Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘fotografia’

Giulano Carmignola

Wrzesień. Jeszcze lato, a już właściwie jesień. Przynajmniej w Polsce. U mnie za oknem – słońce i ciepło. Ale nic dziwnego, skoro czeka na mnie „Adriatyk, ocean gorący” jak onegdaj śpiewał Lombard.

Wakacje. Czas wypoczynku. Nic nierobienie, no dobra, trochę zwiedzania, trochę focenia, trochę muzyki, trochę kąpieli… Ech. Ktoś zazdrości? I słusznie…

Na plaży w Rosolina Mare przygrywać nam będzie Vivaldi (no, w słuchawkach, przecież, że nie w bumboxie). A właściwie to spółka Vivaldi & Carmignola. Słynny Wenecjanin i wykonujący jego dzieła krajan (bo Treviso, gdzie urodził się Carmignola to w linii  prostej niespełna 30 kilometrów) współbrzmią na albumie Le Humane Passioni po prostu nieziemsko. Przyjemnie. Lekko. Letnio.

Jak schłodzone prosecco, którego kieliszek zamierzam dziś wieczorem osuszyć. Niejeden. W towarzystwie żony. I muzyki.

A recenzja – pierwsza z wakacyjnych – tu.

Reklamy

Read Full Post »

… wreszcie. Pikło w kalendarzu, przeskoczyła data w komputerze. Wreszcie jest. Wrócę z wygnania, pewnie w ogrodzie już kwitnie forsycja i różanecznik. I dobrze. Niech pachnie, zieleni się i świeci słońce. Przyda się. I mnie, i wam…

A na wiosnę – Mozart Grimoud. Przepiękny. Rozedrgany uczuciami, tęskniący i czarujący. Niby taki klasyczny, a zarazem romantyczny do bólu. Zachęcam do kliknięcia w link z YT. Wyjątkowej urody utwór.

 

Muzyka gra… a recenzja TU oczywiście.

Read Full Post »

Recenzji tej płyty w dziale właściwym nie będzie. Bo jakoś nie mogę się zdecydować, gdzie powinna trafić. Czy umieścić ją pod „S”, jako że za muzyczne zobrazowanie Francji XVII wieku odpowiada Jordi Savall. A może zasadniej byłoby otworzyć przegródkę z literą „M”, jako że większość utworów to kompozycje, których autorem jest Marin Marais? Tudzież można by na upartego wepchnąć wszystko do działu „V” – jak Various Artists (ok., można również jako Różni wykonawcy, ale to mniej pasuje i mimo wszystko jakoś nie brzmi): bo i kompozytorów jest trzech minimum, no i wykonawcy też w kilka osób występują. Voila! Takie bogactwo, że… wybrać się nie da i już. Więc zamiast recenzji w dziale REZENZJE będzie wpis na stronie głównej o takimż charakterze, więc w sumie wszystko gra.

Skoro zatem kwestie formalne mamy wyjaśnione, to czas przejść do muzyki. Owszem, przyznaję, jakoś tak Francuzi nie robili na mnie wrażenia. Pomijając przyczyny (ech tak historia i polityka), a przechodząc do skutków (nadmiar niechęci) – okazuje się, że moje uprzedzenie ku muzyce francuskiej nabrało już tak znaczących rozmiarów, aż trudno przed nim uciec. Owszem, jakieś tam jaskółki odnowy się pojawiały (vide Charpentier), ale przy takich Niemcach, do których nienawiść powinienem wyssać z mlekiem matki i ugruntować filmami o II w. światowej to po prostu czarna muzyczna dziura.

Tym bardziej przyjemniej jest mi zachęcić do posłuchania albumu z muzyką, która trafiła do mnie w sumie przypadkiem, za sprawą znajomego. A tak, najpierw była płyta, a potem – wyszukany w sieci (dlaczego tak – o tym w osobnym wpisie) – film. „Wszystkie poranki świata” czyli Tous Les Matis du Monde Alaina Corneau obejrzałem z niezwykłą przyjemnością, bo primo to dobrej muzyki w filmach ostatnio jak na lekarstwo, a secundo – taki rodzaj sztuki filmowej nieczęsto się zdarza w ogóle (bo jednak świat woli strzelanki lub komedyjki tudzież inne kosmiczne polowania) i na dodatek rzadko można go obejrzeć, przegapiwszy premierę.

