Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Lipsk’

Zanim przełamiemy się opłatkiem, złożymy sobie życzenia i zasiądziemy do stołów. Zanim to co nie gotowe będzie wreszcie przygotowane. Zanim pierwsza gwiazdka zaświeci na niebie – możemy posłuchać sobie, jak Johann Rosenmüller opowiada nam swoje historie bożonarodzeniowe rodem z XVII wieku. Czasy były wtedy inne, a jednak ludzie trwali. Zapraszam do działu recenzje, a sam idę kończyć piernik.

Reklamy

Read Full Post »

…nie sprzyja siedzeniu przed telewizorem, ale gdyby akurat wam pogoda nie dopisała (o co nie jest zbyt trudno w te wakacje) tudzież gdyby dopisała, ale moglibyście poświęcić kilkadziesiąt minut nicnierobienia na oglądanie i słuchanie dobrej muzyki – to zapraszam do działu Obrazki z wystawy, gdzie można zapoznać się z recenzją DVD z muzyką klasyczną (dokładniej – TU)

Szczegóły na temat tego, co to Magnificat, kto to Bach, Kuhnau, czy Koopman można sobie wygooglać, jakby co 🙂

Read Full Post »

Uczyłem się onegdaj języka niemieckiego. Z racji fascynacji historycznych najlepiej (i właściwie prawie wyłącznie) wchodziły mi do głowy różne zwroty, której najczęściej można było usłyszeć w filmach wojennych. A w tychże Niemcy skutecznie byli przedstawiani w sposób odstręczający nie tylko od nauki ich języka, ale i również od całości kultury, jaką wnieśli do światowego dziedzictwa. Tak było i nic na to nie poradzę. Dziś, gdy nie ma już na tym świecie Władysława Grzempowskiego, mojego dziadka, który do końca upierał się, bym w języku Goethego nauczył się choć ciut przemawiać i rozumieć, dociera do mnie, jak bezsensownie kształtowałem swoją rzeczywistość przed laty i ile straciłem, podchodząc do rzeczy w taki a nie inny sposób. Nigdy nie nauczę się języka niemieckiego! Ot, buńczuczna, młodość…

Potem przyszedł czas na zmiany. Powoli. Bo jeszcze kilka lat temu, mimo zmiany własnego nastawienia  do Niemców, jakoś nie wyobrażałem sobie, języka niemieckiego w muzyce. Nawet nocne wycieczki nieodżałowanego Tomasza Beksińskiego (vide Lacrimosa tudzież Deine Lakaien) przechodziły przez ciężkie sito nieakceptacji. Strasznie wolno, z mozołem. Jakoś.

Jakoś poszło. Właściwie nie wiem, kiedy to się stało. I nie ustalę tego. Dość powiedzieć, że kantaty Jana Sebastiana Bacha brzmią dziś w moim odtwarzaczu (samochodowym, komputerowym czy salonowym) pięknie, wzniośle i zachwycająco, a ja zupełnie niezauważalnie zacząłem je traktować, jakby były ze mną od zawsze.

Zmianę mojego nastawienia uświadomił mi brat. Ostatniej soboty, w czasie wizyty w Drzeczkowie (nocna fotka mauzoleum obok to dla podkreślenia klimatu) trzeba było przestawić moje auto z jednego miejsca postojowego na inne. Brat zrobił to za mnie. I mimo, że trwało to może z 1,5 minuty – wyłączył sprzęt grający nie mogąc zaakceptować niemieckich śpiewów w głośnikach. Młodszy jest, to i można mu wybaczyć: jeszcze wszystko przed nim…

W odtwarzaczu bowiem od kilkunastu dni kręci się płyta nagrana przez Collegium Vocale Gent i Philippa Herreweghego. A na niej, kantaty Jana Sebastiana Bacha. O których szerzej w dziale recenzje, gdzie zapraszam…

Read Full Post »

Aby podjąć rozważania na temat zadany w tytule i popisać się znajomością kolejnych utworów muzyki klasycznej, trza sobie odpowiedzieć na najbardziej oczywiste pytanie w tym momencie – co to jest kantata? Ano, mówiąc krótko, to takie coś, w którym solista lub chór z akompaniamentem (lub bez) wykonuje muzykę mającą troszeczkę więcej lat, niż oratoria Piotra Rubika (załóżmy na chwilę, że to faktycznie są „o-r-a-t-o-r-i-a”). Jak się zatem rzekło, tekst utworu śpiewany jest na głosy (zwykle solowe ale chórem też nie pogardzimy) przy wsparciu instrumentu (ów) klasycznych (czyli nie-gitary, nie-gitary rytmiczne, nie-perkusja… i nie -temu podobne rzeczy). Konstrukcja kantaty – gdyby z niej zdjąć odium religijne – przypominałaby coś na kształt malutkiej siostry opery. Ale to w takim dużym uproszczeniu. Na szczęście też nikt do takich skrótów myślowych nie dopuszcza, toteż nie ma co drążyć tematu.

