Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Collegium Vocale Gent’

…nadeszła. Więc zagrajmy coś akuratnego w hołdzie dla Niej. Oczywiście nie tylko dla złocistobrązowych kolorów naszych gór i lasów. Nie wyłącznie dla wschodów słońca w porannych mgłach nad Wartą, czy też dla ściętych pierwszym przymrozkiem kwiatów polnych. img_3211

Niech to będzie nasza estymacja dla napoju bogów, który właśnie Pani Jesień przynosi z winnic na spotkania przyjaciół. I nie, nie będzie to Vivaldi, bo tegoż to dziś wszyscy będą grać. Zaś w Klasycznej Niedzieli oddamy głos Józefowi Haydnowi. Któremu zdarzyło się kiedyś napisać takie piękne, acz chyba zapomniane obecnie oratorium. Jesienna część u Herreweghe’go kończy się tam tak:

 

Reklamy

Read Full Post »

GVG VictoriaNie będę tu krył, że na różne sposoby chciałem uciec przed albumem, który od samego początku wydawał się jedynym i najważniejszym dziełem muzycznym na Ten Dzień. Wszak Wielki Czwartek już nie jest taki sobie zwyczajny, to w Kościele święto ważne i obchodzone. Dziś pewnie jakby mniej (bo w naszym świecie obecność Boga jednakowoż nabrała innego wymiaru), azaliż jako się rzekło: ważne i obchodzone. A skoro myślimy o początku Triduum Paschalnego to nie sposób na jednym oddechu nie wymienić muzyki, która do tego dnia pasuje najbardziej. Jest absolutna, skończona, zachwycająco piękna i tak oczywista, że nie może być inaczej. Mowa o… Tenebrae Responsories Tomasa Luisa de Victorii.

Rzecz jasna ten utwór de Victorii każdy może sobie odszukać w serwisach streamingowych, w kilku wykonaniach (i to całkiem zacnych), więc jakby to powiedzieć – hitów nam tu nie trzeba. Zamiast tego na te nieliczne, ciemne godziny Wielkiego Czwartku (wiem, wiem, trochę się spóźniłem dziś z wpisem) proponuję jednak coś innego. Kilka motetów wspomnianego wyżej Tomasa Luisa de Victorii, napisanych przez Hiszpana w czasie jego pobytu w Italii. I to słychać w tych utworach: pełnych żarliwości, pasji, opartych na znakomitych melodiach. I tekstach, jak choćby w kończącym płytę Vadam et circuibo civitatem:

Vadam et circuibo civitatem: per vicos et plateas

quaeram quem diligit anima mea; quaesivi illum, et non inveni.

Adiuro vos, filiae Jerusalem, si inveneritis dilectum meum, ut annuntietis ei

quia amore langueo.

—-

Wstanę i pójdę poprzez miasta,

by na ulicach i rozstajach szukać Tego, którego miłuje dusza moja…

Wielki Czwartek to święto kapłaństwa. Te słowa są niczym wytyczne. Sporo ich zresztą na tym albumie – sięgnijcie po niego, choćby dla tego dwuminutowego cudeńka tak wyśmienicie wykonanego przez ansambl Philippe’a Herreweghe:

 Te dwie minutki z sekundami brzmią jak cała Wieczność…

Read Full Post »

Działo się to za czasów władcy ówczesnego świata, znanego pod imieniem Imperator Caesar Marcus Aurelius Severus Alexander Augustus. Ponoć łagodnego z usposobienia, wcale nie pragnącego zaszczytów a już zupełnie niechętnemu przemocy czy innej wojnie. Najczęściej bowiem oddawał się on lekturze (najchętniej greckiej, boć ten język rzekomo był mu bliższy), do ulubionych czynności należało układanie wierszy, wróżenie z wnętrzności zwierząt, malowanie i śpiewanie (ponoć nieźle śpiewał), a także gra na cytrze, flecie, organach i trąbie, choć te umiejętności ukrywał starannie (za „Poczet Cesarzy Rzymskich” Aleksandra Krawczuka, W-a 1986, s. 336). Pewnie też byłby robił to do końca życia, bo rządzenie Cesarstwem specjalnie trudne nie było, ale … los, a ściślej Germanie (ech, ci Germanie) spowodował kres jego wędrówki po tym padole. Nie wsławił się zatem niczym, poza samym tym, że był, ale to za jego czasów miało miejsce zdarzenie, którego tyczy się dzisiejszy wpis.

Jak zatem pewnie można zauważyć, nie o Aleksandrze Sewerze miało być, a o osobie, która w jego czasach żyła. Rzym za owych czasów niewiele posunął się w rozwoju, i choć raczej staczał się powoli, to trzeba przyznać, że rozkład państwa jeszcze nie nastąpił. Oczywiście świat się zmieniał, ludzie wędrowali, a nowe (znaczy się nowa religia) coraz odważniej wkraczało w świat rzymskich ulic i to nie tylko między zabrudzoną i krzykliwą rzymską biedotę, ale również do domów patrycjuszy i zasłużonych dla cesarstwa rodzin. Szło nowe, wypierając stare, tysiącletnie religie i już samo to jest cudem mniemanym.

W jednym z takich rzymskich domów na przełomie II i III wieku n.e. przyszła na świat dziewczynka, której postępowanie miało później stanowić wzór cnót dla tysięcy chrześcijan. Ile faktycznie z jej życia jest prawdą, a ile prozą Jakuba de Voragine, tego pewnie nigdy się nie dowiemy. I ja studiować tego nie zamierzam (znaczy się tego, co i ile de Voragine zmyślił, a ile zwiedział się naprawdę) – za to przywołuję dziś św. Cecylię nie bez powodu.

Otóż, właśnie dziś obchodzone jest w kościele katolickim wspomnienie liturgiczne św. Cecylii. Patronki chórzystów, lutników, muzyków, organistów i zespołów wokalno – muzycznych. Co oznacza, że dla Klasycznej Niedzieli to zdecydowanie ulubiona Święta.

Przedstawia się ją zazwyczaj z jakimś instrumentem. Ponoć grała na organach, choć … wg mnie to mało prawdopodobne – skłaniałbym się raczej ku popularnej wśród patrycjuszy harfie. Ale przy organach jest przedstawiana w malarstwie (vide otwierający wpis obraz Matteo Rosselliego). Oczywiście – nie tylko – bo i skrzypce się znajdą (tak zresztą na obrazie Guido Reni), tudzież… viola (jak choćby u Domenico Zampierego)… jednak królują organy i tyle. Nawet sam wielki Nicolas Poussin (ten od obrazu, który namieszał w głowach m.in. Dana Browna, a wcześniej Michaela Baigenta, Richarda Leigh i Henry’ego Lincolna) namalował świętą Cecylię grającą na czymś w rodzaju organów. W sumie – nie ma to znaczenia. Jako patronka muzyków może sobie być przedstawiana z jakimkolwiek instrumentem (hm… z Gibsonem Les Paul nie widziałem) – liczy się duchowe wsparcie, które można sobie u niej wyjednać.

Są tacy, co owo wsparcie otrzymali. Z pewnością, bo jakże inaczej uzasadnić absolutne mistrzostwo, jakie osiągnęli w wykonywaniu muzyki chóralnej. Kilka takich grup znam i poważam, pisuję też o nich od czasu do czasu, a dziś w sumie naszła mnie myśl, by ich dokonania zestawić. Owszem, można… ale jak? Może – statystycznie?

Cóż… Statystycznie konkurs ten wygraliby w cuglach The Tallis Scholars (tyle mam ich albumów). Zaraz po nich pewne miejsce na podium zyskaliby Stile Antico i Bach Collegium Japan – jeden i drugi chór oczywiście zaszczytnie i z pełnym błogosławieństwem. Dalsze miejsca, w owym wyimaginowanym konkursie zarezerwować by trzeba pospołu dla tak dla Amerykanek z Anonymous 4, jak i Brytyjczyków z The Sixteen Harry’ego Christophersa. Nie można też zapomnieć o Philippie Herreweghe i jego Collegium Vocale Gent, tudzież La Chapelle Royale. Jeden i drugi utytułowany, jeden i drugi pięknie wykonujący muzykę dawną. A jeszcze w kolejce stoją Huelgas Ensemble, jeszcze La Petite Bande, czy też The Hilliard Ensemble. I można by tak wymieniać w nieskończoność. Statystyka więc nie jest rozwiązaniem.

Może zatem uczuciowo – emocjonalny odnośnik? A owszem, można. Prym jednak wtedy, wśród rozlicznych albumów z muzyką klasyczną wiodą dwa chóry i żaden z nich nie łapał się do statystycznej partii. Jeden z nich, to Les Flamboyants tak znakomicie wykonujący utwory świętych Hildegardy z Bingen i Birgitty ze Szwecji. Maestria i piękno, to dwa nikczemnie brzmiące słowa, które wydają się  zbyt małe, by opisać muzykę wykonywaną przez wspomniany ansambl. A to jeszcze nie magnum opus.

Bo na określenie tego, co z barokowymi kompozycjami potrafią zrobić ludzie z Lautten Compagney a zwłaszcza z Capella Angelica, prowadzeni przez Wolfganga Katschnera nie ma słów. Dalej nie jestem w stanie odszukać pochwał, które mogłyby stanowić namiastkę choćby obrazowania ichniego świata. Membra Jesu Nostri Dietricha Buxtehude to póki co najznakomitsze dzieło w mojej kolekcji. I  … św. Cecylio błogosław śpiewakom i grajkom – oby takich więcej było…

No to na koniec niech nam zagrają i zaśpiewają…

Read Full Post »

… bo skoro zima za oknem nie zamierza odpuszczać, skoro ogień w kominku buzuje i pęcznieją kominy, skoro gęstym puchem piernaty wabią i pierzyny* to warto jeszcze na chwilę wrócić do atmosfery Bożego Narodzenia. Które muzycznie w tym roku jakoś tak zwyczajnie przeszedłem.

Nadrabiając więc zaległości – proponuję zajrzeć do działu Recenzje. Tam więcej szczegółów.

A nam niech pogra i pośpiewa RIAS Kammerchor. Wade’owskie Adeste Fideles, które tego roku wybrzmiało również i w naszej kolegiacie. Prawie, jak z płyty:

*cytat z Jacka Kaczmarskiego…

Read Full Post »

Początek grudnia w Klasycznej Niedzieli miał być specyficzny. Bo to i okres specyficzny. Miałem zająć się kantatami Jana Sebastiana Bacha uznawanymi za adwentowe. A Philippe Herreweghe ze swoim Collegium Vocale Gent miał ustąpić miejsca Masaaki Suzukiemu i jego Bach Collegium Japan. Miał, miał, jak czasami rzeknie mój kot, ale jakoś tak się porobiło, że ani nie ustąpił, ani się nie zająłem. Wszystko przez to, że w odtwarzaczu kręci się od dłuższego czasu płyta, której nie mogę stamtąd usunąć. Idą święta, czego nie sposób nie zauważyć podczas zakupów w marketach. Zimno za oknem i wiatr targa drzewami świszcząc niemiłosiernie w kominie. Wyjeżdżam do pracy – jeszcze jest ciemno i wracam, a już jest ciemno. Wycieraczki w aucie właściwie nie przestają pracować, ot, po prostu ma się w najlepsze ta paskudna część polskiej jesieni z przełomu listopada i grudnia. A wspomniany wyżej Herreweghe panoszy się w odtwarzaczu samochodowym, nie oszczędza salonu i nawet zwykłego napędu w komputerze. Aż strach otworzyć lodówkę. Nawet, gdy szron pomalował szyby aut na mleczny kolor, rozsypał swoje kryształki na drogach i skrzyżowaniach, a dla mających więcej czasu zastygł na pustych pajęczynach, nie mogę się od dzieła Jana Sebastiana uwolnić. Wszystko przez znakomite wykonania kantaty BWV 63 oraz Magnificat, właśnie. Na próbę otwierający kantatę BWV 63 chór w moim ulubionym ”Christen, ätzet diesen Tag” (choć w wersji New London Consort pod dyrekcją Phillipa Picketta). Reszta w recenzji.