Słynny (chyba nawet bardziej niż kompozytorzy muzyki wykorzystanej do filmu razem wzięci) Jordi Savall, wymieniany jako twórca tej muzyki filmowej posłużył się w jej ułożeniu kompozycjami francuskiego baroku. Marin Marais i Jean de Sainte-Colombe – bohaterowie opowieści Corneau oddali filmowej ścieżce dźwiękowej swoje utwory, a Savall, jak to on, wespół z zespołem pięknie je wykonali. Album Alia Vox w wersji SACD nabyłem więc z ogromną ochotą po wcześniejszych odsłuchach muzyki z CD i nie zawiodłem się. Już od pierwszej miniaturki na albumie – marszowego  Marche pour la ceremonie des turcs słychać niezwykłą wręcz przestrzeń w tych nagraniach. Jest melodyjnie, malarsko i poetycznie, a muzyka doskonale się broni bez obecności obrazu, dla którego została sprokurowana, co potwierdza znakomitość muzyków i samych kompozycji.  Oczywiście viola da gamba do łatwych instrumentów nie należy. Tak dla samego wykonawcy, jak i dla słuchacza. Jednak po oswojeniu się z jej specyfiką, z barwą dźwięku i łagodnym brzmieniem nabieramy coraz to więcej szacunku dla każdej wydobytej z tego instrumentu nuty. Można wręcz zapaść się w brzmienie tamtejszego świata, posmakować Francji której już nie ma od wieków i powzdychać do czasów, gdy każda nuta brzmiała tak, jakby umierała. Ten cytat, padający zresztą w filmie jest najlepszą recenzją albumu. Prawdziwą oceną wartości muzyki zawartej na Tous les matins du monde.

Posłuchajcie na koniec jednego z utworów. Kojarzy wam się ten motyw? Mnie z pewnością, pytanie tylko, kto i kiedy oraz od kogo coś zapożyczył…

Read Full Post »

Dlaczego? Bo ujął mnie ostatnio Vivaldi swoimi koncertami op. 3 (L’Estro Armonico). Najpierw w wersji Neville’a Marrinera i jego Academy of St. Martin-in-The-Fields (no nawet ładne), potem w wykonaniu Fabio Biondiego i Europa Galante (oj, dzieje się, dzieje), a na koniec Stefano Montanariego i Accademii Bizantina (genialne). Niby te same utwory, niby wszystko jasne, niby uznani wykonawcy, a …. skutek tak różny, że aż niewiarygodny.

Zatem – żeby się tym nastrojem podzielić – w wiadomej zakładce recenzja albumu Europa Galante. Jak mego zauroczenia nie przykryje inna muzyka – to postaram się też szybko sprokurować kilka zdań na temat wersji wydanej przez ARTS (zwłaszcza, że to SACD).

A oprócz tego – prosi się o omówienie nowa płyta Arte Dei Suonatori, no i mamy październik. Miesiąc Różańca. A skoro tak, to bezwzględnie muszę wreszcie skreślić kilka słów na temat Sonat Różańcowych Heinricha Ignaza Franza Bibera (ale broń Boże dżastina!!)

Zanim jednak to wszystko – krótka zajawka niezwykłego Biondiego w jednym z koncertów z op. 3.

Read Full Post »

…był Kris 🙂

A u mnie – w poniedziałek rano, przy pięknym słońcu i z lekką mgiełką nad polami Wielkopolski – Michael Praetorius. Jego luterańską mszę na Boże Narodzenie rano znajdziecie TU. I nawet jak nie przekona was moje zdanie na wspomniany temat – posłuchajcie muzyki. To jeden z tych utworów, o których niełatwo zapomnieć…

A Wielkopolska w październiku, o poranku, potrafi wyglądać tak…

Jesień w Wielkopolsce

Read Full Post »

Pamiętam swego czasu, jak Tomasz Beksiński stwierdził, że nie pojedzie więcej na wakacje. Bo tłok, bo standard gorszy niż w domu, bo spoceni turyści, bo piszczące dzieciaki i cała lista innych powodów, które mogą skutecznie zniechęcić kogokolwiek do zwiedzanie tych czy tamtych miejsc wartych odwiedzenia. Zamiast takich męczarni, można sobie obejrzeć film lub reportaż na National Geographics lub Discovery i spokoju delektować się cudami natury lub dziełami stworzonymi przez człowieka. Może i miał rację, ale wg mnie sporo przy tym tracił. Wspomnienie o tym naszło mnie przy okazji  naszego tegorocznego wyjazdu wakacyjnego nad Neusiedler See, czy Jezioro Nezyderskie w Austrii. To właśnie tam spotkały mnie owe nieocenione korzyści, jakich pewnie nie osiągnąłbym siedząc comfortably numb w fotelu przed telewizorem. Jakie korzyści – już wyjaśniam.

