym z dworem cesarza Justyniania, a może po prostu zwykłym księdzem, który na potrzeby głoszenia wiary stworzył coś, co dziś zwiemy kazaniem. I rozpowszechnił tak, że VII wieku pismo to krążyło po kościołach bliskowschodnich i cieszyło się sporą popularnością.

Co prawda jest jeszcze jeden duchowny o imieniu Mikołaj, który nieszczęśliwie pojawia się w opowieściach o św. Mikołaju. Mowa o Mikołaju z klasztoru Syjon, który żył prawdopodobnie na przełomie V i VI wieku, a jednym z jego dokonań, była pielgrzymka do Jerozolimy Po drodze zaś tenże mnich odwiedził Mirę, gdzie ponoć modlił się w bazylice poświęconej świętemu biskupowi Mikołajowi. Pasowałoby to do informacji o tym, że cesarz Justynian wybudował w Konstantynopolu kościół pod wezwaniem świętych Priskosa i Mikołaja. No a skoro Justynian, to raczej postawiona przezeń bazylika musiałaby tyczyć się tego pierwszego „mitycznego” Mikołaja.

Tak to z tym Mikołajem było. A to ktoś miał sen, a to ktoś coś gdzieś opowiedział… dość powiedzieć, że najsłynniejszy święty ma rzetelne podstawy do tego, by istnieć. Zresztą, później, im dalej w Wieki Średnie, tym ciemniej pod latarnią a jaśniej w sprawie. Kult Mikołaja rozpowszechnia się na całą Europę, powstają miejsca kultu, kościoły… a potem Jakub de Voragine pisze swoją Złotą Legendę i jesteśmy już na prostej do tira cocacoli.

No dobszzz… ktoś powie, a co to na wspólnego z Klasyczną Niedzielą? Ano ma, i to sporo. Otóż… fascynacja św. Mikołajem przejawiała się na różne sposoby. Pewnie każdy z nas słyszał „Santa Claus is coming to town” (wszak stacje radiowe, centra handlowe czy telewizje corocznie dbają o nasze umuzykalnienie)… wypadałoby rzec – takie czasy. Ale… takie czasy były „zawsze”. W takim Średniowieczu, w którym popularność św. Mikołaja była równie wielka (aczkolwiek zdecydowanie innego kalibru), jak dzisiaj, również istniały pieśni o Nim. I tak dochodzimy do sedna sprawy. Znakomitego albumu Agnieszki Budzińskiej – Bennett i Ensemble Peregrina. O którym przeczytacie w dziale recenzje.

A śpiewają tak:

Zwiewnie…

acz… niech Was to nie zwiedzie. Gdy za fortepianem siada Andreas Staier, a do wiolonczeli Daniel Sepec i Roel Dieltiens, nie może być zwyczajnie. Zwłaszcza, gdy biorą się za tak cudne kawałki, jak słynne tria Schuberta na fortepian i wiolonczelę. To andante con moto z opusu 100 jest po prostu zachwycające. Na adwent ktoś zapyta… a niby dlaczegóżby nie?