Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Huelgas Ensemble’

Działo się to za czasów władcy ówczesnego świata, znanego pod imieniem Imperator Caesar Marcus Aurelius Severus Alexander Augustus. Ponoć łagodnego z usposobienia, wcale nie pragnącego zaszczytów a już zupełnie niechętnemu przemocy czy innej wojnie. Najczęściej bowiem oddawał się on lekturze (najchętniej greckiej, boć ten język rzekomo był mu bliższy), do ulubionych czynności należało układanie wierszy, wróżenie z wnętrzności zwierząt, malowanie i śpiewanie (ponoć nieźle śpiewał), a także gra na cytrze, flecie, organach i trąbie, choć te umiejętności ukrywał starannie (za „Poczet Cesarzy Rzymskich” Aleksandra Krawczuka, W-a 1986, s. 336). Pewnie też byłby robił to do końca życia, bo rządzenie Cesarstwem specjalnie trudne nie było, ale … los, a ściślej Germanie (ech, ci Germanie) spowodował kres jego wędrówki po tym padole. Nie wsławił się zatem niczym, poza samym tym, że był, ale to za jego czasów miało miejsce zdarzenie, którego tyczy się dzisiejszy wpis.

Jak zatem pewnie można zauważyć, nie o Aleksandrze Sewerze miało być, a o osobie, która w jego czasach żyła. Rzym za owych czasów niewiele posunął się w rozwoju, i choć raczej staczał się powoli, to trzeba przyznać, że rozkład państwa jeszcze nie nastąpił. Oczywiście świat się zmieniał, ludzie wędrowali, a nowe (znaczy się nowa religia) coraz odważniej wkraczało w świat rzymskich ulic i to nie tylko między zabrudzoną i krzykliwą rzymską biedotę, ale również do domów patrycjuszy i zasłużonych dla cesarstwa rodzin. Szło nowe, wypierając stare, tysiącletnie religie i już samo to jest cudem mniemanym.

W jednym z takich rzymskich domów na przełomie II i III wieku n.e. przyszła na świat dziewczynka, której postępowanie miało później stanowić wzór cnót dla tysięcy chrześcijan. Ile faktycznie z jej życia jest prawdą, a ile prozą Jakuba de Voragine, tego pewnie nigdy się nie dowiemy. I ja studiować tego nie zamierzam (znaczy się tego, co i ile de Voragine zmyślił, a ile zwiedział się naprawdę) – za to przywołuję dziś św. Cecylię nie bez powodu.

Otóż, właśnie dziś obchodzone jest w kościele katolickim wspomnienie liturgiczne św. Cecylii. Patronki chórzystów, lutników, muzyków, organistów i zespołów wokalno – muzycznych. Co oznacza, że dla Klasycznej Niedzieli to zdecydowanie ulubiona Święta.

Przedstawia się ją zazwyczaj z jakimś instrumentem. Ponoć grała na organach, choć … wg mnie to mało prawdopodobne – skłaniałbym się raczej ku popularnej wśród patrycjuszy harfie. Ale przy organach jest przedstawiana w malarstwie (vide otwierający wpis obraz Matteo Rosselliego). Oczywiście – nie tylko – bo i skrzypce się znajdą (tak zresztą na obrazie Guido Reni), tudzież… viola (jak choćby u Domenico Zampierego)… jednak królują organy i tyle. Nawet sam wielki Nicolas Poussin (ten od obrazu, który namieszał w głowach m.in. Dana Browna, a wcześniej Michaela Baigenta, Richarda Leigh i Henry’ego Lincolna) namalował świętą Cecylię grającą na czymś w rodzaju organów. W sumie – nie ma to znaczenia. Jako patronka muzyków może sobie być przedstawiana z jakimkolwiek instrumentem (hm… z Gibsonem Les Paul nie widziałem) – liczy się duchowe wsparcie, które można sobie u niej wyjednać.

Są tacy, co owo wsparcie otrzymali. Z pewnością, bo jakże inaczej uzasadnić absolutne mistrzostwo, jakie osiągnęli w wykonywaniu muzyki chóralnej. Kilka takich grup znam i poważam, pisuję też o nich od czasu do czasu, a dziś w sumie naszła mnie myśl, by ich dokonania zestawić. Owszem, można… ale jak? Może – statystycznie?

Cóż… Statystycznie konkurs ten wygraliby w cuglach The Tallis Scholars (tyle mam ich albumów). Zaraz po nich pewne miejsce na podium zyskaliby Stile Antico i Bach Collegium Japan – jeden i drugi chór oczywiście zaszczytnie i z pełnym błogosławieństwem. Dalsze miejsca, w owym wyimaginowanym konkursie zarezerwować by trzeba pospołu dla tak dla Amerykanek z Anonymous 4, jak i Brytyjczyków z The Sixteen Harry’ego Christophersa. Nie można też zapomnieć o Philippie Herreweghe i jego Collegium Vocale Gent, tudzież La Chapelle Royale. Jeden i drugi utytułowany, jeden i drugi pięknie wykonujący muzykę dawną. A jeszcze w kolejce stoją Huelgas Ensemble, jeszcze La Petite Bande, czy też The Hilliard Ensemble. I można by tak wymieniać w nieskończoność. Statystyka więc nie jest rozwiązaniem.