Plan na przedostatni dzień wakacji był prosty. Pojechaliśmy zwiedzić węgierski pałac Esterhazych w Fertöd. Wyjazd został skoligacony z muzyką klasyczną rzecz jasna –  a to za sprawą Józefa Haydna, który właśnie tam, przez prawie 30 lat, w latach 1761 – 1790 tworzył swoje symfonie i koncerty. Do wyjazdu się oczywiście przygotowałem, zabierając ze sobą kilka płyt wiedeńskiego klasyka, trochę – znając niespecjalne przygotowanie Węgrów do języka angielskiego – poczytałem o samym pałacu, o księciu Esterhazym, no i Haydnie i …ani się nie spostrzegliśmy, jak dojechaliśmy na miejsce. Jednak na opowieść o Fertöd i Haydnie przyjdzie jeszcze czas – a teraz szybko przenieśmy się 30 kilometrów dalej, do Podersdorf am See, małego miasteczka nad Jeziorem Nezyderskim, gdzie nasyceni klasycznym przepychem „węgierskiego wersalu” zjechaliśmy na obiad.

Podersdorf, położony wśród winnic przywitał nas austriackim porządkiem, … węgierskim gulaszem i niespodzianką, którą zafundowała mi córka. Stało się to tak.

Szukaliśmy knajpki, gdzie można by zjeść miło, smacznie i niedrogo (ceny w ojro, więc raczej że będzie tanio to nie  liczyliśmy, ale mieliśmy nadzieję, że jedzenie nie będzie tak marne, jak ongiś podczas naszej wyprawy do Saksonii). Od knajpki do knajpki, oglądając karty dań i … lokalnych win dotarliśmy w sumie nad samo jezioro. A tam okazało się, że … nasza najmłodsza pociecha zgubiła swoją butelkę z herbatką. A to już poważny problem. No to dzieciaki zostały z mamą w restauracji, a ja poszedłem na poszukiwania, zyskując jednocześnie zezwolenie na zakup paru dobrych butelek wina do domowej winoteki. No i tak idąc szlakiem odwiedzonych restauracji, zahaczając o winiarnie wszedłem do sklepiku, gdzie przywitała mnie muzyka klasyczna. No tu mnie mieli! Ciężko było się dogadać, bo ja po niemiecku Ich weiß nicht (nie rozumiem, czemu się nie śmiali) a oni po angielsku to niekoniecznie (albo niechęć, albo duma… bo w brak umiejętności nie chce mi się wierzyć). W każdym razie mając tysiące win do wyboru, muzykę barokową w tle mogłem się zupełnie zatracić, a przecież … dziecko czekało na butelkę z herbatką. Więc nie spędziłem tam tyle czasu, ile chciałbym, ale i wino, i coś jeszcze stamtąd wyniosłem.  Owa wartość dodana, za którą nie zapłacisz żadną kartą (znaczy się – zapłacisz, ale najpierw musisz wiedzieć za co, a to nie takie proste) to muzyka Romanusa Weichleina. O której szerzej w recenzji…

Ps. Wina były pyszne, ale kupiłem ich za mało i wszystkie się już wypiły 😦

Read Full Post »

… trochę mi się zebrało zaległości. Mozartowa recenzja była już gotowa do załadowania przed urlopem, ale brak czasu na wklejenie okładki albumu spowodował odłożenie publikacji na czas wyjazdu. Zwłaszcza, że miało się to zgrać w wizytą w stolicy Austrii, a Mozart, wiadomo, klasykiem wiedeńskim jest. Niestety fatalny dostęp do sieci na urlopie spowodował kolejną zwłokę i tak minęła 1/3 sierpnia.

Zatem, by nadrobić stracony czas – zapraszam do działu recenzje, gdzie poczytać można sobie o wspomnianym Mozarcie, nie stroniąc przy okazji od Bacha. Co prawda – nie Jana Sebastiana, tylko Johanna Christiana, ale zawsze Bacha.

Poczytać można zatem o … muzyce, której fragment znajdziecie we wspomnianej zakładce recenzje. Zilustrowany kilkoma wiedeńskimi fotkami, których nie mogłem sobie onegdaj odmówić…

A Haydn i Weichlein? O nich już wkrótce…

Póki co – niech zagra dla nas Gerrit Zitterbart, króciutkie Andante di molto z sonaty fortepianowej z op. 5,2 Johanna Christiana Bacha…

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »