Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Biblia’

Wiem, każdy kiedyś umrze, helloween to grzech, a my powinniśmy myśleć o naszych zmarłych w te dni. I myślimy (przynajmniej ja), ale przecież życie to nie tylko ciągły strach przed śmiercią. Bo inaczej umarłbym ze strachu 🙂

Zatem dla odmiany – proponuję zajrzeć do działu recenzje. A w nim, jak ładnie napisano na innej stronie …

Jedna z najkrótszych, najtrudniejszych do egzegezy, najchętniej czytanych (zarówno w chrześcijaństwie jak w judaizmie) – ale chyba najrzadziej czytanych w kościołach – ksiąg Biblii…
Sto siedemnaście wersetów przesyconych erotyką i namiętną miłością, bez ani jednego bezpośredniego odniesienia do Boga (to jedna z zaledwie dwóch takich ksiąg w całej Biblii!).
117 wersetów, które od wieków bywały nawzajem recytowane przez niejedną zakochaną parę – sprawdzającą czasem z niedowierzaniem, czy to na pewno jeszcze Biblia…

Może nie wszystkie 117 wersów, ale spora ich ilość. Wszystko ubrane w nuty powstałe na przestrzeni wieków, zaśpiewane pięknie przez zespół z Kanady. Proponuję zajrzeć na ICH STRONĘ, gdzie można posłuchać i … ściągnąć sobie utwory z różnych – w tym także z opisywanej przeze mnie płyty.

Polecam sięgnąć choćby po dzieło Orlando di Lasso. Jest tu, wystarczy kliknąć…

Reklamy

Read Full Post »

Dziś, gdy samoloty latają wszem i wobec (jak nie dymi wulkan na Islandii), gdy samochodem śmigamy z kraju do kraju, czasami nawet nie zauważając, kiedy przekroczyliśmy granicę kolejnego państwa, wydaje nam się, że świat się skurczył. Media mówią, że dopiero teraz żyjemy w globalnej wiosce, niejako sugerując, że kiedyś takie sytuacje nie miały miejsca.

Pewnie w odniesieniu do zwykłego Kowalskiego tak jest, ale i wieki temu podróżowanie, ba, praca była możliwa w różnych, czasami wrogich nawet sobie królestwach. Taki – nieznany szerszej publiczności Tiburtio Massaino (albo jak czasami podają – bardziej z włoskiego – Massaini) – augustiański zakonnik i kompozytor zarazem trochę pokierował orkiestrą w Santa Maria del Popolo w Rzymie (Państwo Kościelne), potem przeniósł się do Modeny (gwelfickie księstwo d’Erste), stamtąd wyemigrował do Innsbrucka, na służbę do Ferdynanda II. A że państwo Habsburga sięgało (a właściwie, to ograniczało się ściślej) do Czech i dzisiejszej Austrii, to Massaino poprzez Salzburg dotarł do Pragi, skąd po pewnym czasie (dokładniej po prawie 30 latach wędrówki) wrócił na tereny słonecznej Italii. Najpierw do Piacenzy, potem do Cremony, by ostatecznie osiąść i umrzeć w Piacenzie.

Nie inaczej było z Marbrianusem de Orto, przyjacielem i współpracownikiem wspominanego w Klasycznej Niedzieli Josquina des Pres. Ten flamandzki kompozytor z terenów dzisiejszej Belgii dotarł do Rzymu (gdzie był śpiewakiem w Kaplicy Sykstyńskiej), potem przez Nivelles dotarł do … Hiszpanii, gdzie na dworze Filipa Pięknego pozostał do czasu jego śmierci. Stamtąd poprzez Kastylię wrócił do Niderlandów, gdzie – w służbie Habsburgów – kierował  chórami w kościołach w Antwerpii i w Brukseli. Po śmierci pochowano go w Nivelles, w kościele św. Gertrudy, gdzie w spokoju spoczywał do czasów wizyty wojowników Adolfa Hitlera.

Orlando di Lasso w, kolejny kompozytor, którego przywołuję z powodów, o których poniżej – urodzony w Belgii, poprzez Francję dotarł do Włoch, gdzie po krótkim pobycie w Neapolu zawitał do Rzymu, otrzymując posadę organisty i kapelmistrza w orkiestrze przy kościele p.w. św Jana na Lateranie. Stamtąd wrócił na chwilę do rodzinnego Mons (ze względu na chorobę rodziców), by następnie uczyć muzyki w Antwerpii. Potem przyjął stanowisko kapeli na dworze Wittelsbachów w Monachium, gdzie pozostał aż do śmieci w 1594 roku.

