Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Heinrich Schütz’

Wczoraj minęło – co pewnie większość ludzi interesujących się muzyką zakonotowała, 40 lat od dnia śmierci geniusza gitary – Jimiego Hendrixa. Co mu zawdzięczamy, można wyczytać na wielu blogach i portalach internetowych, napisano o nim całe tomiska książek. Co i rusz wydawane są „nowe” płyty, jak choćby ostatni album z JEDNYM nowym nagraniem (ech, ten marketing). Nie będę się zatem rozpisywał, ale Jimiego zlinkuję, bo … to klasyka rocka i tyle. 40 lat… cóż, ta cyfra sporo znaczy również dla mnie, ale o tym innym razem.

Druga cyfra na dziś została trochę przyspieszona. Bo dziewiątego października mija 425 lat od dnia urodzin innego rewolucjonisty muzycznego. Tamtego dnia, w Köstritz (obecnie znanego jako Bad Köstritz) w domu, który istnieje do dziś urodził się Heinrich Schütz. Niemiecki kompozytor wczesnego baroku.

Zestawienie tych dwóch postaci (cyfr) pewnie dziwi. A nie powinno. Dlaczego – o tym niżej.

Jimi Hendrix przeszedł do legendy, bo jego  sposób gry na gitarze zrewolucjonizował  świat muzyki rockowej. Nie chodzi tu  oczywiście (lojalnie ostrzegam, te dwa linki  „łagodne” nie są!!) o kopulowanie z gitarą a  potem jej spalenie, ani o granie zębami, ale o  te kosmiczne dźwięki, jakie Jimi wydobywał z  tego instrumentu. Dotąd grywano sobie na  niej akordy, albo solówki, a Jimi jako  pierwszy zagrał na gitarze jedno i drugie  jednocześnie i na dodatek zrobił to tak, jakby  miał ich z pięć w rękach. Dzięki temu brzmienie nabierało mocy, atakowało różnymi frazami i przytłaczało słuchacza taką ilością wygenerowanych nut, aż trudno było dostrzec czy słuchamy jeszcze utworu, czy też jego improwizacji. Najpełniej brzmi to w moim ulubionym Third Stone From The Sun, który w linku podaję i do wysłuchania zachęcam, mimo, że z muzyką klasyczną pozornie niewiele ma ten kawałek wspólnego.

Heinrich Schütz to też rewolucjonista w muzyce. Miał jednak to szczęście, że żył znacznie dłużej, niż dwudziestowieczny mistrz gitary elektrycznej. Nie zmarł tragicznie w młodym wieku, choć wszelkie możliwości ku temu miał – wystarczyło napatoczyć się jakiejś armii podczas pustoszącej Europę wojny trzydziestoletniej. Inna sprawa, że pewnie stałby się wówczas jedną z tysięcy anonimowych ofiar i tyle byśmy o nim słyszeli. Zatem – skoro jego wyjątkowość nie wynika z eventów pozamuzycznych – to rewolucjonizm Schütza związany musi być z kwestiami muzyki. Tu nieśmiało posłużę się zdaniem Alberta Schweizera, który w swojej biografii Bacha napisał tak:

[…] Rewolucyjny jest w niemieckiej muzyce kościelnej fakt stosowania (przez Schütza – przyp. mój) na modłę Gabrielego większej ilości chórów dla wywołania dramatycznych masowych efektów […]. Rewolucyjne jest samodzielne wykorzystanie orkiestry w utworach powstałych po drugim pobycie kompozytora we Włoszech, kiedy to poznał sztukę Montiverdiego. Rewolucyjne jest wprowadzenie recytatywowych śpiewów solowych […]

Wszystko to dlatego, że wówczas (niezależnie, czy były to nabożeństwa katolickie, czy protestanckie) śpiewano (choć raczej recytowano w oparciu jedną melodię) słowa Pisma Świętego.  Schütz, po powrocie z Włoch zaimplementował tamtejsze rozwiązania na grunt niemiecki i tchnął życie w skostniały wizerunek muzyki siedemnastowiecznej. Wydaje się, że bez niego nie byłoby ani Buxtehudego, ani tym bardziej Bacha i Händla.

Obaj wymienieni muzycy ruszyli otaczający ich muzyczny świat z posad. Nic już nie miało być takie same – ani siedemnastowieczne kantaty, ani dwudziestowieczne rockowe piosenki. Czy świat mógłby istnieć bez tych dwóch ludzi? Mógłby, ale po co?

Na koniec, jak na Klasyczną Niedzielę przystało, Heinrich Schütz i jego Die mit Tränen säen (SWV 378) w wykonaniu oczywiście niesamowitego Collegium Vocale Gent pod Herreweghem. Cudo!

Reklamy

Read Full Post »

GroßsedlitzWiem, zapowiadałem swego czasu wizytę w twierdzy Königstein, będącej w sumie warownym zamkiem obronnym położonym na jednym ze wzgórz opływanych przez rzekę Łabę (niem. Elbe, bo taką nazwę również w polskich publikacjach można znaleźć). I … do samej twierdzy jeszcze wrócimy, jednak dziś – skoro za oknem króluje szary odcień szarości – kilka słów na temat Drezna, okolic, historii i muzyki z tym miastem związanej.

