Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Herreweghe’

…nadeszła. Więc zagrajmy coś akuratnego w hołdzie dla Niej. Oczywiście nie tylko dla złocistobrązowych kolorów naszych gór i lasów. Nie wyłącznie dla wschodów słońca w porannych mgłach nad Wartą, czy też dla ściętych pierwszym przymrozkiem kwiatów polnych. img_3211

Niech to będzie nasza estymacja dla napoju bogów, który właśnie Pani Jesień przynosi z winnic na spotkania przyjaciół. I nie, nie będzie to Vivaldi, bo tegoż to dziś wszyscy będą grać. Zaś w Klasycznej Niedzieli oddamy głos Józefowi Haydnowi. Któremu zdarzyło się kiedyś napisać takie piękne, acz chyba zapomniane obecnie oratorium. Jesienna część u Herreweghe’go kończy się tam tak:

 

Reklamy

Read Full Post »

Wczoraj minęło – co pewnie większość ludzi interesujących się muzyką zakonotowała, 40 lat od dnia śmierci geniusza gitary – Jimiego Hendrixa. Co mu zawdzięczamy, można wyczytać na wielu blogach i portalach internetowych, napisano o nim całe tomiska książek. Co i rusz wydawane są „nowe” płyty, jak choćby ostatni album z JEDNYM nowym nagraniem (ech, ten marketing). Nie będę się zatem rozpisywał, ale Jimiego zlinkuję, bo … to klasyka rocka i tyle. 40 lat… cóż, ta cyfra sporo znaczy również dla mnie, ale o tym innym razem.

Druga cyfra na dziś została trochę przyspieszona. Bo dziewiątego października mija 425 lat od dnia urodzin innego rewolucjonisty muzycznego. Tamtego dnia, w Köstritz (obecnie znanego jako Bad Köstritz) w domu, który istnieje do dziś urodził się Heinrich Schütz. Niemiecki kompozytor wczesnego baroku.

Zestawienie tych dwóch postaci (cyfr) pewnie dziwi. A nie powinno. Dlaczego – o tym niżej.

Jimi Hendrix przeszedł do legendy, bo jego  sposób gry na gitarze zrewolucjonizował  świat muzyki rockowej. Nie chodzi tu  oczywiście (lojalnie ostrzegam, te dwa linki  „łagodne” nie są!!) o kopulowanie z gitarą a  potem jej spalenie, ani o granie zębami, ale o  te kosmiczne dźwięki, jakie Jimi wydobywał z  tego instrumentu. Dotąd grywano sobie na  niej akordy, albo solówki, a Jimi jako  pierwszy zagrał na gitarze jedno i drugie  jednocześnie i na dodatek zrobił to tak, jakby  miał ich z pięć w rękach. Dzięki temu brzmienie nabierało mocy, atakowało różnymi frazami i przytłaczało słuchacza taką ilością wygenerowanych nut, aż trudno było dostrzec czy słuchamy jeszcze utworu, czy też jego improwizacji. Najpełniej brzmi to w moim ulubionym Third Stone From The Sun, który w linku podaję i do wysłuchania zachęcam, mimo, że z muzyką klasyczną pozornie niewiele ma ten kawałek wspólnego.

Heinrich Schütz to też rewolucjonista w muzyce. Miał jednak to szczęście, że żył znacznie dłużej, niż dwudziestowieczny mistrz gitary elektrycznej. Nie zmarł tragicznie w młodym wieku, choć wszelkie możliwości ku temu miał – wystarczyło napatoczyć się jakiejś armii podczas pustoszącej Europę wojny trzydziestoletniej. Inna sprawa, że pewnie stałby się wówczas jedną z tysięcy anonimowych ofiar i tyle byśmy o nim słyszeli. Zatem – skoro jego wyjątkowość nie wynika z eventów pozamuzycznych – to rewolucjonizm Schütza związany musi być z kwestiami muzyki. Tu nieśmiało posłużę się zdaniem Alberta Schweizera, który w swojej biografii Bacha napisał tak:

[…] Rewolucyjny jest w niemieckiej muzyce kościelnej fakt stosowania (przez Schütza – przyp. mój) na modłę Gabrielego większej ilości chórów dla wywołania dramatycznych masowych efektów […]. Rewolucyjne jest samodzielne wykorzystanie orkiestry w utworach powstałych po drugim pobycie kompozytora we Włoszech, kiedy to poznał sztukę Montiverdiego. Rewolucyjne jest wprowadzenie recytatywowych śpiewów solowych […]

Wszystko to dlatego, że wówczas (niezależnie, czy były to nabożeństwa katolickie, czy protestanckie) śpiewano (choć raczej recytowano w oparciu jedną melodię) słowa Pisma Świętego.  Schütz, po powrocie z Włoch zaimplementował tamtejsze rozwiązania na grunt niemiecki i tchnął życie w skostniały wizerunek muzyki siedemnastowiecznej. Wydaje się, że bez niego nie byłoby ani Buxtehudego, ani tym bardziej Bacha i Händla.

