Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Bach Collegium Japan’

BCJ EasterJeśli ktoś martwił się, śledząc wpisy z Wielkiego Tygodnia, że pomijam muzykę lipskiego kantora od św. Tomasza, to właśnie może odetchnąć z ulgą. Bez Bacha nie ma nie tylko Świąt, bez Bacha nie ma w ogóle muzyki, zatem oto przez nami moja ukochana aria Seele, deinen Spezereien, oczywiście autorstwa Jana Sebastiana, tu w wykonaniu Yukari Nonoshity (sopran) oraz ansambla Bach Collegium Japan prowadzonego przez Masaaki Suzukiego. Wybrałem na dziś fragment Easter Oratorio BWV  249, choć przyjęło się uważać, że te bachowskie oratoria to takie nieudane kompozycje. Że i owszem, kantaty czy organowe dzieła wychodziły mu nieziemskie, ale jak oratoria, to lepiej sięgnąć do Händla. Cóż za niesprawiedliwe, wręcz niewymownie nieprawdziwe twierdzenie: Oratorium na Wielkanoc, którego zdecydowanie TRZEBA posłuchać w całości prezentuje się niezwykle okazale, by nie powiedzieć: przebogato. Ale ocenę tego zostawiam Wam.

Bo oczywiście warto znaleźć w Wielkim Tygodniu te niespełna godzinę czasu, by posłuchać całej kompozycji. Choćby dla tej prześlicznej kantyleny fletu w Adagio, gdzie rozżalone i ocierające się o rozpacz smyczki tak słodko rozpogadza flet Liliko Maedy. To jeden z takich momentów w muzyce, dla których warto żyć. Jednak, gdy komuś nie wystarcza czasu na wspomniane adagio, gdy nie wzruszają go monumentalne, acz wcale nie patetyczne chóry w rodzaju Kommt, eilet und laufet, tego zachęcam, by znalazł te 11 minut skupienia dla Yukari Nonoskhity, Liliko Maedy i reszty ansambla, prokurującego dla nas muzykę absolutnie nieziemską. Aria na Zmartwychwstanie? Bezwzględnie… Brzmi to tak:

Read Full Post »

Jest taka scena w The Day the Earth Stood Still (tak, tym nowym, autorstwa Scotta Derricksona, tak zjechanym wszem i wobec przez krytyków i różnych recenzentów) gdy Klaatu (czyli Keanu Reeves) odwiedza profesora Barnhardta (John Cleese). W tle słychać fragment Wariacji Goldbergowskich Jana Sebastiana Bacha, a postacie na ekranie zabierają się za rozwiązywanie równań matematycznych. Pozornie przypadkowe połączenie obu tych sfer: muzyki Jana Sebastiana i matematyki oddziałuje na poczynania „obcego”: Klaatu dostrzega w ludziach coś, co jakby zmieniało jego nastawienie do misji, której jest elementem. Wariacje Goldbergowskie to muzyczna matematyka. A koncerty klawesynowe… cóż, to ta część matematyki, którą wszyscy jeszcze rozumieją 🙂 Zajrzyjcie do działu recenzje…

Read Full Post »

Pewne kwestie zaczynają sprawiać wrażenie nierozłącznych. Myślisz „Bach” – dodajesz „kantaty”. Piszesz „kantaty Jana Sebastiana” – myślisz sobie „Bach Collegium Japan”. Ot, zwykłe ludzkie przywiązanie do chodzenia na skróty, stereotypów myślenia i takich tam banałów. Oczywista, łapię się na tym co jakiś czas, że do pewnych artystów podchodzę w sposób, by tak rzec, sztampowy. Wystarczy, że tylko w zajawkach pojawi się info o nowym albumie ulubionego wykonawcy, a już zacieram ręce. I co poradzisz? Nic nie poradzisz. Gdyby Carolyn Sampson zaśpiewała książkę telefoniczną, też pewnie walnąłbym czołobitnie… no dobra, ciut przesadziłem. Ale tak już mam, że niektórym artystom bardzo łatwo trafić do mojego odtwarzacza. Zaś Massaki Suzuki i jego Bach Collegium Japan to właśnie taki ansambl. Na wyrost to zaufanie? Nie, nie sądzę. Jeszcze nigdy się nie zawiodłem. A po szczegóły zapraszam do recenzji…

