Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘history’

Ludwik XIV – co by o nim nie mówić – wyrazistą postacią był. Wiedział, co lubi, lubił, co znał, zaś rzadko oczekiwał nowości, słusznie w nich upatrując zagrożenie dla jego status quo. Państwo to ja – ten cytat wszyscy znają i trudno o bardziej dosadne potwierdzenie władzy zupełnej monarchy. Władzy i wiedzy dodajmy od razu. We wszystkim.

Najsłynniejszy z Bourbonów poza polityką, wojskowością, racją stanu i całą masą różnych rzeczy, na których znał się  najlepiej miał również własne zdanie względem muzyki. Jego specyficzne kontakty z Lullym, który wybił się przy Ludwiku na gwiazdę tamtego okresu przeszły już do legendy (doczekały się nawet całkiem dobrego filmu, o którym może będzie kiedyś okazja jeszcze coś skrobnąć), ale i pozostali kompozytorzy, skupieni wokół dworu absolutnego króla nie mogli narzekać na brak zainteresowania. Król lubił muzykę, za jednymi kompozycjami przepadał, a inne go nużyły, toteż i jego kompozytorzy starali się jakoś pod owe oczekiwania monarchy dopasować.

Wieść bowiem niesie, że Ludwik XIV nie przepadał za klasyczną i bardzo rozpowszechnioną w tamtym okresie formą muzyczną, za jaką zwykło się uważać mszę. To dość specyficzne, bo praktycznie każdy znaczący kompozytor z czasów baroku miał w repertuarze jakąś missa tudzież grand mass. Grywano je po kościołach i dworach ówczesnej Europy, ale… nie we Francji. No, może nie był to tak drakońsko realizowany zakaz, jak w przypadków niemieckiej nienawiści do Chopina kilka wieków później, ale jednak w obecności Króla – Słońce raczej tej formy muzycznej unikano. Życie, a ściślej tu – muzyka nie znosi próżni – skoro msza była „zakazana” to na jej miejsce powstała inna forma muzyczna, zaspokajająca gusty i oczekiwania władcy w stopniu wprost zadziwiającym. Mowa tu o „grand motet” wokalno – instrumentalnej formie rozwijanej na dworze francuskim właśnie za sprawą zachcianki Ludwika.

Czym różnił się grand motet od jego „pomniejszej” wersji czyli motetu? Ano tym, że przypominał bardziej kantatę, niż tradycyjny motet. Kantatę świecką dodajmy, choć oczywistym jest, iż elementów religijnych zupełnie uniknąć się nie dało… koniec końców wszak Ludwik XIV mienił się być „Z Bożej łaski Arcychrześcijańskim Królem Francji i Nawarry”Więcej oczywiście w dziale recenzje. Zapraszam.

Read Full Post »

Godfrey_of_Bouillon,_holding_a_pollaxe._(Manta_Castle,_Cuneo,_ItalyRówno 915 lat temu. 15 lipca 1099 roku w historii świata wydarzyło się coś, co miało przez wiele lat, aż po dziś dzień wywierać wpływ na dzieje ludzkości. Tamtego dnia Gotfryd z Bouillon na czele swoich krzyżowców wdarł się wreszcie na mury Jerozolimy. Mieczem wyrąbał sobie drogę do najsłynniejszego miasta w dziejach ludzkości, a co stało się potem… długo by opowiadać. I nie byłaby to opowieść przyjemna, o nie.

Dzisiejsza rocznica jednak niech będzie okazją do przypomnienia o tym, iż na ziemiach, które zrodziły wielkiego Obrońcę Grobu Jezusa słychać było nie tylko szczęk oręża, ale i miłosne pieśni. Po szczegóły jednak zapraszam tu, recenzji albumu Potęga miłości. Z trzynastego wieku co prawda, ale nie bądźmy już tacy aptekarze.

