Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘historia’

…czyli taki pozorny misz – masz. Już wyjaśniam. Otóż… “jesteśmy muzyczną pustynią” – zdarzyło mi się napisać kilka lat temu na potrzeby niniejszego bloga. Zdania specjalnie nie zmieniam (bo przy dorobku niemieckim, włoskim czy choćby niderlandzkim to naprawdę tkwimy gdzieś w ostatnich rzędach, z torbą na głowie*), jednak – co pokazuje również historia wpisów z Klasycznej Niedzieli – to nie jest tak, że dawni Polacy nie interesowali się muzyką. Przeciwnie, powstawała ona w wielu miejscach i pewnie, gdyby historia nie obeszła się z nami tak, jak się obeszła, to dziś mielibyśmy dorobek równy wielu narodom zachodniej Europy.

Pozostaje nadzieja, że coś tam jeszcze drzemie sobie w archiwach. Że na odkrycie czekają kolejne dzieła i kompozytorzy. Ani się obejrzymy, a jakiś badacz nagle obwieści światu istnienie kolejnego twórcy, a do muzycznej realizacji jego kompozycji wystartują znane ansamble, spragnione „nowej” muzyki jak letnia trawa deszczu.

rogale marcjankiNo dobrze – ktoś zapyta – a co to ma do rzeczy? Ano owszem -ma. To w Gdańsku właśnie, włócząc się uliczkami Starego Miasta znalazłem taką współczesną tablicę jak na zdjęciu powyżej. Ani chybi zwyczaj poznański właśnie się inkorporuje na Pomorze. Zdjęcie zrobiłem w październiku, do św. Marcina było jeszcze ze 2 tygodnie. No, dopuszczalny horyzont czasowy, prawda. No i tak właśnie dotarło do mnie, że św. Marcin i rogale już blisko. A jak rogale, to kawa, a jak kawa, to i dobra muzyka dla przyjemności. Muzyka na św. Marcina? Ha! Tak się składa, że mam taką. Ale resztę: ów Grudziądz, a dokładniej kto zacz był, ten Piotr Wilhelmi z Grudziądza i jaka to muzyka do rogalika? To o tym w dziale recenzje…

Ktoś czeka na muzykę? Postaram się coś zamieścić…

*copyright by Skf Skfar

Reklamy

Read Full Post »

… z kalendarza. Historycznie 29 października to całkiem niezwykły dzień. W 1187 roku papież Grzegorz VIII ogłosił wezwanie do III krucjaty krzyżowej, wsławionej później tym, że wzięli w niej udział najważniejsi monarchowie zachodniej Europy, którzy jednak prawie nic nie osiągnęli, poza złupieniem i wyrżnięciem Akki, i… chwilowym powstrzymaniem podbojów Saladyna. Frankijskie państwa na Bliskim Wschodzie czekała zagłada, podobnie jak powoli schodzące ze sceny Cesarstwo Bizantyjskie. Trzysta parę lat później Marcin Luter odprawił pierwsze nabożeństwo w języku niemieckim, co warto odnotować, bo inaczej nie moglibyśmy słuchać tych pięknych kantat Jana Sebastiana Bacha. Carowie_Szujscy_na_sejmie_warszawskim_Jan_Matejko_18_centuryPrawie sto lat po Lutrze również i w Rzeczypospolitej doszło do ważnego zdarzenia. W 1611 roku car Wasyl Szujski złożył w Warszawie hołd Zygmuntowi III, co tak ładnie namalował po latach Jan Matejko. Ech…

Ale żeby nie było pozamuzycznie – równo 185 lat temu zmarła ukochana siostra Wolfganga Amadeusza Mozarta – Anna Maria, którą historia zapamiętała tak, jak ją brat nazywał. Nanerl. Pięknie grała, więc przypomnijmy sobie jeden z utworów, które Wolfgang napisał z myślą o niej…

Gra współczesna znakomita pianistka, Helene Grimaud. Taka w sumie jesienna muzyka, prawda?

Read Full Post »

Ludwik XIV – co by o nim nie mówić – wyrazistą postacią był. Wiedział, co lubi, lubił, co znał, zaś rzadko oczekiwał nowości, słusznie w nich upatrując zagrożenie dla jego status quo. Państwo to ja – ten cytat wszyscy znają i trudno o bardziej dosadne potwierdzenie władzy zupełnej monarchy. Władzy i wiedzy dodajmy od razu. We wszystkim.