Grają zaś tak…

Read Full Post »

Czarodziejski flet, mozartowska opera z 1791 roku pełna jest symboli masońskich. Mozart wraz z librecistą, Emanuelem Schikanderem zasiada w loży, więc nic dziwnego, że wiedzieli co w trawie piszczy. Ponoć właśnie za to komando masońskie otruło kompozytora w kwiecie wieku – sam Wolfgang przecież żalił się Konstancji, że „ktoś podaje mu accua toffana”. Dość powiedzieć, że jeszcze tego samego roku co premiera wyjawionych sekretów wielki kompozytor skonał w dość niewyjaśnionych okolicznościach. Potem jeszcze kilka mitów i przekręconych faktów dołożyli potomni i tak jest jak jest…

W sumie to nieważne. Liczy się bowiem, że umierając Wolfgang zostawił nam taką kompozycję…

Jak grają i śpiewają wkrótce, ino wymyślę oprawę wizualną 🙂

Read Full Post »

Działo się to za czasów władcy ówczesnego świata, znanego pod imieniem Imperator Caesar Marcus Aurelius Severus Alexander Augustus. Ponoć łagodnego z usposobienia, wcale nie pragnącego zaszczytów a już zupełnie niechętnemu przemocy czy innej wojnie. Najczęściej bowiem oddawał się on lekturze (najchętniej greckiej, boć ten język rzekomo był mu bliższy), do ulubionych czynności należało układanie wierszy, wróżenie z wnętrzności zwierząt, malowanie i śpiewanie (ponoć nieźle śpiewał), a także gra na cytrze, flecie, organach i trąbie, choć te umiejętności ukrywał starannie (za „Poczet Cesarzy Rzymskich” Aleksandra Krawczuka, W-a 1986, s. 336). Pewnie też byłby robił to do końca życia, bo rządzenie Cesarstwem specjalnie trudne nie było, ale … los, a ściślej Germanie (ech, ci Germanie) spowodował kres jego wędrówki po tym padole. Nie wsławił się zatem niczym, poza samym tym, że był, ale to za jego czasów miało miejsce zdarzenie, którego tyczy się dzisiejszy wpis.

Jak zatem pewnie można zauważyć, nie o Aleksandrze Sewerze miało być, a o osobie, która w jego czasach żyła. Rzym za owych czasów niewiele posunął się w rozwoju, i choć raczej staczał się powoli, to trzeba przyznać, że rozkład państwa jeszcze nie nastąpił. Oczywiście świat się zmieniał, ludzie wędrowali, a nowe (znaczy się nowa religia) coraz odważniej wkraczało w świat rzymskich ulic i to nie tylko między zabrudzoną i krzykliwą rzymską biedotę, ale również do domów patrycjuszy i zasłużonych dla cesarstwa rodzin. Szło nowe, wypierając stare, tysiącletnie religie i już samo to jest cudem mniemanym.

W jednym z takich rzymskich domów na przełomie II i III wieku n.e. przyszła na świat dziewczynka, której postępowanie miało później stanowić wzór cnót dla tysięcy chrześcijan. Ile faktycznie z jej życia jest prawdą, a ile prozą Jakuba de Voragine, tego pewnie nigdy się nie dowiemy. I ja studiować tego nie zamierzam (znaczy się tego, co i ile de Voragine zmyślił, a ile zwiedział się naprawdę) – za to przywołuję dziś św. Cecylię nie bez powodu.

Otóż, właśnie dziś obchodzone jest w kościele katolickim wspomnienie liturgiczne św. Cecylii. Patronki chórzystów, lutników, muzyków, organistów i zespołów wokalno – muzycznych. Co oznacza, że dla Klasycznej Niedzieli to zdecydowanie ulubiona Święta.

