Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Beethoven’

Mein Kempff*

 A taka to niespodzianka spotkała mnie ze strony koleżanki w pracy. Do dzisiejszego wydania pewnej gazety dołożono płytę CD (do najmłodszych: taki kawałek srebrnego plastiku) z muzyką Ludwiga van Beethovena. Bardzo dobre, acz archiwalne (trochę to słychać) wykonanie 5 koncertu fortepianowego Es-dur op. 73 oraz II Sonaty fortepianowej A-dur op. 2 nr 2. Gra świetny pianista Wilhelm Kempff (Niemiec gra Niemca, więc z oczywistych względów nie ma co liczyć, że w przyszłości nieokreślonej wyda to dajmy na to Gazeta Polska).

Warto. Miłego słuchania (i dnia).
*tytuł zawdzięczam mistrzowi riposty – Jarkowi Adamkowi. Siekierka dla niego za to.

Reklamy

Read Full Post »

Tempo…

… w meczu Brazylia : Meksyk jest wręcz zabójcze. Na uspokojenie zatem proponuję prawdziwe, nigdzie nie śpieszące się largo

Read Full Post »

Już po Openerze; klimat trójmiejskiej plaży i gdyńskiej, pokrytej plastikowymi kubkami po piwie łąki jeszcze trochę dźwięczy w duszy, ale czas powrócić do naszego letniego cyklu spotkań z koncertami fortepianowymi.

Był Mozart, na niedzielny, czerwcowy poranek. Był Schumann, na lipcowe przedpołudnie, miotające się pomiędzy festiwalem Heinekena a wyborami prezydenckimi. Czas na kolejną odsłonę – zapowiadaną wcześniej (uważny czytelnik od razu się zorientuje, o kogo chodzi). Na lipcowe, gorące niedzielne popołudnie.

Czwarty koncert fortepianowy napisany został przez tego kompozytora w latach 1805-1806 niejako równolegle z tworzeniem Piątej Symfonii (i co tu dużo kryć – słychać to w tej muzyce). Beethoven, bo o niego chodzi, zadedykował swoje dzieło kardynałowi Rudolfowi Janowi Habsburgowi, synowi cesarza Leopolda II. Ów obdarowany (przyjaciel i mecenas Beethovena) był wówczas biskupem pomocniczym Ołomuńca (mimo tak młodego wieku, tak, tak). Na świecie (znaczy w Europie, ale dla nas to wówczas Świat) szalał Napoleon, zwyciężając wszystko i wszystkich na lądzie (w tym odnosząc znakomite zwycięstwo pod Austerlitz, czyli dzisiejszym … Sławkowie k. Brna).  Na morzu, cóż, napoleońska flota dostawała od Anglików baty raz za razem (w tym pod słynnym Trafalgarem), ale czemu się dziwić – ich flota raczej do walecznych nie należała, ani wówczas, ani na przykład później.

Wracając do tematu – koncert opublikowano i zaprezentowano szerokiej publiczności w 1808 roku, premiera odbyła się rok wcześniej, na zamkniętym recitalu w pałacu księcia Franciszka Józefa Maksymiliana Lobkovitza (innego z mecenasów Beethovena). Utwór, składający się, jak na porządny koncert fortepianowy przystało z trzech części zaczyna się właściwie bardziej jak symfonia, niż dzieło na fortepian i orkiestrę. W allegro moderato przebija się do słuchacza bardziej pogłos maszerujących wojsk napoleońskich, niż blichtr popołudniowych wiedeńskich spotkań i wieczornych rautów. Nawet wejście fortepianu, teoretycznie podporządkowujące całość pianiście jakoś tak nieprzekonująco działa na mnie. Mam wrażenie, że Beethoven trochę pisał na wyrost. Coś, jak w starym kawale o budowniczych autostrad (że niby, zaczynają z dwóch różnych końców, i jak się spotkają, to będzie droga szybkiego ruchu, a jak się miną, to będzie autostrada). Wielki Ludwig też podszedł to tego podobnie. Albo zbyt mocno bujały mu w głowie nuty Piątej Symfonii (i sam nie wiedział, co dalej z zaczętym koncertem), albo naprawdę walkirie, wypuszczone na wolność przez Napoleona podporządkowały sobie wszystko i wszystkich, włączając w to również kompozytorów. Mogła mu wyjść symfonia (piąta bis, lub coś w tym stylu) albo koncert. Wyszedł koncert i … przy nim pozostańmy.

