Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘history’

A skoro tak, to gdyby ktoś poszukiwał muzyki na tę okoliczność, a chciałby uniknąć oczywistych oczywistości (w rodzaju kantat lub oratoriów znanych kompozytorów) to zapraszam do działu recenzje. Tam krótka (jak na mnie) notka na temat muzyki z Hamburga. Czyli tego, jak Boże Narodzenie świętowała szkoła północnoniemiecka. Recenzja TU.

A grają tak 🙂

Reklamy

Read Full Post »

Orfeusz_i_Eurydyka_1Stojąc na płytach chodnika przy wejściu do Hadesu
Orfeusz kulił się w porywistym wietrze,
Który targał jego płaszczem, toczył kłęby mgły,
Miotał się w liściach drzew. Światła aut
Za każdym napływem mgły przygasały.

Zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami, niepewny
Czy starczy mu sił w tej ostatniej próbie.

Pamiętał jej słowa: „Jesteś dobrym człowiekiem”.
Nie bardzo w to wierzył. Liryczni poeci
Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca.
To niemal warunek. Doskonałość sztuki
Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo.

Tylko jej miłość ogrzewała go, uczłowieczała.
Kiedy był z nią, inaczej też myślał o sobie.
Nie mógł jej zawieść teraz, kiedy umarła.

Pchnął drzwi. Szedł labiryntem korytarzy, wind.
Sine światło nie było światłem, ale ziemskim mrokiem.
Elektroniczne psy mijały go bez szelestu.
Zjeżdżał piętro po piętrze, sto, trzysta, w dół.
Marzł. Miał świadomość, że znalazł się w Nigdzie.
Pod tysiącami zastygłych stuleci,
Na prochowisku zetlałych pokoleń,
To królestwo zdawało się nie mieć dna ni kresu.

Otaczały go twarze tłoczących się cieni.
Niektóre rozpoznawał. Czuł rytm swojej krwi.
Czuł mocno swoje życie razem z jego winą
I bał się spotkać tych, którym wyrządził zło.
Ale oni stracili zdolność pamiętania.
Patrzyli jakby obok, na tamto obojętni.

Na swoją obronę miał lirę dziewięciostrunną.
Niósł w niej muzykę ziemi przeciw otchłani,
Zasypującej wszelkie dźwięki ciszą.
Muzyka nim władała. Był wtedy bezwolny.
Poddawał się dyktowanej pieśni, zasłuchany.
Jak jego lira, był tylko instrumentem.

Aż zaszedł do pałacu rządców tej krainy.
Persefona, w swoim ogrodzie uschniętych grusz i jabłoni,
Czarnym od nagich konarów i gruzłowatych gałązek,
A tron jej, żałobny ametyst, słuchała.

Śpiewał o jasności poranków, o rzekach w zieleni.
O dymiącej wodzie różanego brzasku.
O kolorach: cynobru, karminu,
sieny palonej, błękitu,
O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał.
O ucztowaniu na tarasie nad zgiełkiem rybackiego portu.
O smaku wina, soli, oliwy, gorczycy, migdałów.
O locie jaskółki, locie sokoła, dostojnym locie stada
pelikanów nad zatoką.
O zapachu naręczy bzu w letnim deszczu.
O tym, że swoje słowa układał przeciw śmierci
I żadnym swoim rymem nie sławił nicości.

Nie wiem, rzekła bogini, czy ją kochałeś,
Ale przybyłeś aż tu, żeby ją ocalić.
Będzie tobie wrócona. Jest jednak warunek.
Nie wolno ci z nią mówić. I w powrotnej drodze
Oglądać się, żeby sprawdzić, czy idzie za tobą.

I Hermes przyprowadził Eurydykę.
Twarz jej nie ta, zupełnie szara,
Powieki opuszczone, pod nimi cień rzęs.
Posuwała się sztywno, kierowana ręką
Jej przewodnika. Wymówić jej imię
Tak bardzo chciał, zbudzić ją z tego snu.
Ale wstrzymał się, wiedząc, że przyjął warunek.

Ruszyli. Najpierw on, a za nim, ale nie zaraz,
Stukanie jego sandałów i drobny tupot
Jej nóg spętanych suknią jak całunem.
Stroma ścieżka pod górę fosforyzowała
W ciemności, która była jak ściany tunelu.
Stawał i nasłuchiwał. Ale wtedy oni
Zatrzymywali się również, nikło echo.
Kiedy zaczynał iść, odzywał się ich dwutakt,
Raz, zdawało mu się, bliżej, to znów dalej.
Pod jego wiarą urosło zwątpienie
I oplatało go jak chłodny powój.
Nie umiejący płakać, płakał nad utratą
Ludzkich nadziei na z martwych powstanie,
Bo teraz był jak każdy śmiertelny,
Jego lira milczała i śnił bez obrony.
Wiedział, że musi wierzyć i nie umiał wierzyć.
I długo miała trwać niepewna jawa
Własnych kroków liczonych w odrętwieniu.

Dniało. Ukazały się załomy skał
Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.
I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,
Za nim na ścieżce nie było nikogo.

Słońce. I niebo, a na nim obłoki.
Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!
Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!
Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.
I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi.

Czesław Miłosz. Orfeusz i Eurydyka.

Tak wiek XX wspomniał słynnych kochanków. A wiek XVII? Zajrzyjcie tu

Read Full Post »

… daleko od Wiednia. Jego dziadek, syn piekarza był chórmistrzem w Louvain niedaleko Brukseli, gdzie wcześniej rodzina związana była z koronkarstwem. Arcybiskup koloński, Klemens August poprosił go o przybycie do odległego o 160 km Bonn i wstąpienie w szeregi dworskiego personelu muzycznego. Dziadek (artysty) przyjechał do Bonn, by zostać kapelmistrzem, w roku śmierci arcybiskupa i dziewięć lat przed przyjściem na świat kompozytora. Bardzo kulturalny arcybiskup Klemens August był bratem elektora bawarskiego, który w latach czterdziestych XVIII wieku na krótko przerwał sukcesję habsburską i został cesarzem. Arcybiskup rezydował w Bonn […], wybudował sobie kilka pałaców, łącznie z bardzo rozkoszną ( 🙂 ) rezydencją w niedalekim Brühl, która miała okazałe schody, a w ogrodzie letni dom nazywany Pałacem Indyjskim, mimo, iż wybudowano go w stylu chińskim. Lubił polować z sokołem, dosiadając swych angielskich koni przeznaczony do łowów. Grywał też na  violi da gamba.

Syn owego kapelmistrza, ojciec kompozytora śpiewał w chórze. Ożenił się, popełniając mezalians z owdowiałą córką pałacowego kuchmistrza w jednym z pałaców. Rozpił się i małżeństwo nie było szczęśliwe. Matki kompozytora nigdy nie widziano uśmiechniętej, uważała, że „życie to odrobina radości i łańcuch smutków” (… brzmi jak osiemnastowieczna żeńska wersja Rogera Watersa, przyp. mój). Przy życiu utrzymało się troje dzieci: Ludwig, Caspar urodzony w 1774 roku i Johann, który przyszedł na świat dwa lata później.

Beethoven urodził się na tyłach skromnego domu przy ulicy Bonngasse, kilka metrów od placu targowego i bramy otwierającej drogę do Kolonii. […] W późniejszych latach nie był pewien swojej dokładnej daty urodzenia. Wydaje się prawdopodobne, że moment przyjścia na świat Beethovena od jego chrztu, 17 grudnia 1770 roku dzielił jeden dzień. Mniej więcej szesnaście miesięcy wcześniej na Korsyce urodził się Napoleon…

Tak zaczyna się historia jednego z największych kompozytorów muzyki w dziejach ludzkości. Dlaczego – jednego z największych? Wystarczy posłuchać muzyki, o której więcej w dziale recenzje…

Read Full Post »

„Na krótko przed swoimi piętnastymi urodzinami, 15 marca 1700 roku, Johann Sebastian wyruszył do Lüneburga, znajdującego się ponad dwieście mil na północ od Ohrdruf[…]. Jako chórzysta Bach uczestniczył w Szkole świętego Michała w różnorodnych zajęciach muzycznych. Kantor Braun (prowadzący chór szkolny, przyp. mój) nie wyróżniał się szczególnie jako kompozytor. Miał jednak do dyspozycji niezwykłą kolekcję muzykaliów, którą posiadała Szkoła świętego Michała. Zbiory te, obok biblioteki Szkoły św. Tomasza w Lipsku, należały do najstarszych, największych i najbogatszych w Niemczech. Kiedy w 1695 roku kantorat przeszedł z Friedricha Emanuela Praetoriusa na Brauna, inwentarz obejmował 1102 pozycje, które stanowiły reprezentatywny wybór siedemnastowiecznej muzyki z Niemiec i Włoch, głównie opracowania tekstów niemieckich i łacińskich. Zbiory te zawierały kolekcje i pojedyncze utwory wielu wiodących kompozytorów nowszych i dawniejszych, między innymi Heinricha Schütza (30 dzieł), Johanna Rosenmüllera (96), Wolfganga Carla Briegela (26), Sebastiana Knüpfera (27), Joachima Gerstenbüttela (41), Claudio Monteverdiego, Giacoma Carissimiego, Gaspara Cassatiego (17) i Marca Giuseppe Perandy (18)…”

Wśród tej pokaźnej liczby dzieł bardzo uznanych kompozytorów autor książki z której pochodzi cytat nie wymienia niestety tego, który dziś nas najbardziej interesuje. W połowie XVII wieku był gwiazdą, o której utwory zabiegały dwory i kościoły z całej Europy, nic więc dziwnego, że i w archiwum lüneburgskim się dla niego miejsce znalazło. Mowa oczywiście o Marcinie Mielczewskim, którego twórczość wówczas, w latach 1700-1703 stanęła otworem przez największym kompozytorem muzyki w dziejach świata. To właśnie czytając i przepisując na nowo zgromadzone kompozycje młody Jan Sebastian uczył się kunsztu, który w przyszłości miał radować całe pokolenia zasłuchanych w jego utworach melomanów. Czy Marcin Mielczewski mógł się do kształtowania owego geniuszu przyczynić? Słuchając utworów, o których więcej w RECENZJI – jestem przekonany, że zdecydowanie tak.

Cytat: „Johann Sebastian Bach. Muzyk i uczony.” Autor: Christoph Wolff, Lokomobila Warszawa 2011 (oczywiście P-O-L-E-C-A-M!)

Read Full Post »

Tak się złożyło, że opatrzone cudzysłowem hasło to dość popularne stwierdzenie, które od dłuższego czasu usłyszeć można wszem i wobec, odmieniane przez wszystkie przypadki. Cytują je media, politycy, zwykli ludzie, a pojawia się ono zazwyczaj wówczas, gdy ktoś przekracza jakieś granice, które kiedyś tam zostały zakreślone jako niepodważalne. Niezależnie, czy myślimy o nauce, czy też o sztuce, czy kieruje nami chęć udowodnienia sobie samemu, że „można więcej”, czy też zamierzamy zaszokować lub po prostu wykazać przed otaczającym światem, że ustalone z dawien dawna normy już nie mają sensu. Nie obowiązują. Przeżyły się. Określenie o likwidacji barier stało się mówiąc wprost „modne” i czasami aż strach otworzyć lodówkę. Wszystko i wszyscy przekraczają granice…

O takim przełamywaniu barier będzie w recenzji. Co prawda nie w kategoriach „szoku”, do jakiego przywykliśmy w naszych niezwykle dziwnych czasach, ale raczej o przekroczeniu utartych schematów, które wychowanie, wiedza, wykształcenie czy wreszcie zwykłe, najczęściej mylne przekonanie wtłoczyły nam do naszych umysłów. Bo cóż wiemy o Średniowieczu? No, że naparzaliśmy się mieczykami, żyliśmy w nędzy i brudzie. Że religia zdominowała wszystko, a światem rządzili faceci, już to w zbrojach, już to znów w tonsurach, ciemiężąc kogo się dało na różne sposoby. Tak czy siak wesoło nie było i aż dziw bierze, że jakoś – jako ludzie – te Wieki Ciemne przetrwaliśmy. I tenże utrwalony przez szereg różnych mniej lub bardziej spopularyzowanych mitów obraz dość jednostronnie dziś jest odbierany, zwłaszcza w tym naszym „równouprawnionym” społeczeństwie.

No proszę, a co to za płytę mamy tu na wokandzie? Cantrix nagrany przez Ensemble Peregrina Agnieszki Budzińskiej Bennett. Więcej – wiadomo gdzie …

Read Full Post »

… choć dwa wieki prawie temu. Fryderyk Chopin 15 maja 1830 roku napisał list do swojego przyjaciela Tytusa Woyciechowskiego. Którego część zacytuję teraz nieprzypadkowo:

… Adagio od nowego Koncertu jest E-dur. Nie ma to być mocne, jest ono więcej romansowe, spokojne, melancholiczne, powinno czynić wrażenie miłego spojrzenia w miejsce, gdzie stawa tysiąc lubych przypomnień na myśli. — Jest to jakieś dumanie w piękny czas wiosnowy, ale przy księżycu. Dlatego też akompaniuję go sordinami, to jest skrzypcami przytłumionymi gatunkiem grzebieni, które okraczając strony dają im jakiś nosowy, srebrny tonik. — Może to jest złe, ale czemu się wstydzić źle pisać pomimo swojej wiedzy — skutek dopiero błąd okaże. — W tym zapewne miarkujesz moją skłonność do czynienia źle pomimo woli. Tak, jak pomimo woli przez oczy wlazło mi coś do głowy i lubię się tym pieścić, może najbłędniej. Ty mię zapewne rozumiesz….

Jeśli ktoś nie rozumie, to – niech posłucha fryckowego pierwszego koncertu fortepianowego e-moll op. 11. Tam znajdzie te wszystkie uczucia i namiętności, jakie młodzieniec – dotknięty miłością – próbował ubrać w nuty wygrywane przez fortepian. Nazwał je przy tym laghetto, a nie adagio, ale nie bądźmy drobiazgowi.

Najlepiej przy tym posłuchać płyty, której recenzję znajdziecie TU. Zapraszam.

Read Full Post »

W sumie – jakby się zastanowić – nic nadzwyczajnego się w owym roku nie wydarzyło. Ot, właściwie zakończyła się wojna o niepodległość Stanów Zjednoczonych (podpisano wstępne warunki pokojowe), co może wydawać się mało istotnym wydarzeniem tamtego okresu, a jednak miało już na wstępie znaczny wpływ na losy świata. Wojna amerykańska kosztowała Europę znacznie więcej niżbyśmy sobie tego życzyli. Przegraną, i to po wielokroć była… Francja. Stanęła niby po stronie zwycięzców, ale… wyszła z tej wojny zrujnowana gospodarczo, co w efekcie skończyło się rewolucją. A czym skończyła się rewolucja chyba tłumaczyć nie muszę.

Poza polityką niewiele się działo. Umarł ostatni kastrat (jak go okrzyknięto w XX wieku, choć to akurat naciągana teoria) – czyli Farinelli. We wspomnianej Francji wydano Niebezpieczne Związki, książkę autorstwa Pierre’a Ambroise Françoisa Choderlosa de Laclosa. I chwała mu za to, bo dzięki temu mogliśmy dwa wieki później cieszyć się znakomitymi kreacjami Michelle Pfeiffer i Johna Malkovicha. A, no i ożenił się Mozart (z Konstancją Weber) wcześniej przeprowadzając się do Wiednia, by zostać jednym z trzech słynnych tamtejszych klasyków.

Właśnie, skoro już o Mozarcie mowa, to … w tymże wspomnianym wyżej 1782 roku powstały dwa jego koncerty fortepianowe, których recenzję znajdziecie TU.

ps. zapomniałbym: w grudniu tegoż pamiętnego roku balon braci Montgolfier wzleciał na wysokość 250 metrów. Ciut ponad 100 lat później już strzelaliśmy do siebie w przestworzach…

Read Full Post »

« Newer Posts - Older Posts »