Może zatem uczuciowo – emocjonalny odnośnik? A owszem, można. Prym jednak wtedy, wśród rozlicznych albumów z muzyką klasyczną wiodą dwa chóry i żaden z nich nie łapał się do statystycznej partii. Jeden z nich, to Les Flamboyants tak znakomicie wykonujący utwory świętych Hildegardy z Bingen i Birgitty ze Szwecji. Maestria i piękno, to dwa nikczemnie brzmiące słowa, które wydają się  zbyt małe, by opisać muzykę wykonywaną przez wspomniany ansambl. A to jeszcze nie magnum opus.

Bo na określenie tego, co z barokowymi kompozycjami potrafią zrobić ludzie z Lautten Compagney a zwłaszcza z Capella Angelica, prowadzeni przez Wolfganga Katschnera nie ma słów. Dalej nie jestem w stanie odszukać pochwał, które mogłyby stanowić namiastkę choćby obrazowania ichniego świata. Membra Jesu Nostri Dietricha Buxtehude to póki co najznakomitsze dzieło w mojej kolekcji. I  … św. Cecylio błogosław śpiewakom i grajkom – oby takich więcej było…

No to na koniec niech nam zagrają i zaśpiewają…

Reklamy

Read Full Post »

Rzecz będzie o wydarzeniach, które zaistnieją już wkrótce. Albo dopiero w przyszłym roku. A, mówiąc szczerze niestety mało prawdopodobne jest, aby udało mi się w nich uczestniczyć.

Najpierw zatem – już za chwileczkę, już za momencik – w Krakowie, 19 grudnia 2010 roku w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach – Oddziale Muzeum Narodowego w Krakowie, o godz. 18 zaprezentowane zostanie II część Weihnachtsoratorium Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu Capella Cracoviensis pod dyrekcją Matteo Messoriego. Druga część, bo pierwsza została zaprezentowana kilkanaście dni temu (5 grudnia br.), a zespołem dyrygował Adrew Parrott. Szczegóły zresztą TU. Specyficzny ów  – fakt – podział oratorium na dwie części (dla przypomnienia – oratorium składa się z sześciu kantat, po dwie na każdy dzień Świąt poczynając od Wigilii) zaadaptowany został na potrzeby koncertów – pewnie się sprawdzi (a z całą pewnością będzie lepiej odebrany, niż gdyby wykonywano dzieło lipskiego kantora w całości).  Kto może – niech biegnie, bo bilety majątku nie kosztują.

Do kolejnego wydarzenia jest trochę więcej czasu. Można zatem zaplanować to i owo, bo jest po czemu. 29 marca 2011 roku w Filharmonii Narodowej w Warszawie wystąpią Huelgas Ensemble z Paulem van Nevelem jako prowadzącym. Wykonają repertuar związany z wielkopostną tradycją chrześcijańską – motety i lamentacje Jacoba Clementa, Jacobusa de Kerle i Roberta White’a. Bilety ciut droższe niż na Bacha z Krakowa, ale warto. Szczegóły TU.

Bliżej zaś odległościowo, dalej zaś terminowo to jeszcze jedno wydarzenie(a) związane z muzyką klasyczną, na które warto zarezerwować sobie czas i środki. W ramach koncertów tzw. Łódzkiej Wielkanocy Muzycznej wystąpią w Łodzi najpierw czeski ansambl Musica Florea (nie znam, nie wiem, nigdy nie słyszałem, ale nadrobię) z Pasją Janową. Data eventu – 18.04.2011 roku,  miejsce: Filharmonia Łódzka, godz. 19.00. A dzień później jedno z moich życzeń na przyszły rok – Sonaty Różańcowe Heinricha Ignaza Franza von Bibera w wykonaniu Sirkki-Liisy Kakkinen z zespołem. 19 kwietnia przyszłego roku, w tejże samej Filharmonii. O godzinie 19.00. Uff… Tyle koncertów i jak tu być na każdym? Kiedyś też trzeba pracować…

Ano, przyszły rok, a zwłaszcza kwiecień w Łodzi zapowiada się cudnie. Bo przecież nie można zapominać o Watersie (bilety sobie grzecznie czekają w szufladzie – co jednocześnie wyklucza bytność na koncercie Musica Florea). Choć … to zupełnie innego rodzaju event…

 

 

Read Full Post »

Dziś, gdy samoloty latają wszem i wobec (jak nie dymi wulkan na Islandii), gdy samochodem śmigamy z kraju do kraju, czasami nawet nie zauważając, kiedy przekroczyliśmy granicę kolejnego państwa, wydaje nam się, że świat się skurczył. Media mówią, że dopiero teraz żyjemy w globalnej wiosce, niejako sugerując, że kiedyś takie sytuacje nie miały miejsca.

Pewnie w odniesieniu do zwykłego Kowalskiego tak jest, ale i wieki temu podróżowanie, ba, praca była możliwa w różnych, czasami wrogich nawet sobie królestwach. Taki – nieznany szerszej publiczności Tiburtio Massaino (albo jak czasami podają – bardziej z włoskiego – Massaini) – augustiański zakonnik i kompozytor zarazem trochę pokierował orkiestrą w Santa Maria del Popolo w Rzymie (Państwo Kościelne), potem przeniósł się do Modeny (gwelfickie księstwo d’Erste), stamtąd wyemigrował do Innsbrucka, na służbę do Ferdynanda II. A że państwo Habsburga sięgało (a właściwie, to ograniczało się ściślej) do Czech i dzisiejszej Austrii, to Massaino poprzez Salzburg dotarł do Pragi, skąd po pewnym czasie (dokładniej po prawie 30 latach wędrówki) wrócił na tereny słonecznej Italii. Najpierw do Piacenzy, potem do Cremony, by ostatecznie osiąść i umrzeć w Piacenzie.

Nie inaczej było z Marbrianusem de Orto, przyjacielem i współpracownikiem wspominanego w Klasycznej Niedzieli Josquina des Pres. Ten flamandzki kompozytor z terenów dzisiejszej Belgii dotarł do Rzymu (gdzie był śpiewakiem w Kaplicy Sykstyńskiej), potem przez Nivelles dotarł do … Hiszpanii, gdzie na dworze Filipa Pięknego pozostał do czasu jego śmierci. Stamtąd poprzez Kastylię wrócił do Niderlandów, gdzie – w służbie Habsburgów – kierował  chórami w kościołach w Antwerpii i w Brukseli. Po śmierci pochowano go w Nivelles, w kościele św. Gertrudy, gdzie w spokoju spoczywał do czasów wizyty wojowników Adolfa Hitlera.

Orlando di Lasso w, kolejny kompozytor, którego przywołuję z powodów, o których poniżej – urodzony w Belgii, poprzez Francję dotarł do Włoch, gdzie po krótkim pobycie w Neapolu zawitał do Rzymu, otrzymując posadę organisty i kapelmistrza w orkiestrze przy kościele p.w. św Jana na Lateranie. Stamtąd wrócił na chwilę do rodzinnego Mons (ze względu na chorobę rodziców), by następnie uczyć muzyki w Antwerpii. Potem przyjął stanowisko kapeli na dworze Wittelsbachów w Monachium, gdzie pozostał aż do śmieci w 1594 roku.

Ostatni z kompozytorów przy poprzednikach jawi się postacią wręcz zaściankową. Robert White, Anglik, o którym niewiele wiadomo właściwie nie ruszał się z miejsca. Bo jak nazwać podróż z Londynu do Cambridge, tudzież do Westminsteru? Zmarł wyjątkowo młodo, w wieku 36 lat, w wyniku epidemii w Westminsterze, gdzie został też pochowany. Nie wysunął nosa poza Anglię, ale też pamiętajmy, że Anglicy w XVI wieku za bardzo po Europie nie podróżowali (dlatego pewnie teraz odkrywają – choć nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli – Kraków).

Dlaczego o nich ten długi historyczny wstęp? Ano, bo to Ich muzyka wybrzmiewa na albumie Lamentations de la Renaissance, którego recenzję znajdziecie w stosownym dziale.

A gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, co to za muzyka – w niniejszym linku podaję wspomnianego wyżej Orlando di Lasso i jego trzecią lamentację na Drugi Dzień. Co prawda w wykonaniu Herreweghego, ale też niezgorzej brzmiące.

Read Full Post »

Co zaś się tyczy nowej muzyki, to właśnie Harmonia Mundi słynie z takich niesamowitych  płyt. Spokojnie może w tej mierze konkurować z Gimellem, od lat dysponującym bezkonkurencyjnymi w tej kategorii The Tallis Scholars. Byłem zresztą do niedawna przekonany, że nie ma innego zespołu, który do Tallisów mógłby się choć na moment zbliżyć. Huelgas Ensemble to przekonanie wysłał do stu diabłów.

Zresztą – zachęcając do czytania tych kilku zdań o płycie Paula van Nevela i jego Ensemble posłuchajcie sami.

Najpierw jednak Tallisowie z Rzymu.

A zaraz po nich, z oddechem na plecach – Huelgas Ensemble.

Cd – w recenzji

Read Full Post »