Mimo tego, a może właśnie dlatego, co napisałem wyżej jest to idealna muzyka na popołudnie. Popołudnie, w którym mamy więcej czasu na wgłębienie się w dźwięki niosące melodie zgrabne, a zarazem na tyle surowe, aby rozkoszować się niuansami poszczególnych fraz. Znakomicie do tego nadaje się andante con moto . Letnie w całej rozciągłości. Obrazowane wyrazistymi i głośnymi wejściami orkiestry perfekcyjnie współgra z delikatną grą fortepianu. Warto tego koncertu posłuchać właśnie ze względu na owe 4 minutki środkowej części.

Najbardziej charakterystyczną – dla epoki w której powstawał koncert – częścią jest finałowe Rondo Vivace. Zbudowane na zasadzie przenikania się marszowych, wojskowych  motywów z pałacowymi umizgami arystokracji pięknie podsumowuje całe dzieło i sprawia, że po wysłuchaniu wiemy już, czyjego dzieła słuchaliśmy.

Na popołudnie – kto nie ma – może sięgnąć po wersję Krystiana Zimermana, zagraną z Wiedeńskimi Filharmonikami pod Bernsteinem w 1989 roku. Jest niezwykle kontrastowa i wyrazista, więc słucha się jej z wielką przyjemnością. A do działu recenzje trafi wkrótce inne płyta. Ale o tym następnym razem. Miłego popołudnia.

Read Full Post »

Kręci mi się w odtwarzaczu ostatnio album przekrojowy (wiem, wiem –  napisałem onegdaj, że nie lubię składanek) z muzyką epoki  klasycyzmu. A ściślej z muzyką trzech wielkich kompozytorów  klasycyzmu, określanych często również mianem klasyków  wiedeńskich. Kręci się i nie chce mnie puścić, jak zima ostatnio.  Wszystko to stało się za sprawą styczniowych wydarzeń, tj. noworocznego koncertu Wiener Philharmoniker z Goldener Saal Musikverein z Wiednia oraz książki Davida Kinga „Wiedeń 1814”. Oczywiście wiem, że w Austrii grali ostatnio nasi szczypiorniści, ale przecież nie muszę – jak wszyscy ostatnio w tym kraju – robić się specjalistą i fanem piłki ręcznej? Choć zatem nie śledziłem doniesień z austriackich parkietów, to nie oznacza, że mnie ostatnio Austria nie zajmuje.

Powracając do połączenia czegoś dla ucha i czegoś dla oka: natychmiast po obejrzeniu koncertu wiedeńskich filharmoników powróciły wspomnienia z wiosny 2008 roku, z naszej wyprawy do Wiednia. Powrócił też żal, że tak niewiele tam wtedy zobaczyliśmy i … usłyszeliśmy. A czy jest co oglądać? Oczywiście, i żeby nie było, są to nie tylko luksusowe i ogromne pałace. Tych jest co niemiara, choćby wspomnieć piękny, oglądany przez nas tylko z zewnątrz pałac księcia Sabaudzkiego znany pod nazwą Belvedere. Albo wspaniały pałac Schönbrunn, w którym symfonicy wiedeńscy wystąpią z darmowym koncertem 3 czerwca 2010 roku. Że o Hofburgu nie wspomnę 🙂

Zresztą – wspomniany wyżej David King a propos wiedeńskich zabytków napisał tak: „Mimo długiej podróży ekipa brytyjska była jedną z pierwszych oficjalnych delegacji, jakie przybyły do miasta. Jej szefem był lord Castlereagh, wysoki blondyn, wyglądający dwadzieścia lat młodziej niż swe faktyczne czterdzieści pięć lat. […] Pojawił się w stolicy Austrii już trzynastego września i natychmiast odszukał przydzieloną mu kwaterę, kamienicę ukrytą przy wąskiej Milchgasse. Parę lat wcześniej pokoje te wynajmował młody muzyk nazwiskiem Wolfgang Amadeusz Mozart. Mieszkając tu na początku lat osiemdziesiątych osiemnastego wieku, Mozart pracował nad swoją pierwszą w pełni niemiecką operą, Die Entführung aus dem Serail (Uprowadzenie z Seraju), oraz romansował z córką gospodyni, Konstancją, z którą ożenił się w roku 1782. Przytulne mieszkanko okazało się wprawdzie szczęśliwym miejscem dla Mozarta i jego opery, ale kameralne rozmiary niezbyt odpowiadały delegacji reprezentującej Wielką Brytanię, dumną finansistkę zwycięstwa sił koalicji. Castlereagh […] jeszcze przed upływem tygodnia przeniósł się do dwudziestodwupokojowego apartamentu przy Minoritenplatz…”

