Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Alia Vox’

I pomyśleć, że album ten nosiłem w torbie chyba z miesiąc. Czasu ostatnio nie staje na różne przyjemności, wciąż tylko praca i praca, a urządzenia mobilne opanował Krzysztof Gosztyła, tak znakomicie czytający powieści Dmitrija Głuchowskiego. Nic więc dziwnego, że zdecydowanie trudniej było muzyce (w sumie nie nowej, acz zaległej) przebić się w eter mojego słuchalnego wszechświata.

Ale stało się, i to zupełnie znienacka. Częściowo za sprawą siedemsetletniej rocznicy śmierci Jakuba de Molay a po części ze względu na pomrukiwania potworów, jakie podświadomie z książki Głuchowskiego przenikały do mnie za sprawą audiobookowej narracji. Mimo wszystko nagle w orbicie nawrotu zainteresowań pojawiła się muzyka. Klasyczna, odległa, tajemna i zupełnie niecodzienna. Daleka od tego, co kreślą nam losy Artema czy Huntera, nie pasująca do naszych nizinnych, przepełnionych nadmiarem ludzi krajobrazów. Więcej – w dziale recenzje…

Reklamy

Read Full Post »

morizeMam ostatnio pewien problem natury religijnej. Pewnie go jakoś rozwiążę, bez obawy, nie zamierzam go roztrząsać na forum bloga o muzyce klasycznej. Choć… nieprzypadkowo, zaiste nieprzypadkowo niniejszy wpis tyczy się tego, czego się tyczy i na dodatek łączy się z muzyką, z którą… też mam pewien problem.

Mija bowiem dziś równo 304 lata od dnia, w którym w małej, podparyskiej miejscowości Port-Royal (des-Champs) zburzono klasztor cysterek. Stało się to za sprawą decyzji Króla Słońce, w następstwie oskarżenia mniszek o  herezję. Klasztor zrównano z ziemią, zakon przestał istnieć, zakonnice wyrzucono z zakonu i obłożono klątwą. Zapyta ktoś – dlaczego? Ano, bo cysterki z Port – Royal były propagatorkami jansenizmu. Czym był ten ruch – można sobie poczytać w linkowanym artykule. Skończył, jak większość takich ruchów w ramach kościoła katolickiego. Oskarżeniem o herezję, oficjalnym zakazem propagowania i w efekcie schizmą, która wywiodła wiernych mu ludzi poza władzę Rzymu.

Oficjalnie jansenizm zakazany został bullą Klemensa XI z 1713 roku, który – zacytuję za wikipedią – uznał, że m.in. następujące tezy:

  • 79. pożyteczne i konieczne zawsze i wszędzie i dla wszystkich jest to, by studiować i poznać ducha, pobożność i tajemnice Pisma Świętego,
  • 80. czytanie Pisma Świętego jest dla wszystkich,
  • 81. święta niejasność Słowa Bożego nie jest dla laików powodem do zwolnienia ich od czytania Słowa.
  • 82. dzień Pański powinien być święcony przez chrześcijan czytaniem pobożnych dzieł, a przede wszystkim Pisma Świętego. Dla chrześcijanina jest rzeczą szkodliwą chęć wymówienia się od czytania Pisma.
  • 83. ułudą jest przekonywanie siebie, iż poznanie tajemnic religii nie powinno być przekazywane kobietom poprzez czytanie Pisma Świętego. Nadużywanie Pisma Świętego oraz herezje zrodziły się z pełnego pychy poznania mężczyzn, a nie z prostoty kobiet.
  • 84. zabranie z rąk chrześcijan Nowego Testamentu, bądź trzymanie go zamkniętego dla nich poprzez odebranie im środków umożliwiających jego zrozumienie, to zamykanie przed nimi ust Chrystusa.
  • 85. zakazywanie chrześcijanom czytania Pisma Świętego, a szczególnie Ewangelii, jest zakazywaniem synom światłości korzystania ze światła oraz powodowanie, iż cierpią oni pewnego rodzaju ekskomunikę…

 uznać należy za […] fałszywe, zdradliwe, źle brzmiące, obraźliwe dla pobożnych uszu, skandaliczne, zgubne, nieroztropne, szkodliwe dla Kościoła i jego praktyk, obelżywe nie tylko dla Kościoła, lecz także dla władz świeckich, buntownicze, bezbożne, bluźniercze, podejrzane o herezję, i trącące herezją, oprócz tego — poza faworyzowaniem heretyków i herezji, a także schizm — błędne, bliskie herezji, wielokrotnie potępione, i ostatecznie heretyckie, jawnie podnoszące na nowo wiele herezji ogólnie, a najszczególniej tych, które są zawarte w niesławnych tezach Janseniusa, i rzeczywiście przyjęte w takim sensie, w jakim zostały potępione. […]