Najsłynniejszy z Bourbonów poza polityką, wojskowością, racją stanu i całą masą różnych rzeczy, na których znał się  najlepiej miał również własne zdanie względem muzyki. Jego specyficzne kontakty z Lullym, który wybił się przy Ludwiku na gwiazdę tamtego okresu przeszły już do legendy (doczekały się nawet całkiem dobrego filmu, o którym może będzie kiedyś okazja jeszcze coś skrobnąć), ale i pozostali kompozytorzy, skupieni wokół dworu absolutnego króla nie mogli narzekać na brak zainteresowania. Król lubił muzykę, za jednymi kompozycjami przepadał, a inne go nużyły, toteż i jego kompozytorzy starali się jakoś pod owe oczekiwania monarchy dopasować.

Wieść bowiem niesie, że Ludwik XIV nie przepadał za klasyczną i bardzo rozpowszechnioną w tamtym okresie formą muzyczną, za jaką zwykło się uważać mszę. To dość specyficzne, bo praktycznie każdy znaczący kompozytor z czasów baroku miał w repertuarze jakąś missa tudzież grand mass. Grywano je po kościołach i dworach ówczesnej Europy, ale… nie we Francji. No, może nie był to tak drakońsko realizowany zakaz, jak w przypadków niemieckiej nienawiści do Chopina kilka wieków później, ale jednak w obecności Króla – Słońce raczej tej formy muzycznej unikano. Życie, a ściślej tu – muzyka nie znosi próżni – skoro msza była „zakazana” to na jej miejsce powstała inna forma muzyczna, zaspokajająca gusty i oczekiwania władcy w stopniu wprost zadziwiającym. Mowa tu o „grand motet” wokalno – instrumentalnej formie rozwijanej na dworze francuskim właśnie za sprawą zachcianki Ludwika.

Czym różnił się grand motet od jego „pomniejszej” wersji czyli motetu? Ano tym, że przypominał bardziej kantatę, niż tradycyjny motet. Kantatę świecką dodajmy, choć oczywistym jest, iż elementów religijnych zupełnie uniknąć się nie dało… koniec końców wszak Ludwik XIV mienił się być „Z Bożej łaski Arcychrześcijańskim Królem Francji i Nawarry”Więcej oczywiście w dziale recenzje. Zapraszam.

Read Full Post »

Godfrey_of_Bouillon,_holding_a_pollaxe._(Manta_Castle,_Cuneo,_ItalyRówno 915 lat temu. 15 lipca 1099 roku w historii świata wydarzyło się coś, co miało przez wiele lat, aż po dziś dzień wywierać wpływ na dzieje ludzkości. Tamtego dnia Gotfryd z Bouillon na czele swoich krzyżowców wdarł się wreszcie na mury Jerozolimy. Mieczem wyrąbał sobie drogę do najsłynniejszego miasta w dziejach ludzkości, a co stało się potem… długo by opowiadać. I nie byłaby to opowieść przyjemna, o nie.

Dzisiejsza rocznica jednak niech będzie okazją do przypomnienia o tym, iż na ziemiach, które zrodziły wielkiego Obrońcę Grobu Jezusa słychać było nie tylko szczęk oręża, ale i miłosne pieśni. Po szczegóły jednak zapraszam tu, recenzji albumu Potęga miłości. Z trzynastego wieku co prawda, ale nie bądźmy już tacy aptekarze.

A grają tak:

Read Full Post »

słynna markizaKim był Król Słońce, każdy chyba wie. Nawet ci, co nie uważali na lekcjach historii coś tam winni kojarzyć. Jak nie kojarzą, to już nie pomogę, ale też zawsze można zapytać Wikipedię. Za to o kochankach Ludwika XIV w szkołach nie uczą, więc o nich opowiem. A konkretniej o jednej z metres, boć ta stała się tak po prawdzie późniejszą sekretną żoną francuskiego króla. Franciszka d’Aubigné, Markiza de Maintenon, bo o niej mowa,  jest zatem bohaterką niniejszego wpisu i łączącej się z nim recenzji. Zanim jednak przejdziemy do owej recenzji, krótkie wyjaśnienie tytułu. By dobrze tę historię opowiedzieć, trzeba się cofnąć do czasów Henryka IV króla Nawarry. Jegoż to przyjaciel, poeta i późniejszy żołnierz Théodore Agrippa d’Aubigné pozostał do końca wierny protestanckim dogmatom i porzuciwszy dwór królewski (po zmianie wyznania przez Henryka – słynne zdanie „Paryż wart jest mszy” właśnie on ponoć wypowiedział) zaszył się na prowincji. W jednym z takich miejsc przyszła na świat jego wnuczka, Franciszka, którą jej matka ochrzciła i wychowała na żarliwą katoliczkę (co w hugenockim Poitou łatwe z pewnością nie było, zwłaszcza po czystkach religijnych do jakich doszło po zabójstwie Nawarrczyka). Kim była i co robiła zanim wchłonął ją dwór Ludwika XIV dla historii tej znaczenia specjalnego nie ma. Ważne, że … jej katolickie wychowanie, religijność i wpływ na władcę nie pozostały bez echa względem francuskiej muzyki tamtego okresu. Tak się składa bowiem, że markiza de Maintenon nie przepadała za operą (i trochę ją rozumiem), zaś od muzyki wymagała religijnego zacięcia. Toteż kompozytorzy, których całkiem liczne grono wspierała i opłacała (Monsieur „Państwo to Ja” na coś musiał tę swoją kasę wydawać) by jej gustom schlebić i się przypodobać pisali wszystko, tylko nie opery. Bo po cóż pisać takie dzieła, skoro dwór ich nie chce oglądać? A nawet jak wszyscy by chcieli, a jedna osoba nie – to dwór nie chce…