Ostatni z kompozytorów przy poprzednikach jawi się postacią wręcz zaściankową. Robert White, Anglik, o którym niewiele wiadomo właściwie nie ruszał się z miejsca. Bo jak nazwać podróż z Londynu do Cambridge, tudzież do Westminsteru? Zmarł wyjątkowo młodo, w wieku 36 lat, w wyniku epidemii w Westminsterze, gdzie został też pochowany. Nie wysunął nosa poza Anglię, ale też pamiętajmy, że Anglicy w XVI wieku za bardzo po Europie nie podróżowali (dlatego pewnie teraz odkrywają – choć nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli – Kraków).

Dlaczego o nich ten długi historyczny wstęp? Ano, bo to Ich muzyka wybrzmiewa na albumie Lamentations de la Renaissance, którego recenzję znajdziecie w stosownym dziale.

A gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, co to za muzyka – w niniejszym linku podaję wspomnianego wyżej Orlando di Lasso i jego trzecią lamentację na Drugi Dzień. Co prawda w wykonaniu Herreweghego, ale też niezgorzej brzmiące.

Read Full Post »

Księga Pieśń nad pieśniami uznawana jest za jedną z najbardziej niezwykłych w kanonie biblijnym, gdyż gdyby czytać ją wprost, okaże się, iż nie ma w niej niemal żadnej wzmianki o Bogu, o narodzie wybranym, ani w ogóle o religii. Biorąc dosłownie jej treść, jest ona po prostu poematem miłosnym, a konkretnie dialogiem dwojga bohaterów, znanymi jako Oblubieniec i Oblubienica.

Powstanie księgi datuje się według różnych źródeł na czas od VI do III wieku p.n.e., a ostateczną redakcję nawet na II wiek przed Chrystusem. Prawdopodobne jest jednak, że powstała ona na początku IV wieku p.n.e. albo jako zbiór pieśni weselnych śpiewanych na cześć młodej pary, albo jako utwór metaforyczny opierający się na tychże weselnych lirykach. Przyjmuje się, że jest to księga stworzona przez biblijnego króla Salomona (tego od sprawiedliwego wyroku w sprawie dziecka, którego żądały dwie matki). Tegoż Salomona, który był synem Dawida i … wspominanej na łamach Klasycznej Niedzieli Batszeby (żony Uriasza Hetyty). Król, prorok, ważna postać dla kilku religii, był z całą pewnością postacią historyczną, a że słynął ze sporego haremu, mógł też napisać wspomniane pieśni. A z biegiem czasu pieśni te, będące hymnem na rzecz „amor profana”  zaczęły być analizowane i traktowane jako metaforyczne przedstawienie „amor sacra” to już zupełnie inna sprawa. I tak uczucia między mężczyzną a kobieta zostały zinterpretowane jako miłość Boga do narodu żydowskiego, bądź też powrotu narodu wybranego po wielu latach niewierności wobec Boga do Jego łask. Wikipedia podaje, że chrześcijańska interpretacja utworu uznaje wielopłaszczyznowość Pieśni nad pieśniami i traktuje, że treść tej Księgi ma istotne znaczenie w odniesieniu zarówno do Starego jak i do Nowego Testamentu. Miłość zaś interpretowana jest jako relacje Boga do Izraela, Chrystusa do Kościoła, Boga do ludzkości, której winy zostały odkupione, czy też Boga do Najświętszej Marii Panny. W każdym z tych układów zestawienie Oblubieniec / Oblubienica daje się interpretować w kategoriach czy to samej miłości, czy wybaczania w jej imieniu czy też powrotu skruszonego człowieka do Boga. I w sumie nie ma się co dziwić, ostatecznie… „Zbliżył się także jeden z uczonych w Piśmie i zapytał Go: Które jest pierwsze ze wszystkich przykazań? Jezus odpowiedział: Pierwsze jest: Słuchaj, Izraelu, Pan Bóg nasz, Pan jest jeden. Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całą swoją duszą, całym swoim umysłem i całą swoją mocą. Drugie jest to: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Nie ma innego przykazania większego od tych. Rzekł Mu uczony w Piśmie: Bardzo dobrze, Nauczycielu, słusznieś powiedział, bo Jeden jest i nie ma innego prócz Niego. Miłować Go całym sercem, całym umysłem i całą mocą i miłować bliźniego jak siebie samego daleko więcej znaczy niż wszystkie całopalenia i ofiary. Jezus widząc, że rozumnie odpowiedział, rzekł do niego: Niedaleko jesteś od królestwa Bożego. I nikt już nie odważył się więcej Go pytać” (Mk 12,28b-34)

A skąd nagle temat Pieśni nad Pieśniami? Proponuję zajrzeć do działu Recenzje.