Przedstawia się ją zazwyczaj z jakimś instrumentem. Ponoć grała na organach, choć … wg mnie to mało prawdopodobne – skłaniałbym się raczej ku popularnej wśród patrycjuszy harfie. Ale przy organach jest przedstawiana w malarstwie (vide otwierający wpis obraz Matteo Rosselliego). Oczywiście – nie tylko – bo i skrzypce się znajdą (tak zresztą na obrazie Guido Reni), tudzież… viola (jak choćby u Domenico Zampierego)… jednak królują organy i tyle. Nawet sam wielki Nicolas Poussin (ten od obrazu, który namieszał w głowach m.in. Dana Browna, a wcześniej Michaela Baigenta, Richarda Leigh i Henry’ego Lincolna) namalował świętą Cecylię grającą na czymś w rodzaju organów. W sumie – nie ma to znaczenia. Jako patronka muzyków może sobie być przedstawiana z jakimkolwiek instrumentem (hm… z Gibsonem Les Paul nie widziałem) – liczy się duchowe wsparcie, które można sobie u niej wyjednać.

Są tacy, co owo wsparcie otrzymali. Z pewnością, bo jakże inaczej uzasadnić absolutne mistrzostwo, jakie osiągnęli w wykonywaniu muzyki chóralnej. Kilka takich grup znam i poważam, pisuję też o nich od czasu do czasu, a dziś w sumie naszła mnie myśl, by ich dokonania zestawić. Owszem, można… ale jak? Może – statystycznie?

Cóż… Statystycznie konkurs ten wygraliby w cuglach The Tallis Scholars (tyle mam ich albumów). Zaraz po nich pewne miejsce na podium zyskaliby Stile Antico i Bach Collegium Japan – jeden i drugi chór oczywiście zaszczytnie i z pełnym błogosławieństwem. Dalsze miejsca, w owym wyimaginowanym konkursie zarezerwować by trzeba pospołu dla tak dla Amerykanek z Anonymous 4, jak i Brytyjczyków z The Sixteen Harry’ego Christophersa. Nie można też zapomnieć o Philippie Herreweghe i jego Collegium Vocale Gent, tudzież La Chapelle Royale. Jeden i drugi utytułowany, jeden i drugi pięknie wykonujący muzykę dawną. A jeszcze w kolejce stoją Huelgas Ensemble, jeszcze La Petite Bande, czy też The Hilliard Ensemble. I można by tak wymieniać w nieskończoność. Statystyka więc nie jest rozwiązaniem.

Może zatem uczuciowo – emocjonalny odnośnik? A owszem, można. Prym jednak wtedy, wśród rozlicznych albumów z muzyką klasyczną wiodą dwa chóry i żaden z nich nie łapał się do statystycznej partii. Jeden z nich, to Les Flamboyants tak znakomicie wykonujący utwory świętych Hildegardy z Bingen i Birgitty ze Szwecji. Maestria i piękno, to dwa nikczemnie brzmiące słowa, które wydają się  zbyt małe, by opisać muzykę wykonywaną przez wspomniany ansambl. A to jeszcze nie magnum opus.

Bo na określenie tego, co z barokowymi kompozycjami potrafią zrobić ludzie z Lautten Compagney a zwłaszcza z Capella Angelica, prowadzeni przez Wolfganga Katschnera nie ma słów. Dalej nie jestem w stanie odszukać pochwał, które mogłyby stanowić namiastkę choćby obrazowania ichniego świata. Membra Jesu Nostri Dietricha Buxtehude to póki co najznakomitsze dzieło w mojej kolekcji. I  … św. Cecylio błogosław śpiewakom i grajkom – oby takich więcej było…

No to na koniec niech nam zagrają i zaśpiewają…

Read Full Post »

Miałem w planach inną muzykę, ale tak się ostatnio porobiło, iż nagle wrócił do mych łask box Bach Collegium Japan z najlepszymi płytami tegoż ansambla nagranymi dla BIS-u. Wrócił, bo … primo przyjacielowi zachciało się rzucić na głęboką wodę klasyki za sprawą … wiolonczeli. Zrobiłem zatem szybki rachunek sumienia, co ja tej wiolonczeli mam w swoich zbiorach (wyszło nie za wiele, fakt) ale to co mam, akurat świetne jest (choć jakoś zapomniałem o tym albumie – hańba mi!) no i koncerty wiolonczelowe Carla Philippa Emmanuela Bacha same wpakowały się do odtwarzacza. Sekundo, jakby tego było mało – w sieci pokazała się informacja, że w Poznaniu wystąpią Arte Dei Suonatori z koncertami w cyklu Sturm und Drang (o czym pisałem już tu). Bach / burza i napór / wiolonczela – co tu dużo gadać: skoro są przyczyny, to skutek musiał być jeden. Przeczytacie o nim w dziale recenzje.