I tak wspierany finansowo przez Franciszkę Louis – Nicolas Clérambault pisał sobie kantaty i różne religijne utwory, świadom tego, skąd płyną pieniądze. Tamże też Andre Campra nie stronił od wymagań stawianych przez bogobojną Franciszkę, a jego kompozycje zdały się być dzięki temu miłe dla ucha królewskiego. Jedynie Michel Pignolet, później zwany de Monteclair ze wsparcia słynnej metresy nie skorzystał. Co więc robi w tym towarzystwie? Ano o tym więcej w dziale recenzje…

Czemu zaś „muzyka na teraz”? Ano, bo słynną markizę dwór francuski – gdy tego nie słyszała – zwykł nazywać  „Madame Le Maintenant” co ni mniej ni więcej znaczy po prostu „Pani na teraz”. Ot, co.

Jednak z kantat poniżej. Co prawda w innym wykonaniu, ale równie pięknie. Jak gra Arion i śpiewa Daniele Forget, zapraszam do działu recenzje…

Read Full Post »

… już za nami. Pogoda, jak to w majówkę – w kratkę. Generalnie nie narzekam, ale mogłoby być cieplej ciut. Lub choćby bez deszczu w ten jeden dzień. W każdym bądź razie kocham tamte rejony – mógłbym tam posiedzieć (i pojeździć na rowerze) z miesiąc, a jeszcze miałbym mało. A gdy tak sobie pomyślę, co jeszcze utraciliśmy za sprawą lekkomyślności naszych przodków, to aż mnie skręca.

No nic, zobaczyliśmy piękny Sandomierz, zachwyciliśmy się pobliskim „Małym Wawelem”, wypiliśmy wina z sandomierskich winnic, pokręciliśmy trochę kilometrów na rowerach – słowem – jest co wspominać i do czego wzdychać. I tak – zamiast skreślić parę słów na temat 3 Maja (a mam przecież utwór na tę okoliczność) oddawałem się błogiemu lenistwu. Trudno. Za karę więc do działu recenzje wędruje muzyka z dworu Katarzyny nazwanej przez historię Wielką. Takiego Putina w spódnicy. Zapraszam do poczytania, a jak mnie najdzie wena, to sklecę jakiś mały filmik celem muzyczo – wizualnej ilustracji całości. Na osłodę fotka poniżej. Szkoda, że takiej pogody nie mielim przez cały czas…

BS_01

Read Full Post »

Gdyby historia inaczej się ułożyła (bo dla przykładu dziś to żaden problem, ale ponad trzysta lat temu było inaczej) to w końcówce XVII wieku moglibyśmy – my jako I Rzeczypospolita – znaleźć ratunek, albo przynajmniej wsparcie w królestwie duńskim. Planowano bowiem wówczas wydać królewnę Teresę Kunegundę Sobieską za króla duńskiego, Fryderyka IV. Dania wówczas jakimś mocarstwem nie była, ale może małżeństwo owo bardziej by się Rzeczypospolitej przydało, aniżeli związek polskiej królewny z nieszczęsnym Maksymilianem II z Bawarii. No, ale to w kategoriach gdybania można sobie rozpatrywać. Koniec końców katolicka królewna za mąż za protestanckiego króla wyjść nie mogła i tyle. A szkoda. Bo duński dwór Oldenburgów w osobie wspomnianego Fryderyka IV to przykład całkiem sprawnego i stabilnego państwa. Faktem jest, że absolutyzmu na nasze polskie równiny zaszczepić by się nie dało, ale może akurat coś więcej dobrego by z tej współpracy wynikło, niż z tej historii, którą dziś wszyscy znamy.

Wspominam zaś Danię nieprzypadkowo. Dlaczego? O tym w stosownym dziale…

A grają tak…

Read Full Post »

Older Posts »