Przyjęło się, że kantata występuje w dwóch wersjach – włoskiej i niemieckiej. Włoską tylko zasygnalizuję i nie będziemy się nią tu dalej specjalnie zajmować, bo i płyta, która jest przyczyną niniejszego tekstu nie zawiera kantat włoskich. Skoro pisali je (znaczy włoskie) i Vivaldi, i Händel, więc narodowość nie ma tu nic do rzeczy.  Dlaczego zatem włoska i niemiecka? Bo i muzyka baroku włoska i niemiecka stanowiły wówczas siłę wiodącą w Europie. W każdym razie kilkuczęściowa kantata włoska komponowana była zazwyczaj na jeden głos solowy, któremu akompaniował zwykle jakiś instrument niskobrzmiący lub akordowy (np. klawesyn, wiolonczela, lutnia). Solista wykonywał partie wokalne w formie recytatywów (czyli takich melodeklamacji) stanowiących wprowadzenie do melodyjności zasadniczej części, czyli arii. Tekst kantat włoskich zazwyczaj tyczył się spraw świeckich
(i to główny, choć nie jedyny wyróżnik względem kantat niemieckich). Dla pełnego obrazu – w linku niepublikowany dotąd na tym blogu (choć wspominany) Alessandro Scarlatti i jego kantata „Antoniusz i Kleopatra”.

Co zaś się tyczy kantaty typu niemieckiego, to oprócz kwestii odmiennej problematyki (religijny tekst) bywa ona również muzycznie bardziej rozbudowana (co będzie słychać, gdy posłucha się najpierw zlinkowanej kantaty Scarlattiego, a potem J.S. Bacha). Niemiecką kantatę komponowało się na jeden lub kilka głosów wokalnych z towarzyszeniem już nie pojedynczego, ale zdecydowanie większej obsady instrumentalnej.  Fragmenty wokalne w kantatach niemieckich wykonuje kilku śpiewaków (sopran, bas, a nawet chór), a nadto oprócz arii, recytatywów i chórów często spotykane są rozbudowane formy instrumentalne (zwykle rozpoczynające kantatę) – coś na kształt uwertury, tylko troszkę krótsze.  We wspomnianej wyżej warstwie tekstowej kantata niemiecka opierała się na na Piśmie Świętym, albo bezpośrednio cytując wersy ze Starego lub Nowego Testamentu, tudzież nawiązując doń w formie parafrazy. Niekiedy też w tekstach kantat cytowano fragmenty religijnych pieśni lub nawet … kazań. Celował w tym zwłaszcza niejaki Picander.

Idąc dalej, komponowano kantaty na cały rok liturgiczny (jak choćby bohater recenzji, o której dalej, czyli  Jan Sebastian Bach). Stworzył on kilka pełnych cykli takich utworów, wykonywanych w niedziele i w święta; niestety te nie zachowały się w całości (a może się zachowały, ale jeszcze o tym nie wiemy). Oprócz lipskiego kantora za kantaty niemieckie brali się i Telemann, i Graun. Jednak to Bach stworzył ich ponad trzysta. Do dziś dotrwało około 200 bachowskich kantat, co i tak przy próbie wysłuchania ich wszystkich (nie poznania, tylko wysłuchania, tak, tak…) zabierze spory kawałek życia. Ale … warto.

Zatem Bach. A skoro Bach, to jego nazwisko z kojarzy się z kilkoma hasłami, wymienianymi w zależności od stopnia pochłonięcia przez muzykę klasyczną. Na pierwszym miejscu jest słynna Toccata i Fuga d-moll, BWV 565, którą słyszał i powinien kojarzyć (przynajmniej muzycznie) już chyba każdy na tym padole (a kto nie słyszał lub wydaje mu się, że kojarzy – to proszę). Potem wymieniane będą albo opisane wcześniej na tych łamach koncerty brandenburskie (tu linków nie trzeba), albo któraś z pasji tudzież również zrecenzowana msza h-moll (tu również linków nie nada). A jak już człowiek mocno nawiedzony, to pojawia się nazwa kantaty. I w ten sposób dochodzimy do sedna dzisiejszego wpisu. Wprowadzeniem niech będzie ten utwór.

Reszta – w recenzji

Read Full Post »