Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Ludwig van Beethoven’

… festiwalami. O nich się napisze to i owo, postaram się o każdym, na który warto byłoby się wybrać (lubo sam się wybiorę). Na pierwszy rzut zatem Festiwal Bachowski w Świdnicy. Od 23 lipca do 2 sierpnia będzie można podelektować się muzyką klasyczną w wydaniu letnim. Zatem bez fraków, krawatów, sukni i stukania obcasami. Za to w koktajlowo – piknikowym stylu (wszak lato, lato wszędzie).

Program – bardzo niezwykły. Oczywiście Jan Sebastian Bach w roli głównej (i Pasja Janowa m.in. – aż mię korci by się wybrać), ale i Beethoven, Mozart, Haydn czy Haendel. Słowem – bardzo przekrojowo i bardzo pięknie się to zapowiada. Z artystów… będzie można m.in. zobaczyć i posłuchać na żywo Matthew Vennera, tegoż od Gorczyckiego niedawno recenzowanego.

Programowe szczegóły w linku. Całą stronę polecam, bo ładnie i skromnie zaaranżowana. Miło, że tak fajnie się to lato zapowiada…

Więcej zdjęć na http://www.bach.pl

Read Full Post »

… daleko od Wiednia. Jego dziadek, syn piekarza był chórmistrzem w Louvain niedaleko Brukseli, gdzie wcześniej rodzina związana była z koronkarstwem. Arcybiskup koloński, Klemens August poprosił go o przybycie do odległego o 160 km Bonn i wstąpienie w szeregi dworskiego personelu muzycznego. Dziadek (artysty) przyjechał do Bonn, by zostać kapelmistrzem, w roku śmierci arcybiskupa i dziewięć lat przed przyjściem na świat kompozytora. Bardzo kulturalny arcybiskup Klemens August był bratem elektora bawarskiego, który w latach czterdziestych XVIII wieku na krótko przerwał sukcesję habsburską i został cesarzem. Arcybiskup rezydował w Bonn […], wybudował sobie kilka pałaców, łącznie z bardzo rozkoszną ( 🙂 ) rezydencją w niedalekim Brühl, która miała okazałe schody, a w ogrodzie letni dom nazywany Pałacem Indyjskim, mimo, iż wybudowano go w stylu chińskim. Lubił polować z sokołem, dosiadając swych angielskich koni przeznaczony do łowów. Grywał też na  violi da gamba.

Syn owego kapelmistrza, ojciec kompozytora śpiewał w chórze. Ożenił się, popełniając mezalians z owdowiałą córką pałacowego kuchmistrza w jednym z pałaców. Rozpił się i małżeństwo nie było szczęśliwe. Matki kompozytora nigdy nie widziano uśmiechniętej, uważała, że „życie to odrobina radości i łańcuch smutków” (… brzmi jak osiemnastowieczna żeńska wersja Rogera Watersa, przyp. mój). Przy życiu utrzymało się troje dzieci: Ludwig, Caspar urodzony w 1774 roku i Johann, który przyszedł na świat dwa lata później.

Beethoven urodził się na tyłach skromnego domu przy ulicy Bonngasse, kilka metrów od placu targowego i bramy otwierającej drogę do Kolonii. […] W późniejszych latach nie był pewien swojej dokładnej daty urodzenia. Wydaje się prawdopodobne, że moment przyjścia na świat Beethovena od jego chrztu, 17 grudnia 1770 roku dzielił jeden dzień. Mniej więcej szesnaście miesięcy wcześniej na Korsyce urodził się Napoleon…

Tak zaczyna się historia jednego z największych kompozytorów muzyki w dziejach ludzkości. Dlaczego – jednego z największych? Wystarczy posłuchać muzyki, o której więcej w dziale recenzje…

Read Full Post »

O wiosno! kto cię widział wtenczas w naszym kraju,
Pamiętna wiosno wojny, wiosno urodzaju!
O wiosno, kto cię widział, jak byłaś kwitnąca
Zbożami i trawami, a ludźmi błyszcząca,
Obfita we zdarzenia, nadzieją brzemienna!
Ja ciebie dotąd widzę, piękna maro senna!
Urodzony w niewoli, okuty w powiciu,
Ja tylko jedną taką wiosnę miałem w życiu.

Prawda to – już lato. Ale, dziś 28 czerwca, zaś to pamiętna data. Co się stało w Poznaniu, w 1956 roku – wiemy (bo jak nie wiemy, to wstyd), a … właśnie przez wypadki poznańskie zapomina się o innych, istotnych dla Polski zdarzeniach, którym dziś „stuknie” kolejna rocznica. Z tych najbardziej znaczących: 443 lata temu Sejm uchwalił Unię Lubelską. Połączenie Korony z Litwą stało się faktem kilka dni później za sprawą królewskiego podpisu Zygmunta II Augusta, ostatniego z Jagiellonów, ale decyzja zapadła właśnie 28 czerwca 1569 roku.

Idąc dalej – niespełna sto lat po Unii, a licząc od dziś – 361 lat temu rozpoczęła się największa bitwa lądowa XVII wieku. Beresteczko, którego wpływ na losy ówczesnej Europy i dzisiejszego świata również jest nie do ocenienia. Oj działo się, działo. Bo po prostu 28 czerwca to dobra data dla Polski. Zmiażdżyliśmy tegoż dnia watahy Chowańskiego pod Połonką (1660), powywieszaliśmy zdrajców stanu w czasie Insurekcji (1794), jednakże wspominam ową datę dziś z uwagi na okrągłą, bo dwusetlenią rocznicę.  Równo bowiem 28 czerwca, ale 1812 roku w Warszawie podczas Sejmu Nadzwyczajnego Księstwa Warszawskiego zawiązała się i została proklamowana Konfederacja Generalna Królestwa Polskiego. Króla co prawda nie było, ale gdyby tylko Napoleon był trochę mniejszym [—- ocenzurowano], to nie musielibyśmy czekać kolejnych 100 lat na wskrzeszenie państwa polskiego. Przy okazji – żołnierz polski tegoż dnia pod Dziewałtowem i Rynkotami spuścił manto Rosjanom (tradycyjnie już zdaje się), dając odradzającej się Ojczyźnie piękny prezent. Ech… to były czas.

To skąd ten wpis? Ano, jako zapowiedź albumu bardzo z historią zaprzyjaźnionego. Nagrali go na pochodzących z epoki instrumentach członkowie zespołu Playel Trio St. Petersburg. