Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘kwartet skrzypcowy’

Naszło mnie ostatnio na wspomnienie naszego pobytu w Kraju Madziarów. Mówi się u nas, że „Polak – Węgier: dwa bratanki” i jakby nie analizować historii naszych krajów i narodów, to faktycznie wychodzi spore podobieństwo. Ale – nie zamierzam was zanudzać historycznymi analizami. Po co nam to? Nie lepiej otworzyć sobie butelkę dobrego tokaju i zanurzyć się w muzyce, którą Węgry również słyną? Na przykład taką, jaką znajdziecie w linku do działu RECENZJE. A że kompozytor to w sumie Niemiec, żyjący wówczas w Świętym Cesarstwie Rzymskim Narodu Niemieckiego rządzonym przez Austriaka, na terenie dzisiejszych Węgier… to już zupełnie nic nie znaczące szczegóły. Miłego słuchania i na zdrowie.

Niniejszy spis sponsorowała buteleczka Oremus Tokaji Furmint Mandolas. Z taką muzyką w dobrym towarzystwie – mmm… polecam 🙂 Egészségedre!

Reklamy

Read Full Post »

Franz Joseph Haydn

Jest taki kwartet skrzypcowy, który … każdy zna. A w każdym razie jego środkową część. Z całą pewnością kojarzą go starsze osoby, bo swoje przeżyły i trudno im od tej muzyki (wspomnień) uciec. Znać  go powinny też młodsi słuchacze (choć nie muszą wiedzieć, kto to akurat napisał). Niewątpliwie kojarzą go kibice piłki nożnej. Bo jest grywany na stadionach. Nie chodzi mi tu jednak o hymn Ligi Mistrzów (acz to też ta straszna muzyka klasyczna jest) – kto zainteresowany tematem – odsyłam do jednego z wcześniejszych wpisów. Dziś natomiast mowa będzie o kwartecie skrzypcowym Józefa Haydna.

Z Haydnem niestety są kłopoty (no i stąd tytuł dzisiejszego wpisu). Uznawany w swoich czasach za geniusza (na tyle znakomitego, by stać się nauczycielem Mozarta i Beethovena), siedział sobie w pałacu Esterhazych w Wiedniu i pisał. Pisał i pisał. Spod jego ręki wyszła taka ilość dzieł, że chyba jedynie rodzina Bachów mogłaby stanąć z nim w szranki. Pod koniec życia wyjechał do Anglii, gdzie noszono go na rękach, wielbiono, a na koniec nadano mu na uniwersytecie w Oxfordzie tytuł gradum doctoris in musica honoris causa, co zresztą kompozytor zaraz przekuł na sukces, wykonując tamże swoją nową symfonię, mającą się odtąd nazywać Oxfordzką.

Zmarł w Wiedniu. Jak się wspomniało wyżej – uważano go za geniusza – więc po śmierci studenci wiedeńscy … odcięli mu głowę, aby poszukać owego pierwiastka geniuszu w głowie Haydna…

No to skoro tak – zapytacie – to dlaczego „raczej nie polecam”?

Ano, bo noszę się z tym albumem od kilku miesięcy. Konkretniej – z płytą, którą nabyłem z braku laku. Zachciało mi się bowiem właśnie tego ‚słynnego’ tematu. Jak już Bach, na spółkę z Telemannem i Buxtehudem doprowadzili do sytuacji, w której nucę sobie pod nosem niemieckie teksty z napisanych przezeń kantat, to zaraz mnie naszło, by poszukać ciekawych (czyt. na początek) melodyjnych utworów, które równie łatwo można sobie zanucić, a zarazem takich, co nie znużą po kilku wysłuchaniach. Haydn do tej koncepcji pasował aż miło.

Niestety zaprzyjaźniony sklep z klasyką nie spełnił pokładanych nadziei. Haydn, i owszem, dostępny tam jest. W wersji SACD może i by się coś znalazło, ale kwartet skrzypcowy C-dur op. 76 nr 3 na który się uparłem niestety już nie. Pozostał więc internet, gdzie wyszperałem jedyną dostępną płytę (znaczy są inne, ale kupić udało się tylko tę właśnie).

Pałac Fertod...

Na albumie grają Kódaly Quartet z Węgier. Pasuje więc to jak ulał do Haydna, bo tenże przecież w służbie węgierskiego rodu książęcego pozostawał przez całe lata, mieszkał w majątkach Esterhazych i im też dedykował większość swoich utworów. Oczywiście poza omawianym kwartetem C-dur op. 76 nr 3, bo tenże  napisany został dla cesarza Franciszka I (niejako w wyniku inspiracji angielskim God, save the King). Oryginalnie tekst, który dziś kojarzymy brzmiał zupełnie inaczej, zaczynając się od słów Lorenza Leopolda Haschki:

„Gott erhalte Franz den Kaiser

Unsern guten Kaiser Franz,

Hoch als Herrscher, hoch als Weiser,

Steht er in des Ruhmes Glanz;

Liebe windet Lorbeerreiser

Ihm zum ewig grünen Kranz.

Gott erhalte Franz den Kaiser,

Unsern guten Kaiser Franz!”

Melodia, żeby być już dokładnym (gdyby kto chciał sobie pośpiewać) idzie tak:

Cz. 2. Poco Adagio,Cantabile.

Jak widać do słów „Deutschland, Deutschland über alles” bardzo stąd daleko, a przecież Niemcy w swoim hymnie też dziś tego słynnego wersu już nie śpiewają. Wychodzi na to, że częściej te słowa można usłyszeć z ust polskich wykolejonych młodzieńców, aniżeli od naszych zachodnich sąsiadów. Swoją drogą zagarnięcie przez Niemców hymnu, który był napisany dla innego państwa i innego narodu to też nie jest miłe zagranie. No, ale fakt jest faktem i nie ma się co zżymać na historię. Jakby się potoczyła inaczej, to graniczylibyśmy z państwami kaukaskimi i sprawa na ten przykład gazociągu północnego nie istniałaby. A my jeździlibyśmy do Kamieńca Podolskiego albo nad Dniestr łowić ryby i przemierzać stepy ukraińskie śladami Wołodyjowskiego. Bez wizy. Nie przekraczając … granicy.

No, oddaliłem się trochę od kwestii muzycznych. Zatem, krótko na koniec: Kódaly Quartet grają poprawnie. Ale nic ponad to. Irytuje mnie dźwięk z tego albumu. Jest jakiś taki niezbyt klarowny, smyki momentami sprawiają wrażenie, jakby skrzypiały melodię, zamiast ją grać. Szkoda, bo muzyka, mimo iż doskonale znana, jest piękna i zasługiwałaby na porządne wykonanie.

Może jestem rozwydrzony nagraniami znakomitych orkiestr i wirtuozów, ale niestety – album ten mi zdecydowanie nie odpowiada.

Read Full Post »