Obaj wymienieni muzycy ruszyli otaczający ich muzyczny świat z posad. Nic już nie miało być takie same – ani siedemnastowieczne kantaty, ani dwudziestowieczne rockowe piosenki. Czy świat mógłby istnieć bez tych dwóch ludzi? Mógłby, ale po co?

Na koniec, jak na Klasyczną Niedzielę przystało, Heinrich Schütz i jego Die mit Tränen säen (SWV 378) w wykonaniu oczywiście niesamowitego Collegium Vocale Gent pod Herreweghem. Cudo!

Read Full Post »

Uczyłem się onegdaj języka niemieckiego. Z racji fascynacji historycznych najlepiej (i właściwie prawie wyłącznie) wchodziły mi do głowy różne zwroty, której najczęściej można było usłyszeć w filmach wojennych. A w tychże Niemcy skutecznie byli przedstawiani w sposób odstręczający nie tylko od nauki ich języka, ale i również od całości kultury, jaką wnieśli do światowego dziedzictwa. Tak było i nic na to nie poradzę. Dziś, gdy nie ma już na tym świecie Władysława Grzempowskiego, mojego dziadka, który do końca upierał się, bym w języku Goethego nauczył się choć ciut przemawiać i rozumieć, dociera do mnie, jak bezsensownie kształtowałem swoją rzeczywistość przed laty i ile straciłem, podchodząc do rzeczy w taki a nie inny sposób. Nigdy nie nauczę się języka niemieckiego! Ot, buńczuczna, młodość…

Potem przyszedł czas na zmiany. Powoli. Bo jeszcze kilka lat temu, mimo zmiany własnego nastawienia  do Niemców, jakoś nie wyobrażałem sobie, języka niemieckiego w muzyce. Nawet nocne wycieczki nieodżałowanego Tomasza Beksińskiego (vide Lacrimosa tudzież Deine Lakaien) przechodziły przez ciężkie sito nieakceptacji. Strasznie wolno, z mozołem. Jakoś.

Jakoś poszło. Właściwie nie wiem, kiedy to się stało. I nie ustalę tego. Dość powiedzieć, że kantaty Jana Sebastiana Bacha brzmią dziś w moim odtwarzaczu (samochodowym, komputerowym czy salonowym) pięknie, wzniośle i zachwycająco, a ja zupełnie niezauważalnie zacząłem je traktować, jakby były ze mną od zawsze.

Zmianę mojego nastawienia uświadomił mi brat. Ostatniej soboty, w czasie wizyty w Drzeczkowie (nocna fotka mauzoleum obok to dla podkreślenia klimatu) trzeba było przestawić moje auto z jednego miejsca postojowego na inne. Brat zrobił to za mnie. I mimo, że trwało to może z 1,5 minuty – wyłączył sprzęt grający nie mogąc zaakceptować niemieckich śpiewów w głośnikach. Młodszy jest, to i można mu wybaczyć: jeszcze wszystko przed nim…

W odtwarzaczu bowiem od kilkunastu dni kręci się płyta nagrana przez Collegium Vocale Gent i Philippa Herreweghego. A na niej, kantaty Jana Sebastiana Bacha. O których szerzej w dziale recenzje, gdzie zapraszam…

Read Full Post »

Aby podjąć rozważania na temat zadany w tytule i popisać się znajomością kolejnych utworów muzyki klasycznej, trza sobie odpowiedzieć na najbardziej oczywiste pytanie w tym momencie – co to jest kantata? Ano, mówiąc krótko, to takie coś, w którym solista lub chór z akompaniamentem (lub bez) wykonuje muzykę mającą troszeczkę więcej lat, niż oratoria Piotra Rubika (załóżmy na chwilę, że to faktycznie są „o-r-a-t-o-r-i-a”). Jak się zatem rzekło, tekst utworu śpiewany jest na głosy (zwykle solowe ale chórem też nie pogardzimy) przy wsparciu instrumentu (ów) klasycznych (czyli nie-gitary, nie-gitary rytmiczne, nie-perkusja… i nie -temu podobne rzeczy). Konstrukcja kantaty – gdyby z niej zdjąć odium religijne – przypominałaby coś na kształt malutkiej siostry opery. Ale to w takim dużym uproszczeniu. Na szczęście też nikt do takich skrótów myślowych nie dopuszcza, toteż nie ma co drążyć tematu.