Ostatni dzień naszego wydłużonego weekendu w Saksonii spędziliśmy w ogrodach Großsedlitz, k. Pirny. Dzień wcześniej, wracając z wojaży po saksońskich zamkach znaleźliśmy to miejsce nie bardzo wiedząc, co tam można zobaczyć, a że było już po zachodzie słońca, to przyszło nam zajrzeć do tych ogrodów jedynie przez stalowy płot. Wyjazd do Polski zaplanowany został na następny dzień i choć pierwotnie chcieliśmy „zaliczyć” pałac i ogrody Rammenau, to ostatecznie wylądowaliśmy znowuż w Pirnie (swoją drogą, do Rammenau muszę jeszcze pojechać!!). A stamtąd już malutki kroczek do miejsca, będącego bohaterem niniejszego wpisu.

Großsedlitz - tym razem w wersji IRBarokowe ogrody Großsedlitz przywitały nas piękną pogodą i niesłychanie miłą obsługą (różnie niestety Polacy są w Saksonii odbierani, nie ma co ukrywać). Królująca wszech i wobec zieleń pięknie urządzonych alejek, cytrusy i fontanny, plus … brak tłumów (w porównaniu do Zwingera lub Königstein było po prostu PUSTO!), śpiew ptaków i czysta przyjemność uwieczniania piękna  tego miejsca na matrycy naszych lustrzanek: wszystko to spowodowało, że o Großsedlitz myślimy dziś ze szczególnym sentymentem. Zarówno rozpoczynająca niniejszy wpis fotografia ogrodów wraz z pałacykami leżącymi na terenie parku, jak i spojrzenie na tamtejszy świat w podczerwieni, a także  widoczna na końcu spisu panorama, to tylko mała część zachwycającego zestawienia przyrody i architektury, którą można tam zobaczyć.

I takie sobie chodzą tymi alejkami...I jeszcze jedno. Wspólnie uchwaliliśmy, że postacie widoczne na fotografii obok, to po prostu „bogaci” Niemcy, który w ramach rozrywki przebierają się w takie stroje i spacerują sobie alejkami tego pięknego parku. Ku uciesze dzieci, turystów i duchów dawnych czasów, pętających się równie bez celu, co oni sami. Trochę szkoda, że takie eventy w naszym uroczym Kórniku nie mają miejsca. Ale może kiedyś, kto wie. Jak będę bogatym znudzonym Niemcem…

A żeby cały wpis osłodzić, zapraszam do wysłuchania muzyki związanego z Dreznem przez właściwie całe swoje dorosłe życie niemieckiego kompozytora, Heinricha Schütza. Anonsowanego już w Klasycznej Niedzieli przy okazji wpisów o Matthiasie Weckmannie. Schützem obiecuję zająć się poważniej jeszcze w tym roku, a póki co niech zabrzmi Jego Magnificat

I obiecana panorama Barockgarten Großsedlitz…

Panorama Großsedlitz

Read Full Post »

„Co by było gdyby?” – pytanie takie najczęściej stawiamy sobie w odniesieniu do tych wydarzeń z historii, które zmieniły na zawsze kształt świata. Jakaś bitwa, jakaś wojna, jakiś król, czy książę, polityk lub zbrodniarz … wszystko to pojawia się jako tło rozważań nad miejscem, w którym nasza przeszłość,  teraźniejszość i przyszłość zależą od konkretnego zdarzenia. Jak choćby przy okazji wczorajszej rocznicy upadku muru berlińskiego, będącej początkiem zjednoczenia Niemiec.

A przecież oprócz zdarzeń „istotnych” ileż było takich, które nie miały znaczenia? Bo albo pozornie, albo faktycznie świat uważa je za mało ważkie by o nich pamiętać. Nikt zresztą nie zadaje pytania, jak wyglądałby świat, gdyby nie było The Beatles, Woodstock i Flower Power. Bo i po co, to w końcu tylko muzyka, a prawdziwa historia kształtuje się na polach bitew i w gabinetach polityków.

Na potrzeby tego wpisu można zadać pytanie, „Co by było, gdyby nie było Bacha?” I cóż, to dość prosta sprawa. Świat byłby nie ten sam, bowiem spuścizna, jaką po sobie pozostawił niemiecki kompozytor jest zbyt wielka, by o niej zapomnieć. Jednak docenienie bachowskiej roli to nie tylko zachwyt nad jego dziełami, ale również konieczność spojrzenia na rolę, którą kantor z Lipska dla popularyzacji muzyki barokowej napisanej przez współczesnych mu kompozytorów.

O wpływie wielkiego kompozytora na muzykę współczesną z ostrożności procesowej nie wspomnę, bo niniejszy wpis rozwinąłby się w kilkustronicowy elaborat.

Festung KönigsteinWracając jednak do dziewiętnastowiecznego odrodzenia muzyki bachowskiej trzeba powiedzieć, że przykładem takiej postaci, o której świat nie pamiętałby, gdyby nie ów renesans twórczości Jana Sebastiana jest Matthias Weckmann. Natknąłem się nań przy okazji mielenia w odtwarzaczu płyty poleconej przez znajomego (recenzja owego albumu pojawi się w Klasycznej Niedzieli jeszcze w tym roku, ale to przy specjalnej okazji, więc na razie „sza!”). Jeden utwór, który na wspomnianej płycie się znajduje (na razie nie ujawniajmy jego tytułu, bo jest jedynie przyczynkiem do powstania niniejszego wpisu) spowodował, że zacząłem poszukiwania muzyki Weckmanna. Po nitce do kłębka chciałoby się rzec: leży przede mną album Ricercar Consort z kantatami Matthiasa Weckmanna. Album na tyle wart uwagi, że … zapraszam do działu recenzje.

A na początek znajomości z niemieckim kompozytorem proponuję jego suitę na klawesyn b-moll.

Read Full Post »

« Newer Posts