Teraz chyba wiadomo, skąd ten mój problem z początku? A co to ma do Klasycznej Niedzieli? Ano ma, bo sporą rolę w całej tej historii odegrał Ludwik XIV. A właśnie następcy Króla Słońce poświęcony jest album, którego recenzję znajdziecie w wiadomym dziale…

Grają tak:

Read Full Post »

Recenzji tej płyty w dziale właściwym nie będzie. Bo jakoś nie mogę się zdecydować, gdzie powinna trafić. Czy umieścić ją pod „S”, jako że za muzyczne zobrazowanie Francji XVII wieku odpowiada Jordi Savall. A może zasadniej byłoby otworzyć przegródkę z literą „M”, jako że większość utworów to kompozycje, których autorem jest Marin Marais? Tudzież można by na upartego wepchnąć wszystko do działu „V” – jak Various Artists (ok., można również jako Różni wykonawcy, ale to mniej pasuje i mimo wszystko jakoś nie brzmi): bo i kompozytorów jest trzech minimum, no i wykonawcy też w kilka osób występują. Voila! Takie bogactwo, że… wybrać się nie da i już. Więc zamiast recenzji w dziale REZENZJE będzie wpis na stronie głównej o takimż charakterze, więc w sumie wszystko gra.

Skoro zatem kwestie formalne mamy wyjaśnione, to czas przejść do muzyki. Owszem, przyznaję, jakoś tak Francuzi nie robili na mnie wrażenia. Pomijając przyczyny (ech tak historia i polityka), a przechodząc do skutków (nadmiar niechęci) – okazuje się, że moje uprzedzenie ku muzyce francuskiej nabrało już tak znaczących rozmiarów, aż trudno przed nim uciec. Owszem, jakieś tam jaskółki odnowy się pojawiały (vide Charpentier), ale przy takich Niemcach, do których nienawiść powinienem wyssać z mlekiem matki i ugruntować filmami o II w. światowej to po prostu czarna muzyczna dziura.

Tym bardziej przyjemniej jest mi zachęcić do posłuchania albumu z muzyką, która trafiła do mnie w sumie przypadkiem, za sprawą znajomego. A tak, najpierw była płyta, a potem – wyszukany w sieci (dlaczego tak – o tym w osobnym wpisie) – film. „Wszystkie poranki świata” czyli Tous Les Matis du Monde Alaina Corneau obejrzałem z niezwykłą przyjemnością, bo primo to dobrej muzyki w filmach ostatnio jak na lekarstwo, a secundo – taki rodzaj sztuki filmowej nieczęsto się zdarza w ogóle (bo jednak świat woli strzelanki lub komedyjki tudzież inne kosmiczne polowania) i na dodatek rzadko można go obejrzeć, przegapiwszy premierę.

Słynny (chyba nawet bardziej niż kompozytorzy muzyki wykorzystanej do filmu razem wzięci) Jordi Savall, wymieniany jako twórca tej muzyki filmowej posłużył się w jej ułożeniu kompozycjami francuskiego baroku. Marin Marais i Jean de Sainte-Colombe – bohaterowie opowieści Corneau oddali filmowej ścieżce dźwiękowej swoje utwory, a Savall, jak to on, wespół z zespołem pięknie je wykonali. Album Alia Vox w wersji SACD nabyłem więc z ogromną ochotą po wcześniejszych odsłuchach muzyki z CD i nie zawiodłem się. Już od pierwszej miniaturki na albumie – marszowego  Marche pour la ceremonie des turcs słychać niezwykłą wręcz przestrzeń w tych nagraniach. Jest melodyjnie, malarsko i poetycznie, a muzyka doskonale się broni bez obecności obrazu, dla którego została sprokurowana, co potwierdza znakomitość muzyków i samych kompozycji.  Oczywiście viola da gamba do łatwych instrumentów nie należy. Tak dla samego wykonawcy, jak i dla słuchacza. Jednak po oswojeniu się z jej specyfiką, z barwą dźwięku i łagodnym brzmieniem nabieramy coraz to więcej szacunku dla każdej wydobytej z tego instrumentu nuty. Można wręcz zapaść się w brzmienie tamtejszego świata, posmakować Francji której już nie ma od wieków i powzdychać do czasów, gdy każda nuta brzmiała tak, jakby umierała. Ten cytat, padający zresztą w filmie jest najlepszą recenzją albumu. Prawdziwą oceną wartości muzyki zawartej na Tous les matins du monde.

Posłuchajcie na koniec jednego z utworów. Kojarzy wam się ten motyw? Mnie z pewnością, pytanie tylko, kto i kiedy oraz od kogo coś zapożyczył…

Read Full Post »