Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘II wojna światowa’

… 17 września 1939 roku. PAMIĘTAMY! NIGDY IM TEGO NIE WYBACZYMY! Ani nie zapomnimy…

W wrześniu 1939 roku ten kompozytor trafił na listę zakazanych. Nie wolno go było grać, odtwarzać, pomniki zwalano i niszczono. A Artysta, który jego koncert wykonuje wkrótce – gdyby miał pecha być w Polsce – zniknąłby, jak kilka milionów podobnych mu, choć bezimiennych bohaterów. Nie doszłoby do tego, gdyby nie ten zdradziecki cios w plecy ze strony państwa, które gardziło wszystkimi i wszystkim. W szczególności Polską i Polakami.

To posłuchajmy, jak rok przed tamtymi wydarzeniami, w 1938 roku, gdy świat umywał ręce od sprawy Austrii i Czechosłowacji (coś jak dziś na Ukrainie) grał Chopina Artur Rubinstein wraz z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną prowadzoną przez Johna Barbirolliego. Całość nagrał słynny amerykański Victor na płytę 78 obrotów.

https://archive.org/embed/ChopinPianoConcertoNo.1

Reklamy

Read Full Post »

… fascynuje historyków, pisarzy s-f i zwykłych ludzi. Phillip K. Dick opisał swego czasu nawet alternatywną rzeczywistość w książce „Człowiek z Wysokiego Zamku” – a za kanwę posłużyła mu historia II wojny światowej, w ściślej – jej odmienne zakończenie.

Wspomnienie o tym naszło mnie po lekturze książki „Moskwa 1941” Rodrica Braithwaite’a. Imponujące dzieło. Pierwsza myśl, jaka się pojawia – już w trakcie czytania – Boże, jak niewiele dzieliło nas od katastrofy. Gdyby Niemcy inaczej traktowali Rosjan, to po stalinowskim monstrum w 1941/1942 roku nie pozostałoby NIC. Dosłownie. Nie przetrwałaby również szeroko rozumiana „polskość”, bo podbici przez Niemców i zepchnięci na skraj przepaści moglibyśmy tylko wegetować i marzyć o wolnej Polsce. Gdyby III Rzeszą rządził ktoś mniej szalony, bardziej rozsądny – to zgadzam się z twierdzeniem, że dziś świat mówiłby po niemiecku, z obiema Amerykami włącznie.

Właśnie wczoraj skończyłem czytać książkę brytyjskiego dyplomaty, a dziś… mija właśnie 70 lat, odkąd zagony Wehrmachtu ruszyły na wschód. Dokładnie 22 czerwca 1941 roku zabrzmiały działa i prawie pięć milionów żołnierzy przewaliło się przez granicę usypaną na trupie II Rzeczypospolitej. Jak wcześniej Polacy i Francuzi, wojska Leeba, Bocka i Rundstedta sprawiły lanie armiom przeciwnika i wszystko wskazywało na to, że w grudniu wjadą do Moskwy. Tak się jednak nie stało, a na ile wpływ na to miały warunki atmosferyczne, heroizm Rosjan i błędy Niemców – każdy interesujący się historią niech odpowie sobie sam.

Na koniec – żeby nie było zupełnie nie o muzyce, mały cytat znaleziony u wspomnianego Braithwaite’a:

„[…] Zdezorientowany Szostakowicz stał na peronie z żoną i z dziećmi, z maszyną do szycia w jednej ręce i dziecięcym nocnikiem w drugiej. W końcu wpuszczono go do wagonu dla artystów Teatru Bolszoj. Wśród pasażerów byli tez kompozytorzy Chaczaturian, Chrennikow, Kabalewski i Szebalin. Kilka artystek z teatru płakało. Przepełniony pociąg ruszył, a Szostakowicz przypomniał sobie, że nie wziął z peronu dwóch walizek: został mu tylko stary garnitur, który miał na sobie. Współpasażerowie dali mu skarpetki, dodatkową koszulę i inne najpotrzebniejsze rzeczy.[…]

Początkowo nie mógł pracować nad nową symfonią:  „Kiedy tylko wsiadłem do tego pociągu, coś we mnie pękło […]. Nie mogę komponować teraz, kiedy wiem, ilu ludzi ginie każdego dnia.” Kiedy jednak do Kujbyszewa dotarła wiadomość o pokonaniu Niemców pod Moskwą, Szostakowicz w przypływie ogromnej energii dokończył symfonię w ciągu dwóch tygodni. Partytura była gotowa 27 grudnia, natomiast po raz pierwszy wykonano ją 5 marca 1942 roku w Kujbyszewie. […]”

Potem, po latach nazwano ją Symfonią Leningradzką, choć opisywane wyżej wydarzenia – ucieczka, a potem radość ze zwycięstwa związane były z największą bitwą II wojny światowej. Bitwą o Moskwę w 1941 roku.  I na koniec fragment tej symfonii. Tak „nowej” muzyki w Klasycznej Niedzieli jeszcze nie było…

Read Full Post »

Wyjazd do kraju Sasów, od stuleci wtłoczonego w ramy niemieckiego porządku zaplanowany został znienacka, skromnym nakładem sił i środków, z niewielką pomocą paru znajomych. Czas był sprzyjający, choć ojro niestety drogie, pogoda taka sobie, ale co tam – nie można rozleniwiać się na fotelu surfując po sieci, tylko trza ruszyć się z miejsca w poszukiwaniu wrażeń.

Drezno. Ile z niego zostało po wizycie amerykańskiej 8 Armii – wszyscy wiedzą, więc nie ma sensu o tym pisać. Przyczyny tamtej wizyty były różne, skutek jeden – jaki, wiadomo. Ślad po wydarzeniach  nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku pozostanie już na zawsze – budynki pięknej starówki drezdeńskiej są najczęściej rówieśnikami starówki warszawskiej, choć np. Frauenkirche odbudowano ostatecznie po kilkudziesięciu latach, gdy tzw. przestroga przed tym,czym jest wojna przegrała z wizją pięknego, staroświeckiego miasta rodem z obrazów Bernarda Bellotto, szerzej znanego jako Canaletto.

W dzisiejszym Dreźnie, za naszej bytności znowu ślad Ameryki stał  się wyraźny. A to za sprawą Obamy, przebywającego w mieście Sasów z kurtuazyjną wizytą (czują się winni – to może też powinien wizytować stocznie w Yokosuce lub w Kobe, z pochylni których swego czasu na wodę spłynęły kadłuby lotniskowców admirała Nagumo??). W każdym razie banerów tyczących się wizyty Obamy w Dreźnie było co niemiara, co w gruncie rzeczy nie powinno dziwić uważnego obserwatora niemieckich sympatii z ostatniej amerykańskiej kampanii prezydenckiej.

Jednak wizyta w Dreźnie, to przede wszystkim spotkanie z historią (również I Rzeczypospolitej) XVII i XVIII wiecznej Europy, dla której miasto rządzone przez Wettynów było pewnie jednym w ważniejszych centrów kulturalnych ówczesnego świata. Ameryka była wówczas jedynie krajem kolonialnym, podzielonym pomiędzy mocarstwa ze Starego Kontynentu i tyle. I … nie zajmujmy się już nią więcej.

Dresden, SemperoperaSemperopera, słynna z wielu względów, których tutaj nie wspomnę, to miejsce, robiące na wejście (bo automapa prowadzi auto właściwie na jej parking podziemny – taki już teraz jest świat!) niesamowite wrażenie. Idąc dalej – katedra Św. Trójcy i zamek Wettynów połączone galerią, którą chodzi się ponad głowami przechodniów. Wspomniane Frauenkirche (trochę landrynkowe w środku) czyli kościół Najświętszej Marii Panny, zbudowany w stylu barokowym, odbudowany już w XXI wieku z powojennych zniszczeń. No i oczywiście… Zwinger. ZwingerW pałacu wybudowanym dla Fryderyka Augusta I, zwanego w naszej historii Mocnym, spędzić można cały dzień, oglądając jedynie Muzeum Starych Obrazów. A przecież jest jeszcze Rüstkammer, czyli  Königliches Historisches Museum – założone w 1932 roku muzeum starej broni i militariów, pochodzących w znacznej mierze z dawnej zbrojowni książęcej, mieszczącej się w tymże pałacu za czasów saskich. A na zakończenie jeszcze spora kolekcja porcelany.

Chodząc po późnobarokowych galeriach saskiego zabytku z zazdrością patrzy się na przepych i bogactwo tegoż pałacu. I tylko można westchnąć, że nasz, warszawski Pałac Saski już nie dotrwał do naszych czasów. Jakiś chichot historii w tym jest – Sasi Augusta II Mocnego go budowali, a Niemcy Adolfa H. wysadzali.

Ale gdyby komuś nudziło się w Dreźnie – zawsze może podjechać do pobliskiego Lipska, gdzie Anne – Sophie Mutter z tamtejszą Gewandhausorchester zagra mu koncert skrzypcowy Mendelssohna e-moll op. 64.

Choć … bliżej samego Drezna leżą zdecydowanie piękniejsze i warte odwiedzenia miejsca. Ale o tym następnym razem.

Read Full Post »