Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Heinrich Schütz’

… nad świątecznym prezentem – to delikatnie mogę zasugerować. Jaki album Klasyczna Niedziela poleca. Taki najlepiej kojarzący się z Bożym Narodzeniem.

No, to recenzja w wiadomym dziale, a poniżej próbka utworu. Co prawda inni artyści, niż polecani w recenzji, ale warto. A jak się ogarnę ze zdjęciami, to wrzucę właściwy film.

Read Full Post »

… mówiły słowa piosenki i owo chodzenie, zaobserwowane w ostatni piątek na mojej wsi dało mi przyczynek do wspomnień z czasów studiów. Dawno dawno temu (hehe), na pierwszym bodajże roku studiów pracowałem na „cieciówie” (no, nie była to taka, jak na zlinkowanym zdjęciu, ale niemniej jakaś była). Miałem tamże – choć to eufemizm kolegę z pracy – Świadka Jehowy. I choć niby wyznanie to w sumie nie miałoby znaczenia, jednakowoż doceniałem, iż mógł on przyjść do pracy w święta, w które akurat  ja chciałem mieć wolne (ot, zaleta różnych schizm).  A dlaczego się mi ów znajomek przypomniał – o tym na koniec.

Wracając do mojej pracy i znajomego – czasami spotykaliśmy się na jednej zmianie i … po kilku godzinach milczenia w końcu jednak dochodziło do jakiejś konwersacji. Acz z niechęcią, co potwierdzam, bo rozmowa i tak ostatecznie zawsze schodziła na tematy religijne. No ale cóż robić – człowiek bez pracy to nie człowiek, a człowiek bez poglądów to donosiciel – trza było stanąć w Okopach Świętej Trójcy i swojego zdania bronić. I jak pamiętam: kiedyś zeszło nam na plagi i wojny. Na gadanie o tym, że czas się kończy, że to, że tamto i owamto. O późniejszych zdarzeniach plagowo – wojenno – tragicznych nie wspominając. Trafił jednak swój na swego, bowiem o ile zindoktrynowano mojego kolegę odpowiednio do dyskusji z takim zwykłym człekiem, znającym się na historii z filmów o Westeplatte, książek Sienkiewicza i obrazów Kossaka, o tyle na mnie było ciut za mało. Pamiętam, że jak wyłożyłem mu kiedyś, przy odrobinie czasu historię wojny trzydziestoletniej to jednakowoż trochę nim wstrząsnęło, że mimo takich znaków na niebie i ziemi, a zwłaszcza na człowieku – świat się jeszcze nie skończył. No – dalszego ciągu opowiadania nie będzie – życie potoczyło się dalej i nie mam pojęcia, czy moje wywody cokolwiek w jego przekonaniach zmieniły.

Wojnę zaś trzydziestoletnią, schizmy i temu podobne kwestie wspominam, bo w ostatni piątek Świadkowie Jehowy zawitali również na moją ulicę. Ale, chyba musiałem już wcześniej zrobić nieprzyjemną minę, może kiedyś niegrzecznie acz stanowczo się odezwałem – dość powiedzieć, że zahaczyli o sąsiadów i nawet nie spojrzawszy w moją stronę – uciekli z powrotem bez próby nawiązania kontaktu. Może więc ktoś im przekazał moje zdanie sprzed lat (nie sądzę, choć… kto wie, kto wie…), może rzeczywiście musiałem im kiedyś okazać chłód własnego oblicza (też nie uważam – ja w sumie miły człek jestem), a może… wystraszył ich Heinrich Schütz, dobiegający z głośników właśnie sprzątanego na wyjazd weekendowy samochodu. Kto wie…, kto wie…

Apropo Schütza – to ostatnie dni przyniosły moją ponowną atencję ku jego Muzyce Sakralnej. Do poczytania w związku z tym TU, a do posłuchania małej próbki – poniżej.