A jak już będziecie czytać – niech wam się muzycznie Burza i napór jak najlepiej kojarzy…

Read Full Post »

… mówiły słowa piosenki i owo chodzenie, zaobserwowane w ostatni piątek na mojej wsi dało mi przyczynek do wspomnień z czasów studiów. Dawno dawno temu (hehe), na pierwszym bodajże roku studiów pracowałem na „cieciówie” (no, nie była to taka, jak na zlinkowanym zdjęciu, ale niemniej jakaś była). Miałem tamże – choć to eufemizm kolegę z pracy – Świadka Jehowy. I choć niby wyznanie to w sumie nie miałoby znaczenia, jednakowoż doceniałem, iż mógł on przyjść do pracy w święta, w które akurat  ja chciałem mieć wolne (ot, zaleta różnych schizm).  A dlaczego się mi ów znajomek przypomniał – o tym na koniec.

Wracając do mojej pracy i znajomego – czasami spotykaliśmy się na jednej zmianie i … po kilku godzinach milczenia w końcu jednak dochodziło do jakiejś konwersacji. Acz z niechęcią, co potwierdzam, bo rozmowa i tak ostatecznie zawsze schodziła na tematy religijne. No ale cóż robić – człowiek bez pracy to nie człowiek, a człowiek bez poglądów to donosiciel – trza było stanąć w Okopach Świętej Trójcy i swojego zdania bronić. I jak pamiętam: kiedyś zeszło nam na plagi i wojny. Na gadanie o tym, że czas się kończy, że to, że tamto i owamto. O późniejszych zdarzeniach plagowo – wojenno – tragicznych nie wspominając. Trafił jednak swój na swego, bowiem o ile zindoktrynowano mojego kolegę odpowiednio do dyskusji z takim zwykłym człekiem, znającym się na historii z filmów o Westeplatte, książek Sienkiewicza i obrazów Kossaka, o tyle na mnie było ciut za mało. Pamiętam, że jak wyłożyłem mu kiedyś, przy odrobinie czasu historię wojny trzydziestoletniej to jednakowoż trochę nim wstrząsnęło, że mimo takich znaków na niebie i ziemi, a zwłaszcza na człowieku – świat się jeszcze nie skończył. No – dalszego ciągu opowiadania nie będzie – życie potoczyło się dalej i nie mam pojęcia, czy moje wywody cokolwiek w jego przekonaniach zmieniły.

Wojnę zaś trzydziestoletnią, schizmy i temu podobne kwestie wspominam, bo w ostatni piątek Świadkowie Jehowy zawitali również na moją ulicę. Ale, chyba musiałem już wcześniej zrobić nieprzyjemną minę, może kiedyś niegrzecznie acz stanowczo się odezwałem – dość powiedzieć, że zahaczyli o sąsiadów i nawet nie spojrzawszy w moją stronę – uciekli z powrotem bez próby nawiązania kontaktu. Może więc ktoś im przekazał moje zdanie sprzed lat (nie sądzę, choć… kto wie, kto wie…), może rzeczywiście musiałem im kiedyś okazać chłód własnego oblicza (też nie uważam – ja w sumie miły człek jestem), a może… wystraszył ich Heinrich Schütz, dobiegający z głośników właśnie sprzątanego na wyjazd weekendowy samochodu. Kto wie…, kto wie…

Apropo Schütza – to ostatnie dni przyniosły moją ponowną atencję ku jego Muzyce Sakralnej. Do poczytania w związku z tym TU, a do posłuchania małej próbki – poniżej.

Read Full Post »

Older Posts »