A grają tak:

Read Full Post »

… już za nami. Pogoda, jak to w majówkę – w kratkę. Generalnie nie narzekam, ale mogłoby być cieplej ciut. Lub choćby bez deszczu w ten jeden dzień. W każdym bądź razie kocham tamte rejony – mógłbym tam posiedzieć (i pojeździć na rowerze) z miesiąc, a jeszcze miałbym mało. A gdy tak sobie pomyślę, co jeszcze utraciliśmy za sprawą lekkomyślności naszych przodków, to aż mnie skręca.

No nic, zobaczyliśmy piękny Sandomierz, zachwyciliśmy się pobliskim „Małym Wawelem”, wypiliśmy wina z sandomierskich winnic, pokręciliśmy trochę kilometrów na rowerach – słowem – jest co wspominać i do czego wzdychać. I tak – zamiast skreślić parę słów na temat 3 Maja (a mam przecież utwór na tę okoliczność) oddawałem się błogiemu lenistwu. Trudno. Za karę więc do działu recenzje wędruje muzyka z dworu Katarzyny nazwanej przez historię Wielką. Takiego Putina w spódnicy. Zapraszam do poczytania, a jak mnie najdzie wena, to sklecę jakiś mały filmik celem muzyczo – wizualnej ilustracji całości. Na osłodę fotka poniżej. Szkoda, że takiej pogody nie mielim przez cały czas…

BS_01

Read Full Post »

Gdyby historia inaczej się ułożyła (bo dla przykładu dziś to żaden problem, ale ponad trzysta lat temu było inaczej) to w końcówce XVII wieku moglibyśmy – my jako I Rzeczypospolita – znaleźć ratunek, albo przynajmniej wsparcie w królestwie duńskim. Planowano bowiem wówczas wydać królewnę Teresę Kunegundę Sobieską za króla duńskiego, Fryderyka IV. Dania wówczas jakimś mocarstwem nie była, ale może małżeństwo owo bardziej by się Rzeczypospolitej przydało, aniżeli związek polskiej królewny z nieszczęsnym Maksymilianem II z Bawarii. No, ale to w kategoriach gdybania można sobie rozpatrywać. Koniec końców katolicka królewna za mąż za protestanckiego króla wyjść nie mogła i tyle. A szkoda. Bo duński dwór Oldenburgów w osobie wspomnianego Fryderyka IV to przykład całkiem sprawnego i stabilnego państwa. Faktem jest, że absolutyzmu na nasze polskie równiny zaszczepić by się nie dało, ale może akurat coś więcej dobrego by z tej współpracy wynikło, niż z tej historii, którą dziś wszyscy znamy.

Wspominam zaś Danię nieprzypadkowo. Dlaczego? O tym w stosownym dziale…

A grają tak…

Read Full Post »

Przypadek sprawił, że kupiłem spiwkoobie wczoraj butelkę piwa z reanimowanego po latach browaru z Bojanowa. To już kolejne (po Bojan Wielkopolskim), jakie zachciało mi się próbować i owszem, tym razem jest nieźle. Co prawda piwo dalej, jak za najlepszych czasów komuny się nie pieni, ale nie bądźmy zbyt wymagający. Zresztą ja tu nie o piwie chciałbym deliberować, a o tym, co za sprawą wspomnianego zakupu do mnie dotarło.

Otóż – wstyd to przyznać – jakoś umknęła mi społecznościowa publikacja tycząca się akcji Husaria Przed Pałac. Dowiedziałem się o tym szczytnym pomyśle właśnie z butelki piwa. I jak już się zwiedziałem, to i samo poszło dalej jak z płatka. Piwko, muzyka Marcina Mielczewskiego i fragmenty Pamiętników Jana Chryzostoma Paska. Wszystko to ładnie się wzajemnie uzupełnia. Wiosna za oknem toć i piwko smakuje wybornie. Więcej o płycie w dziale recenzje.