Read Full Post »

Słowniki podają, że tym sformułowaniem oznacza się zazwyczaj dzieło artysty, które kończy jego karierę. Traktuje się łabędzi śpiew jako krańcowy twór jakiejkolwiek działalności. Wszystko to za sprawą klasycznej już baśni, sugerującej, jakoby łabędzie, tuż przed śmiercią, którą wyczuwają wykonywały ostatni, często niezwykle piękny śpiew, mający stanowić ich pożegnanie ze światem doczesnym.

W naszej kulturze wyrażenie to weszło wręcz do słownika potocznego i każdy z nas niejednokrotnie się z nim spotkał. A czy ktoś z was słyszał ów łabędzi śpiew w rzeczywistości?

Ja nie, ale można posłuchać sobie namiastkę takowego. Wystarczy sięgnąć po utwór Heinricha Schütza, jego Der Schwanengesang to właśnie takie podsumowujące, ostatnie w życiu dzieło, jakie napisał. Czy to faktycznie łabędzi śpiew? Zapoznajcie się z recenzją płyty, którą znajdziecie TU.

A na koniec, mała próbka:

Read Full Post »

No, wcale nie namawiam do wywołania wojny i zmiany stanu posiadania jednego kraju na rzecz drugiego. Tytuł tyczy się bowiem czasów zamierzchłych, skądinąd wówczas ani obecne Niemcy ani dzisiejsze Włochy w stanie państwowym znanym nam nie istniały. Żeby zaś być bardziej skrupulatnym – tytuł (no nie dosłownie) wziął się z płyty, której recenzję znajdziecie w odpowiednim dziale (KLIK), do której wysłuchania (albo nawet wejścia w posiadanie) zachęcam.

Na płycie kilku mało znanych kompozytorów, związanych z drezdeńskim dworem (nawiasem mówiąc – muszę zajrzeć do książki Normana Daviesa – Zaginione Królestwa, bo Saksonii chyba najbardziej mi żal – patrząc przez pryzmat barokowej i klasycystycznej spuścizny) choć jak się przyjrzymy dokładniej, to taki np. Johann Hermann Schein to … kantor kościoła pod wezwaniem św. Tomasza w Lipsku, a więc tego samego, w którym kilkadziesiąt lat później tworzył Jan Sebastian Bach. Jak to się wszystko ładnie dookoła jednego miejsca skupiało…

Read Full Post »

… dosłownie i w przenośni. Zima przyszła, przynajmniej w naszej Wielkopolsce ładnie posypało. Jest biało, wreszcie znikła ta szarzyzna listopadowa i jakoś tak – mimo mrozu – raźniej człowiekowi ruszać rankiem do pracy. Pozamiatawszy wcześniej śniegowe czapy ze schodów, podjazdów, chodników i samochodów.

Dlaczego pozamiatane w przenośni? Ano, bo nieopatrznie pojechałem do Music-Island w ubiegłym tygodniu. Nieopatrznie, bo mając całą stertę nowych płyt do słuchania i cieszenia się muzyką, zachciało mi się jeszcze i jeszcze. No to teraz mam za swoje. Rzeczy niewiarygodnie pięknych dostałem tak na oko na pół roku pisania, a drugie tyle jeszcze tam na mnie czeka. A gdzie tu miejsce na albumy, które dostałem wcześniej? Oj, się porobiło.

No dobrze, dość narzekania, czas napisać o co chodzi…

Dziś będzie krótko o wydawnictwie, które każdemu melomanowi sprawić powinno wiele radości. Jako że gwiazdkowa gorączka właśnie przed nami, box, którego tyczy się niniejszy wpis z całą pewnością wzbudzi uśmiech na niejednej twarzy.