Read Full Post »

Aby podjąć rozważania na temat zadany w tytule i popisać się znajomością kolejnych utworów muzyki klasycznej, trza sobie odpowiedzieć na najbardziej oczywiste pytanie w tym momencie – co to jest kantata? Ano, mówiąc krótko, to takie coś, w którym solista lub chór z akompaniamentem (lub bez) wykonuje muzykę mającą troszeczkę więcej lat, niż oratoria Piotra Rubika (załóżmy na chwilę, że to faktycznie są „o-r-a-t-o-r-i-a”). Jak się zatem rzekło, tekst utworu śpiewany jest na głosy (zwykle solowe ale chórem też nie pogardzimy) przy wsparciu instrumentu (ów) klasycznych (czyli nie-gitary, nie-gitary rytmiczne, nie-perkusja… i nie -temu podobne rzeczy). Konstrukcja kantaty – gdyby z niej zdjąć odium religijne – przypominałaby coś na kształt malutkiej siostry opery. Ale to w takim dużym uproszczeniu. Na szczęście też nikt do takich skrótów myślowych nie dopuszcza, toteż nie ma co drążyć tematu.

Przyjęło się, że kantata występuje w dwóch wersjach – włoskiej i niemieckiej. Włoską tylko zasygnalizuję i nie będziemy się nią tu dalej specjalnie zajmować, bo i płyta, która jest przyczyną niniejszego tekstu nie zawiera kantat włoskich. Skoro pisali je (znaczy włoskie) i Vivaldi, i Händel, więc narodowość nie ma tu nic do rzeczy.  Dlaczego zatem włoska i niemiecka? Bo i muzyka baroku włoska i niemiecka stanowiły wówczas siłę wiodącą w Europie. W każdym razie kilkuczęściowa kantata włoska komponowana była zazwyczaj na jeden głos solowy, któremu akompaniował zwykle jakiś instrument niskobrzmiący lub akordowy (np. klawesyn, wiolonczela, lutnia). Solista wykonywał partie wokalne w formie recytatywów (czyli takich melodeklamacji) stanowiących wprowadzenie do melodyjności zasadniczej części, czyli arii. Tekst kantat włoskich zazwyczaj tyczył się spraw świeckich
(i to główny, choć nie jedyny wyróżnik względem kantat niemieckich). Dla pełnego obrazu – w linku niepublikowany dotąd na tym blogu (choć wspominany) Alessandro Scarlatti i jego kantata „Antoniusz i Kleopatra”.

Co zaś się tyczy kantaty typu niemieckiego, to oprócz kwestii odmiennej problematyki (religijny tekst) bywa ona również muzycznie bardziej rozbudowana (co będzie słychać, gdy posłucha się najpierw zlinkowanej kantaty Scarlattiego, a potem J.S. Bacha). Niemiecką kantatę komponowało się na jeden lub kilka głosów wokalnych z towarzyszeniem już nie pojedynczego, ale zdecydowanie większej obsady instrumentalnej.  Fragmenty wokalne w kantatach niemieckich wykonuje kilku śpiewaków (sopran, bas, a nawet chór), a nadto oprócz arii, recytatywów i chórów często spotykane są rozbudowane formy instrumentalne (zwykle rozpoczynające kantatę) – coś na kształt uwertury, tylko troszkę krótsze.  We wspomnianej wyżej warstwie tekstowej kantata niemiecka opierała się na na Piśmie Świętym, albo bezpośrednio cytując wersy ze Starego lub Nowego Testamentu, tudzież nawiązując doń w formie parafrazy. Niekiedy też w tekstach kantat cytowano fragmenty religijnych pieśni lub nawet … kazań. Celował w tym zwłaszcza niejaki Picander.

Idąc dalej, komponowano kantaty na cały rok liturgiczny (jak choćby bohater recenzji, o której dalej, czyli  Jan Sebastian Bach). Stworzył on kilka pełnych cykli takich utworów, wykonywanych w niedziele i w święta; niestety te nie zachowały się w całości (a może się zachowały, ale jeszcze o tym nie wiemy). Oprócz lipskiego kantora za kantaty niemieckie brali się i Telemann, i Graun. Jednak to Bach stworzył ich ponad trzysta. Do dziś dotrwało około 200 bachowskich kantat, co i tak przy próbie wysłuchania ich wszystkich (nie poznania, tylko wysłuchania, tak, tak…) zabierze spory kawałek życia. Ale … warto.

Zatem Bach. A skoro Bach, to jego nazwisko z kojarzy się z kilkoma hasłami, wymienianymi w zależności od stopnia pochłonięcia przez muzykę klasyczną. Na pierwszym miejscu jest słynna Toccata i Fuga d-moll, BWV 565, którą słyszał i powinien kojarzyć (przynajmniej muzycznie) już chyba każdy na tym padole (a kto nie słyszał lub wydaje mu się, że kojarzy – to proszę). Potem wymieniane będą albo opisane wcześniej na tych łamach koncerty brandenburskie (tu linków nie trzeba), albo któraś z pasji tudzież również zrecenzowana msza h-moll (tu również linków nie nada). A jak już człowiek mocno nawiedzony, to pojawia się nazwa kantaty. I w ten sposób dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Wprowadzeniem niech będzie ten utwór.

Reszta – w recenzji

Read Full Post »