Przyjęło się, że kantata występuje w dwóch wersjach – włoskiej i niemieckiej. Włoską tylko zasygnalizuję i nie będziemy się nią tu dalej specjalnie zajmować, bo i płyta, która jest przyczyną niniejszego tekstu nie zawiera kantat włoskich. Skoro pisali je (znaczy włoskie) i Vivaldi, i Händel, więc narodowość nie ma tu nic do rzeczy.  Dlaczego zatem włoska i niemiecka? Bo i muzyka baroku włoska i niemiecka stanowiły wówczas siłę wiodącą w Europie. W każdym razie kilkuczęściowa kantata włoska komponowana była zazwyczaj na jeden głos solowy, któremu akompaniował zwykle jakiś instrument niskobrzmiący lub akordowy (np. klawesyn, wiolonczela, lutnia). Solista wykonywał partie wokalne w formie recytatywów (czyli takich melodeklamacji) stanowiących wprowadzenie do melodyjności zasadniczej części, czyli arii. Tekst kantat włoskich zazwyczaj tyczył się spraw świeckich
(i to główny, choć nie jedyny wyróżnik względem kantat niemieckich). Dla pełnego obrazu – w linku niepublikowany dotąd na tym blogu (choć wspominany) Alessandro Scarlatti i jego kantata „Antoniusz i Kleopatra”.

Co zaś się tyczy kantaty typu niemieckiego, to oprócz kwestii odmiennej problematyki (religijny tekst) bywa ona również muzycznie bardziej rozbudowana (co będzie słychać, gdy posłucha się najpierw zlinkowanej kantaty Scarlattiego, a potem J.S. Bacha). Niemiecką kantatę komponowało się na jeden lub kilka głosów wokalnych z towarzyszeniem już nie pojedynczego, ale zdecydowanie większej obsady instrumentalnej.  Fragmenty wokalne w kantatach niemieckich wykonuje kilku śpiewaków (sopran, bas, a nawet chór), a nadto oprócz arii, recytatywów i chórów często spotykane są rozbudowane formy instrumentalne (zwykle rozpoczynające kantatę) – coś na kształt uwertury, tylko troszkę krótsze.  We wspomnianej wyżej warstwie tekstowej kantata niemiecka opierała się na na Piśmie Świętym, albo bezpośrednio cytując wersy ze Starego lub Nowego Testamentu, tudzież nawiązując doń w formie parafrazy. Niekiedy też w tekstach kantat cytowano fragmenty religijnych pieśni lub nawet … kazań. Celował w tym zwłaszcza niejaki Picander.

Idąc dalej, komponowano kantaty na cały rok liturgiczny (jak choćby bohater recenzji, o której dalej, czyli  Jan Sebastian Bach). Stworzył on kilka pełnych cykli takich utworów, wykonywanych w niedziele i w święta; niestety te nie zachowały się w całości (a może się zachowały, ale jeszcze o tym nie wiemy). Oprócz lipskiego kantora za kantaty niemieckie brali się i Telemann, i Graun. Jednak to Bach stworzył ich ponad trzysta. Do dziś dotrwało około 200 bachowskich kantat, co i tak przy próbie wysłuchania ich wszystkich (nie poznania, tylko wysłuchania, tak, tak…) zabierze spory kawałek życia. Ale … warto.

Zatem Bach. A skoro Bach, to jego nazwisko z kojarzy się z kilkoma hasłami, wymienianymi w zależności od stopnia pochłonięcia przez muzykę klasyczną. Na pierwszym miejscu jest słynna Toccata i Fuga d-moll, BWV 565, którą słyszał i powinien kojarzyć (przynajmniej muzycznie) już chyba każdy na tym padole (a kto nie słyszał lub wydaje mu się, że kojarzy – to proszę). Potem wymieniane będą albo opisane wcześniej na tych łamach koncerty brandenburskie (tu linków nie trzeba), albo któraś z pasji tudzież również zrecenzowana msza h-moll (tu również linków nie nada). A jak już człowiek mocno nawiedzony, to pojawia się nazwa kantaty. I w ten sposób dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Wprowadzeniem niech będzie ten utwór.

Reszta – w recenzji

Read Full Post »

Johann Sebastian Bach

Johann Sebastian Bach

Kantaty Bacha pierwszy raz dotarły do mnie z jakiejś audycji Programu II Polskiego Radia. Zaczynałem wówczas swoją przygodę z muzyką klasyczną. No, może to za dużo powiedziane – ‘zaczynałem’ – bo odkąd pamiętam moja atencja dla muzyki Chopina (koncert fortepianowy e-moll op. 11 w wykonaniu Krystiana Zimermana to w ogóle jedna z moich pierwszych płyt) czy Beethovena była ogromna. Ale barok w muzyce, renesans, czy nawet romantyzm Schumanna – były wtedy dla mnie białą niezapisaną kartką. Że o muzyce dawnej nie wspomnę.