Bach Collegium Japan. O nich mowa. Zespół kierowany przez Suzukiego nagrywa już … okrągłe dwadzieścia lat (po namyśle, nie będę wspominał, czego słuchałem dwadzieścia lat temu – nie, że nie przystoi, aż tak źle nie było, ale nie pasuje do tego bloga raczej). Wracając – japoński dyrygent i jego ansambl nagrali przez ten okres tak ogromną ilość muzyki kantora św. Tomasza oraz jego poprzedników i następców, że poznanie wszystkiego wnikliwemu słuchaczowi zająć może drugie tyle lat. No, może krócej, ale pod warunkiem, że na żadne inne płyty tudzież koncerty wykonawców czasu się tracić nie będzie. Kantat – całe mnóstwo. Msze, koncerty, dzieła organowe (w końcu Suzuki to organista), a to tylko sam Johann Sebastian Bach. A gdzie reszta?

Na okrągłą rocznicę BIS przygotował box zawierający 15 różnych płyt nagranych przez BCJ. Czegoż tu nie ma? Jest Buxtehude i jego Membra Jesu Nostri, są Nieszpory Monteverdiego. Schütza Siedem Ostatnich Słów Chrystusa na Krzyżu i kolejne wykonanie – inne niż opisane wcześniej – Mesjasza Jerzego Fryderyka Händla. Oprócz tego – zadziwiający zbiór z rodzaju the best of, czyli A Choral Year With Bach: fragmenty kantat Jana Sebastiana, zestawione wg dat roku liturgicznego i … nieziemskiej melodyki (aktualny mój hit na pierwsze dni Adwentu). Wymieniam, wymieniam i nawet nie jestem w połowie.

Jak już jesteśmy przy rodzinie Bacha, to w boxie jest również płytka z kantami świeckimi (m.in. z Coffee Cantatą) kantora św. Tomasza, są koncerty skrzypcowe seniora i koncerty wiolonczelowe syna – Carla Philippa Emmanuela Bacha. Oczywiście taki zbiór nie mógłby się obyć bez bachowskiego Magnificat, a tenże utwór znajdziemy na płycie w zaszczytnym towarzystwie podobnych dzieł Zelenki i … zachwycającego Johanna Kuhnau. Generalnie więc barok rządzi, a skoro tak, to nasz znajomy Dan Laurin wraz z BCJ znakomicie prezentuje się w koncertach na flet Antionio Vivaldiego. Całość pięknie uzupełnia całkowicie dla mnie dotąd nieznany Johann Rudolf Ahle i jego Selected Vocal Music. Ufff…

Pozwolę sobie w niedalekiej przyszłości powyjmować z pudełka poszczególne części, bo można je sobie sprawić również pojedynczo. I napiszę parę słów. Póki co jest – polecam – ten box to znakomite wydawnictwo, warte uwagi każdego, kto lubi muzykę klasyczną. A zwłaszcza muzykę czasów baroku.

Read Full Post »

Cała torba z muzyką. Szkoda, że w ten sam sposób nie można otrzymać „dodatkowego czasu” na jej przesłuchanie. Jakieś sugestie od czego zacząć?

Read Full Post »

Wiem, każdy kiedyś umrze, helloween to grzech, a my powinniśmy myśleć o naszych zmarłych w te dni. I myślimy (przynajmniej ja), ale przecież życie to nie tylko ciągły strach przed śmiercią. Bo inaczej umarłbym ze strachu 🙂

Zatem dla odmiany – proponuję zajrzeć do działu recenzje. A w nim, jak ładnie napisano na innej stronie …

Jedna z najkrótszych, najtrudniejszych do egzegezy, najchętniej czytanych (zarówno w chrześcijaństwie jak w judaizmie) – ale chyba najrzadziej czytanych w kościołach – ksiąg Biblii…
Sto siedemnaście wersetów przesyconych erotyką i namiętną miłością, bez ani jednego bezpośredniego odniesienia do Boga (to jedna z zaledwie dwóch takich ksiąg w całej Biblii!).
117 wersetów, które od wieków bywały nawzajem recytowane przez niejedną zakochaną parę – sprawdzającą czasem z niedowierzaniem, czy to na pewno jeszcze Biblia…

Może nie wszystkie 117 wersów, ale spora ich ilość. Wszystko ubrane w nuty powstałe na przestrzeni wieków, zaśpiewane pięknie przez zespół z Kanady. Proponuję zajrzeć na ICH STRONĘ, gdzie można posłuchać i … ściągnąć sobie utwory z różnych – w tym także z opisywanej przeze mnie płyty.