Domów, placyków, pomników, … ba ulic jest do oglądania co  niemiara. I idziesz sobie człowieku i patrzysz, a historia stuka cię w  ramię a to miejscem, gdzie podrywał kobiety car Aleksander, a to  spoglądają na nas okiennice domu, gdzie Katarzyna Bagration, wdowa  po generale Piotrze Iwanowiczu Bagrationie, zabitym pod Borodino w  wielkiej bitwie kampanii 1812 spoglądała na mizdrzącego się do niej Metternicha i Talleyranda. I nie czuć już nieprzyjemnego zapachu stajni dla kilku tysięcy koni, jakie w tym miejscu utrzymywał przez wieki dwór austriackiego cesarza, a tam gdzie dziś stoi pomnik wielkiej cesarzowej Marii Teresy, plączą się między zwiedzającymi wspomnienia dawnych epok spoglądających na siebie z przepięknych budynków Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej. Polskich akcentów w stolicy Austrii też co niemiara. Nic, tylko oddychać i chłonąć wszechobecną tam historię.

Muzycznie – niech towarzyszy nam Johann Strauss II – autor słynnego walca Nad Pięknym Modrym Dunajem. Dziś proponuję uwerturę do operetki Zemsta Nietoperza. Dyryguje Herbert von Karajan.

Read Full Post »

„Weźcie sto stuletnich dębów i wielkimi literami wyryjcie na ich pniach Jego imię. Wyciosajcie w kamieniu jego postać tak ogromną (…), aby mógł patrzeć ponad szczytami gór, tak jak to czynił za życia i aby, gdy cudzoziemcy płynący po Renie statkami zapytają, kim jest ów olbrzym, każde dziecko mogło odpowiedzieć: „To Beethoven !” – na co oni pomyślą, że to imię niemieckiego cesarza”

Ten niewinny cytat, który znalazłem w sieci, niech będzie zapowiedzią nowego wpisu w dziale „Recenzje”. Zabawne, że ktokolwiek myśli o Beethovenie, łączy od razu z jego nazwiskiem symfonie (Piątą, Siódmą lub Dziewiątą – wg preferencji), ewentualnie zahaczając o słynne „Für Elise„. O sonatach lub koncertach fortepianowych mało kto wspomina.

Czas to zmienić. Zapraszam tu.

Read Full Post »

Nie tak dawno na innych portalach wiedliśmy dyskusję na temat zesłania formatu CD do lamusa. Wszechwładna sieć zarzuciła już dawno więzy na większość melomanów i sporo osób z wygody, z lenistwa, dzięki dostępowi (np. rapidshare) przerzuciło się właściwie wyłącznie na „taką” muzykę. Ta więc rozbrzmiewa w domach z komputerowych (notebookowych) głośniczków lub słuchawek i … tyle.