Zaczęło się przez przypadek – w dzień wolny od zajęć – nie wiedziałem, co wybrać z półki z płytami, toteż nastawiłem radio, licząc na muzyczną propozycję „innej” osoby. Ale Trójka nie sprawdziła się, więc szybka zmiana stacji skierowała mnie ku Programowi II Polskiego Radia. I miałem szczęście – akurat po zmianie stacji zaczęła się część V z kantaty 131 Jana Sebastiana (no, wtedy tego nie widziałem) – Israel … hoffe auf den Herrn. Śpiew chóru, klasyczne barokowe instrumentarium, wolny początek i niezwykle dynamiczna część zasadnicza tego utworu do dziś robią na mnie niesamowite wrażenie. I są chyba najbardziej ulubioną partią ze 131 kantaty.

Oczywiście wówczas w radiu nie prezentowano tej płyty. Nie było to wykonanie, które dziś posiadam w swej kolekcji. Nawet szczerze powiedziawszy nie pamiętam, kto wtedy śpiewał i grał, nazwiska, nazwy orkiestr niewiele mi natenczas mówiły, więc i nawet nie szukałem tamtych nagrań w sklepach płytowych. Zastanawiając się jednak kilka tygodni temu, podczas jakiejś wyprzedaży w sklepie nad wyborem płyty na niedzielny poranek (żeby nie powielać schematów) wzrok mój prześlizgnął się przez kantaty, będące przedmiotem niniejszego tekstu.

Zanim jednak przejdziemy do moich ulubionych fragmentów płyty Philippe Herreweghe  i jego Collegium Vocale Gent  posłuchajmy wprowadzenia Tona Koopmana na temat kantaty 131… a potem wykonania Auf der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir.

Oczywiście kantaty Bacha nagrywało wielu artystów. Które z wykonań wybrać? Prawie o tym będzie w recenzji…

A na razie – raz jeszcze Ton Koopman i jego The Amsterdam Baroque Orchestra and Choir . Tym razem w części II – Aria So du willst, Herr, Sunde zurechnen.

Read Full Post »

A dokładniej: Requiem aeternam dona eis Domine et lux perpetua luceat eis, czyli Wieczny odpoczynek racz im dać Panie, a światłość wiekuista niechaj im świeci…

Msza za zmarłych albo inaczej muzyczna msza żałobna będąca kompozycją wykonywaną początkowo w Dzień Zaduszny, a później także podczas zwykłych (choć nie dla zwykłego człowieka pewnie) uroczystości żałobnych. Należy do typu tzw. mszy wotywnych, czyli takich, które były zamawiane przez wiernych w intencji ulżenia cierpienia duszom pokutującym w Czyśćcu. Po jakimś czasie forma ta uniezależniła się od religijnych odniesień – tzn. nadal traktowana była jako msza żałobna, ale kompozytorzy pisali Requiem traktując je jak kolejną formę muzyczną, dzięki czemu soliści, chóry i orkiestry wykonywali je już nie tylko w kościelnych nawach, ale i w salach koncertowych.

Dziś, wiadomo z jakim kompozytorem słowo to łączy się nieodzownie. Jednak nie o Mozarcie będzie mowa, a o Requiem Gabriela Fauré. Inaczej brzmiące, z inną myślą skomponowane, Requiem Fauré brzmi niesłychanie… radośnie. Wynika to pewnie z samego podejścia kompozytora do tematu śmierci.  Francuz powiedział kiedyś, że właśnie tak widzi śmierć: jako radosne uwolnienie, raczej dążenie do szczęścia ponad grób niż bolesne doświadczenie i smutek. I to słychać w jego muzyce. Mimo tego, że był on długoletnim organistą w paryskich kościołach, w muzyce nie słychać lamentu, tak typowego dla religijnych mszy żałobnych. Jest raczej zupełnie swobodne potraktowanie tematu, z pięknym, porywającym punktem kulminacyjnym (Pie Jesu), do którego i od którego zdają się prowadzić wszystkie tematy muzyczne, proponowane przez kompozytora. Szerzej w zakładce Recenzje.

A że tekst Pie Jesu – przynajmniej początkowe wersy – śpiewali mnisi walący się w czoło w filmie Monty Python and The Holy Grail… to już zupełnie inna historia.

Read Full Post »