Read Full Post »

Uczyłem się onegdaj języka niemieckiego. Z racji fascynacji historycznych najlepiej (i właściwie prawie wyłącznie) wchodziły mi do głowy różne zwroty, której najczęściej można było usłyszeć w filmach wojennych. A w tychże Niemcy skutecznie byli przedstawiani w sposób odstręczający nie tylko od nauki ich języka, ale i również od całości kultury, jaką wnieśli do światowego dziedzictwa. Tak było i nic na to nie poradzę. Dziś, gdy nie ma już na tym świecie Władysława Grzempowskiego, mojego dziadka, który do końca upierał się, bym w języku Goethego nauczył się choć ciut przemawiać i rozumieć, dociera do mnie, jak bezsensownie kształtowałem swoją rzeczywistość przed laty i ile straciłem, podchodząc do rzeczy w taki a nie inny sposób. Nigdy nie nauczę się języka niemieckiego! Ot, buńczuczna, młodość…

Potem przyszedł czas na zmiany. Powoli. Bo jeszcze kilka lat temu, mimo zmiany własnego nastawienia  do Niemców, jakoś nie wyobrażałem sobie, języka niemieckiego w muzyce. Nawet nocne wycieczki nieodżałowanego Tomasza Beksińskiego (vide Lacrimosa tudzież Deine Lakaien) przechodziły przez ciężkie sito nieakceptacji. Strasznie wolno, z mozołem. Jakoś.

Jakoś poszło. Właściwie nie wiem, kiedy to się stało. I nie ustalę tego. Dość powiedzieć, że kantaty Jana Sebastiana Bacha brzmią dziś w moim odtwarzaczu (samochodowym, komputerowym czy salonowym) pięknie, wzniośle i zachwycająco, a ja zupełnie niezauważalnie zacząłem je traktować, jakby były ze mną od zawsze.

Zmianę mojego nastawienia uświadomił mi brat. Ostatniej soboty, w czasie wizyty w Drzeczkowie (nocna fotka mauzoleum obok to dla podkreślenia klimatu) trzeba było przestawić moje auto z jednego miejsca postojowego na inne. Brat zrobił to za mnie. I mimo, że trwało to może z 1,5 minuty – wyłączył sprzęt grający nie mogąc zaakceptować niemieckich śpiewów w głośnikach. Młodszy jest, to i można mu wybaczyć: jeszcze wszystko przed nim…

W odtwarzaczu bowiem od kilkunastu dni kręci się płyta nagrana przez Collegium Vocale Gent i Philippa Herreweghego. A na niej, kantaty Jana Sebastiana Bacha. O których szerzej w dziale recenzje, gdzie zapraszam…

Read Full Post »

Aby podjąć rozważania na temat zadany w tytule i popisać się znajomością kolejnych utworów muzyki klasycznej, trza sobie odpowiedzieć na najbardziej oczywiste pytanie w tym momencie – co to jest kantata? Ano, mówiąc krótko, to takie coś, w którym solista lub chór z akompaniamentem (lub bez) wykonuje muzykę mającą troszeczkę więcej lat, niż oratoria Piotra Rubika (załóżmy na chwilę, że to faktycznie są „o-r-a-t-o-r-i-a”). Jak się zatem rzekło, tekst utworu śpiewany jest na głosy (zwykle solowe ale chórem też nie pogardzimy) przy wsparciu instrumentu (ów) klasycznych (czyli nie-gitary, nie-gitary rytmiczne, nie-perkusja… i nie -temu podobne rzeczy). Konstrukcja kantaty – gdyby z niej zdjąć odium religijne – przypominałaby coś na kształt malutkiej siostry opery. Ale to w takim dużym uproszczeniu. Na szczęście też nikt do takich skrótów myślowych nie dopuszcza, toteż nie ma co drążyć tematu.