Polecam sięgnąć choćby po dzieło Orlando di Lasso. Jest tu, wystarczy kliknąć…

Read Full Post »

Wczoraj minęło – co pewnie większość ludzi interesujących się muzyką zakonotowała, 40 lat od dnia śmierci geniusza gitary – Jimiego Hendrixa. Co mu zawdzięczamy, można wyczytać na wielu blogach i portalach internetowych, napisano o nim całe tomiska książek. Co i rusz wydawane są „nowe” płyty, jak choćby ostatni album z JEDNYM nowym nagraniem (ech, ten marketing). Nie będę się zatem rozpisywał, ale Jimiego zlinkuję, bo … to klasyka rocka i tyle. 40 lat… cóż, ta cyfra sporo znaczy również dla mnie, ale o tym innym razem.

Druga cyfra na dziś została trochę przyspieszona. Bo dziewiątego października mija 425 lat od dnia urodzin innego rewolucjonisty muzycznego. Tamtego dnia, w Köstritz (obecnie znanego jako Bad Köstritz) w domu, który istnieje do dziś urodził się Heinrich Schütz. Niemiecki kompozytor wczesnego baroku.

Zestawienie tych dwóch postaci (cyfr) pewnie dziwi. A nie powinno. Dlaczego – o tym niżej.

Jimi Hendrix przeszedł do legendy, bo jego  sposób gry na gitarze zrewolucjonizował  świat muzyki rockowej. Nie chodzi tu  oczywiście (lojalnie ostrzegam, te dwa linki  „łagodne” nie są!!) o kopulowanie z gitarą a  potem jej spalenie, ani o granie zębami, ale o  te kosmiczne dźwięki, jakie Jimi wydobywał z  tego instrumentu. Dotąd grywano sobie na  niej akordy, albo solówki, a Jimi jako  pierwszy zagrał na gitarze jedno i drugie  jednocześnie i na dodatek zrobił to tak, jakby  miał ich z pięć w rękach. Dzięki temu brzmienie nabierało mocy, atakowało różnymi frazami i przytłaczało słuchacza taką ilością wygenerowanych nut, aż trudno było dostrzec czy słuchamy jeszcze utworu, czy też jego improwizacji. Najpełniej brzmi to w moim ulubionym Third Stone From The Sun, który w linku podaję i do wysłuchania zachęcam, mimo, że z muzyką klasyczną pozornie niewiele ma ten kawałek wspólnego.

Heinrich Schütz to też rewolucjonista w muzyce. Miał jednak to szczęście, że żył znacznie dłużej, niż dwudziestowieczny mistrz gitary elektrycznej. Nie zmarł tragicznie w młodym wieku, choć wszelkie możliwości ku temu miał – wystarczyło napatoczyć się jakiejś armii podczas pustoszącej Europę wojny trzydziestoletniej. Inna sprawa, że pewnie stałby się wówczas jedną z tysięcy anonimowych ofiar i tyle byśmy o nim słyszeli. Zatem – skoro jego wyjątkowość nie wynika z eventów pozamuzycznych – to rewolucjonizm Schütza związany musi być z kwestiami muzyki. Tu nieśmiało posłużę się zdaniem Alberta Schweizera, który w swojej biografii Bacha napisał tak:

[…] Rewolucyjny jest w niemieckiej muzyce kościelnej fakt stosowania (przez Schütza – przyp. mój) na modłę Gabrielego większej ilości chórów dla wywołania dramatycznych masowych efektów […]. Rewolucyjne jest samodzielne wykorzystanie orkiestry w utworach powstałych po drugim pobycie kompozytora we Włoszech, kiedy to poznał sztukę Montiverdiego. Rewolucyjne jest wprowadzenie recytatywowych śpiewów solowych […]

Wszystko to dlatego, że wówczas (niezależnie, czy były to nabożeństwa katolickie, czy protestanckie) śpiewano (choć raczej recytowano w oparciu jedną melodię) słowa Pisma Świętego.  Schütz, po powrocie z Włoch zaimplementował tamtejsze rozwiązania na grunt niemiecki i tchnął życie w skostniały wizerunek muzyki siedemnastowiecznej. Wydaje się, że bez niego nie byłoby ani Buxtehudego, ani tym bardziej Bacha i Händla.

Obaj wymienieni muzycy ruszyli otaczający ich muzyczny świat z posad. Nic już nie miało być takie same – ani siedemnastowieczne kantaty, ani dwudziestowieczne rockowe piosenki. Czy świat mógłby istnieć bez tych dwóch ludzi? Mógłby, ale po co?

Na koniec, jak na Klasyczną Niedzielę przystało, Heinrich Schütz i jego Die mit Tränen säen (SWV 378) w wykonaniu oczywiście niesamowitego Collegium Vocale Gent pod Herreweghem. Cudo!

Read Full Post »

GroßsedlitzWiem, zapowiadałem swego czasu wizytę w twierdzy Königstein, będącej w sumie warownym zamkiem obronnym położonym na jednym ze wzgórz opływanych przez rzekę Łabę (niem. Elbe, bo taką nazwę również w polskich publikacjach można znaleźć). I … do samej twierdzy jeszcze wrócimy, jednak dziś – skoro za oknem króluje szary odcień szarości – kilka słów na temat Drezna, okolic, historii i muzyki z tym miastem związanej.

Ostatni dzień naszego wydłużonego weekendu w Saksonii spędziliśmy w ogrodach Großsedlitz, k. Pirny. Dzień wcześniej, wracając z wojaży po saksońskich zamkach znaleźliśmy to miejsce nie bardzo wiedząc, co tam można zobaczyć, a że było już po zachodzie słońca, to przyszło nam zajrzeć do tych ogrodów jedynie przez stalowy płot. Wyjazd do Polski zaplanowany został na następny dzień i choć pierwotnie chcieliśmy „zaliczyć” pałac i ogrody Rammenau, to ostatecznie wylądowaliśmy znowuż w Pirnie (swoją drogą, do Rammenau muszę jeszcze pojechać!!). A stamtąd już malutki kroczek do miejsca, będącego bohaterem niniejszego wpisu.

Großsedlitz - tym razem w wersji IRBarokowe ogrody Großsedlitz przywitały nas piękną pogodą i niesłychanie miłą obsługą (różnie niestety Polacy są w Saksonii odbierani, nie ma co ukrywać). Królująca wszech i wobec zieleń pięknie urządzonych alejek, cytrusy i fontanny, plus … brak tłumów (w porównaniu do Zwingera lub Königstein było po prostu PUSTO!), śpiew ptaków i czysta przyjemność uwieczniania piękna  tego miejsca na matrycy naszych lustrzanek: wszystko to spowodowało, że o Großsedlitz myślimy dziś ze szczególnym sentymentem. Zarówno rozpoczynająca niniejszy wpis fotografia ogrodów wraz z pałacykami leżącymi na terenie parku, jak i spojrzenie na tamtejszy świat w podczerwieni, a także  widoczna na końcu spisu panorama, to tylko mała część zachwycającego zestawienia przyrody i architektury, którą można tam zobaczyć.