Rozsądny człowiek powinien podejść do kwestii dziejących się właśnie zmian ze spokojem i wysnuć jedyny właściwy wniosek. Jaki? Ano, że źródło dźwięku nie jest istotne. Dlaczego taki wniosek? Bo prawdopodobnie odwrotu nie ma. A liczy się przecież jedynie muzyka. Sieć powoduje upowszechnienie muzyki, technika powoduje upowszechnienie muzyki, coraz to więcej domowych kompozytorów powoduje upowszechnienie muzyki … więc odwrotu nie ma. Właśnie – owo upowszechnienie muzyki, to możliwość dostępu właściwie do nieograniczonych zbiorów dźwiękowych świata. Do setek, tysięcy koncertów, recitali, festiwali, które zostały czy to nagrane, czy to puszczone w eter, a dziś zalegają na pokrytych kurzem półkach w archiwach wytwórni płytowych, stacji telewizyjnych lub radiowych. Każdego rodzaju muzyki! I wszystko byłoby ok., gdyby nie jedna jedyna kwestia. Bo niestety w promocji (rozpowszechnianiu) muzyki główną rolę odgrywać zaczął format mp3. I tu zaczynają się schody. Nie zamierzam wytaczać tu artylerii, że coraz bardziej rosnący w siłę format mp3 to zło wcielone dla naszych uszu. Swego czasu problem ten wyłożył dość jasno Bartek Chaciński w Przekroju, więc powtarzać po nim nie będę.  Poza tym, sam przecież z tego formatu korzystam od czasu do czasu. Ale – no właśnie – ALE… dlaczego próba przekazywania słuchaczom dziedzictwa musi odbywać się ze stratą na jakości samej muzyki?

Oczywiście, zmiany dokonujące się na rynku wymuszane są także przez potencjalnych klientów. Skoro słuchacz oczekuje, że muzykę da się ściągnąć z sieci w kilkanaście sekund, to znaczy, że jest rynek, a jak jest rynek, to trzeba go zapełnić. Ludzie chcą nowych dźwięków, nowej muzyki, nowych doznań, zagłuszając odsłuchiwanymi piosenkami zgiełk wielkiego miasta. Słuchają w tramwaju, w pociągu, na rowerze i na przerwie w szkole (hm, na Jeziorze Łabędzim w Teatrze Wielkim w Poznaniu, w trakcie przedstawienia niestety też widziałem taki obrazek), więc liczą się tylko dwie rzeczy: ilość minut muzyki i jej głośność. Z  takim podejście do muzyki idzie zazwyczaj prawie-że pogarda dla słuchających inaczej. I tak powstaje obóz nabijający się z ludzi, którzy przykładają dużą wagę do jakości dźwięku.

Z drugiej strony mamy coś na kształt Okopów Świętej Trójcy. Audiofile (jak ja nie znoszę tego określenia!), a w każdym razie osoby przywiązujące wagę do jakości muzyki, której słuchają, ba, zwracający uwagę na sposób produkcji płyt CD (zajmijmy się na razie nimi) to wymierająca grupa. Oni słyszą różnicę, wolą wydać pieniądze na jedną dobrze nagraną płytę, niż na 100 równie kiepsko zrealizowanych, choćby nie wiem, jak przebojowych nagrań. I …  mają w pogardzie obóz empetrójkarzy.

W minionym Wielkim Tygodniu jakoś tak zupełnie zrozumiale częściej w odtwarzaczu bądź na gramofonowym talerzu gościła muzyka, która nie znosi hałasu. Taka, której brzmienie nie razi nadmiarem decybeli, a jeśli nawet orkiestra gra fortissimo, to dzieje się to niejako przy okazji i nie jest środkiem wyrazu samym w sobie.

Beethoven Sonatas

Beethoven Sonatas

Muzyki klasycznej fatalnie słucha się w słabej jakości formatach. Porównałem sobie ostatnio muzykę zawartą na płycie Arthura Rubinsteina – Beethoven Sonatas wydanej przez RCA jako SACD w serii Living Stereo z tymże samym dziełem skonwertowanym do formatu mp3 320 kbps. I co? Oczywiście bardzo niekorzystnie wypada format internetowy.  Metaliczny dźwięk, podbita sztucznie dynamika wręcz niszczy subtelność, z jaką Arthur Rubinstein tworzył oryginalnie nastrój sonaty Księżycowej. Na dobrym sprzęcie stereo słuchać różnicę i to w zatrważający sposób. Niestety. Trochę to tak, jak obraz i dźwięk z youtube porównać z obrazem z DVD…

Nie to mnie jednak martwi. Bardziej niż fakt, że ludzie będą zgrywać płyty CD / SACD  do formatu mp3 przeszkadza mi świadomość, że spora ilość muzyki, o której pisałem wyżej, tych koncertów czy recitali z archiwów wytwórni płytowych będzie za chwilę udostępniana w … tym paskudnym formacie. Dlaczego tak uważam? Sprawdźcie na stronie Deutsche Grammophon

Read Full Post »