A grają tak:

Read Full Post »

I pomyśleć, że album ten nosiłem w torbie chyba z miesiąc. Czasu ostatnio nie staje na różne przyjemności, wciąż tylko praca i praca, a urządzenia mobilne opanował Krzysztof Gosztyła, tak znakomicie czytający powieści Dmitrija Głuchowskiego. Nic więc dziwnego, że zdecydowanie trudniej było muzyce (w sumie nie nowej, acz zaległej) przebić się w eter mojego słuchalnego wszechświata.

Ale stało się, i to zupełnie znienacka. Częściowo za sprawą siedemsetletniej rocznicy śmierci Jakuba de Molay a po części ze względu na pomrukiwania potworów, jakie podświadomie z książki Głuchowskiego przenikały do mnie za sprawą audiobookowej narracji. Mimo wszystko nagle w orbicie nawrotu zainteresowań pojawiła się muzyka. Klasyczna, odległa, tajemna i zupełnie niecodzienna. Daleka od tego, co kreślą nam losy Artema czy Huntera, nie pasująca do naszych nizinnych, przepełnionych nadmiarem ludzi krajobrazów. Więcej – w dziale recenzje…

Read Full Post »

Osiemnasty wiek, to schyłek świetności dwóch wielkich państw centralnej Europy. I Rzeczypospolita schodziła ze sceny za sprawą koszmarnych błędów, jakie popełniali wówczas rządzący w niej tak królowie, możni magnaci, jak i szeregowa szlachta. Umierała też, choć jeszcze tego nie było wiadomo Saksonia. Obaj Augustowie z rodu Wettynów, którzy zasiedli na tronie w Krakowie wepchnęli się do swojego sąsiada zupełnie bez pomysłu na dalsze współistnienie. Pozwolili na osłabienie obu państw choćby przez to, że podnoszące coraz gwałtowniej głowę Prusy nagle stały się głównym graczem w okolicy. Rzeczypospolita umierała, dobijana rosyjskimi knowaniami, a Prusy, ten wrzód piętrzący się tam niczym obecny obwód kaliningradzki tylko czekały, aż będą mogły wyciągnąć łapy po ziemie coraz to bardziej chwiejącego się królestwa.

Saksonia na upadku Rzeczypospolitej straciła pozornie nic, a w rzeczywistości bardzo wiele. Zamiast spokojnego, przewidywalnego sąsiada, który nigdy nie zwracał swoich oczu na dziedzinę elektorów, pojawiły się przy jej granicach Prusy, które tak wyrozumiałe nie były. I żadnego znaczenia nie miało tu, że obywatele obu tych państw mówili tym samym językiem. Prusy ostrzyły sobie zęby na wszystkie ziemie niemieckie i w końcu dopięły swego. Również względem Saksonii. Fakt, że ostatecznie wbito jej w serce kołek na Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku, ale… wcale nie musiało tak być. Tam gwóźdź do trumny państwa Wettynów wyostrzyli Prusacy, przytrzymali Austriacy z pomocą… Francuzów, a oczywiście wbili go głęboko i na zawsze, jak się później okazało – Rosjanie. Rzeczypospolita już nie istniała wówczas, choć nam udało się po ponad wieku zniewolenia podnieść z niebytu. Saksonia pozostała już na zawsze jednym z zaginionych, zapomnianych królestw, jakie rodziły się, istniały i upadały od początku naszego świata.

Skąd mnie wzięło znowu na takie wspominki historyczne? Ano, bo Saksonia, będąc u szczytu swoich możliwości polityczno – militarnych jednocześnie „rządziła” praktycznie ówczesną kulturą muzyczną. No, jeszcze Włosi w tych swoich rozdrobnionych jak okruchy chleba państewkach coś tam znaczyli. Reszta świata ówczesnego jedynie udawała, że cokolwiek jeszcze od niej w tej mierze zależy. I właśnie schyłek istnienia Saksonii wart jest dziś naszej uwagi. A to za sprawą muzyki, w której główną rolę odgrywa lutnia.. Też chyląca się ku upadkowi, choć z dużo słabszym skutkiem. Ale – od początku…

Read Full Post »

Older Posts »