I takie sobie chodzą tymi alejkami...I jeszcze jedno. Wspólnie uchwaliliśmy, że postacie widoczne na fotografii obok, to po prostu „bogaci” Niemcy, który w ramach rozrywki przebierają się w takie stroje i spacerują sobie alejkami tego pięknego parku. Ku uciesze dzieci, turystów i duchów dawnych czasów, pętających się równie bez celu, co oni sami. Trochę szkoda, że takie eventy w naszym uroczym Kórniku nie mają miejsca. Ale może kiedyś, kto wie. Jak będę bogatym znudzonym Niemcem…

A żeby cały wpis osłodzić, zapraszam do wysłuchania muzyki związanego z Dreznem przez właściwie całe swoje dorosłe życie niemieckiego kompozytora, Heinricha Schütza. Anonsowanego już w Klasycznej Niedzieli przy okazji wpisów o Matthiasie Weckmannie. Schützem obiecuję zająć się poważniej jeszcze w tym roku, a póki co niech zabrzmi Jego Magnificat

I obiecana panorama Barockgarten Großsedlitz…

Panorama Großsedlitz

Read Full Post »

„Co by było gdyby?” – pytanie takie najczęściej stawiamy sobie w odniesieniu do tych wydarzeń z historii, które zmieniły na zawsze kształt świata. Jakaś bitwa, jakaś wojna, jakiś król, czy książę, polityk lub zbrodniarz … wszystko to pojawia się jako tło rozważań nad miejscem, w którym nasza przeszłość,  teraźniejszość i przyszłość zależą od konkretnego zdarzenia. Jak choćby przy okazji wczorajszej rocznicy upadku muru berlińskiego, będącej początkiem zjednoczenia Niemiec.

A przecież oprócz zdarzeń „istotnych” ileż było takich, które nie miały znaczenia? Bo albo pozornie, albo faktycznie świat uważa je za mało ważkie by o nich pamiętać. Nikt zresztą nie zadaje pytania, jak wyglądałby świat, gdyby nie było The Beatles, Woodstock i Flower Power. Bo i po co, to w końcu tylko muzyka, a prawdziwa historia kształtuje się na polach bitew i w gabinetach polityków.

Na potrzeby tego wpisu można zadać pytanie, „Co by było, gdyby nie było Bacha?” I cóż, to dość prosta sprawa. Świat byłby nie ten sam, bowiem spuścizna, jaką po sobie pozostawił niemiecki kompozytor jest zbyt wielka, by o niej zapomnieć. Jednak docenienie bachowskiej roli to nie tylko zachwyt nad jego dziełami, ale również konieczność spojrzenia na rolę, którą kantor z Lipska dla popularyzacji muzyki barokowej napisanej przez współczesnych mu kompozytorów.

O wpływie wielkiego kompozytora na muzykę współczesną z ostrożności procesowej nie wspomnę, bo niniejszy wpis rozwinąłby się w kilkustronicowy elaborat.

Festung KönigsteinWracając jednak do dziewiętnastowiecznego odrodzenia muzyki bachowskiej trzeba powiedzieć, że przykładem takiej postaci, o której świat nie pamiętałby, gdyby nie ów renesans twórczości Jana Sebastiana jest Matthias Weckmann. Natknąłem się nań przy okazji mielenia w odtwarzaczu płyty poleconej przez znajomego (recenzja owego albumu pojawi się w Klasycznej Niedzieli jeszcze w tym roku, ale to przy specjalnej okazji, więc na razie „sza!”). Jeden utwór, który na wspomnianej płycie się znajduje (na razie nie ujawniajmy jego tytułu, bo jest jedynie przyczynkiem do powstania niniejszego wpisu) spowodował, że zacząłem poszukiwania muzyki Weckmanna. Po nitce do kłębka chciałoby się rzec: leży przede mną album Ricercar Consort z kantatami Matthiasa Weckmanna. Album na tyle wart uwagi, że … zapraszam do działu recenzje.

A na początek znajomości z niemieckim kompozytorem proponuję jego suitę na klawesyn b-moll.

Read Full Post »