Przyjęło się, że kantata występuje w dwóch wersjach – włoskiej i niemieckiej. Włoską tylko zasygnalizuję i nie będziemy się nią tu dalej specjalnie zajmować, bo i płyta, która jest przyczyną niniejszego tekstu nie zawiera kantat włoskich. Skoro pisali je (znaczy włoskie) i Vivaldi, i Händel, więc narodowość nie ma tu nic do rzeczy.  Dlaczego zatem włoska i niemiecka? Bo i muzyka baroku włoska i niemiecka stanowiły wówczas siłę wiodącą w Europie. W każdym razie kilkuczęściowa kantata włoska komponowana była zazwyczaj na jeden głos solowy, któremu akompaniował zwykle jakiś instrument niskobrzmiący lub akordowy (np. klawesyn, wiolonczela, lutnia). Solista wykonywał partie wokalne w formie recytatywów (czyli takich melodeklamacji) stanowiących wprowadzenie do melodyjności zasadniczej części, czyli arii. Tekst kantat włoskich zazwyczaj tyczył się spraw świeckich
(i to główny, choć nie jedyny wyróżnik względem kantat niemieckich). Dla pełnego obrazu – w linku niepublikowany dotąd na tym blogu (choć wspominany) Alessandro Scarlatti i jego kantata „Antoniusz i Kleopatra”.

Co zaś się tyczy kantaty typu niemieckiego, to oprócz kwestii odmiennej problematyki (religijny tekst) bywa ona również muzycznie bardziej rozbudowana (co będzie słychać, gdy posłucha się najpierw zlinkowanej kantaty Scarlattiego, a potem J.S. Bacha). Niemiecką kantatę komponowało się na jeden lub kilka głosów wokalnych z towarzyszeniem już nie pojedynczego, ale zdecydowanie większej obsady instrumentalnej.  Fragmenty wokalne w kantatach niemieckich wykonuje kilku śpiewaków (sopran, bas, a nawet chór), a nadto oprócz arii, recytatywów i chórów często spotykane są rozbudowane formy instrumentalne (zwykle rozpoczynające kantatę) – coś na kształt uwertury, tylko troszkę krótsze.  We wspomnianej wyżej warstwie tekstowej kantata niemiecka opierała się na na Piśmie Świętym, albo bezpośrednio cytując wersy ze Starego lub Nowego Testamentu, tudzież nawiązując doń w formie parafrazy. Niekiedy też w tekstach kantat cytowano fragmenty religijnych pieśni lub nawet … kazań. Celował w tym zwłaszcza niejaki Picander.

Idąc dalej, komponowano kantaty na cały rok liturgiczny (jak choćby bohater recenzji, o której dalej, czyli  Jan Sebastian Bach). Stworzył on kilka pełnych cykli takich utworów, wykonywanych w niedziele i w święta; niestety te nie zachowały się w całości (a może się zachowały, ale jeszcze o tym nie wiemy). Oprócz lipskiego kantora za kantaty niemieckie brali się i Telemann, i Graun. Jednak to Bach stworzył ich ponad trzysta. Do dziś dotrwało około 200 bachowskich kantat, co i tak przy próbie wysłuchania ich wszystkich (nie poznania, tylko wysłuchania, tak, tak…) zabierze spory kawałek życia. Ale … warto.

Zatem Bach. A skoro Bach, to jego nazwisko z kojarzy się z kilkoma hasłami, wymienianymi w zależności od stopnia pochłonięcia przez muzykę klasyczną. Na pierwszym miejscu jest słynna Toccata i Fuga d-moll, BWV 565, którą słyszał i powinien kojarzyć (przynajmniej muzycznie) już chyba każdy na tym padole (a kto nie słyszał lub wydaje mu się, że kojarzy – to proszę). Potem wymieniane będą albo opisane wcześniej na tych łamach koncerty brandenburskie (tu linków nie trzeba), albo któraś z pasji tudzież również zrecenzowana msza h-moll (tu również linków nie nada). A jak już człowiek mocno nawiedzony, to pojawia się nazwa kantaty. I w ten sposób dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Wprowadzeniem niech będzie ten utwór.

Reszta – w recenzji

Read Full Post »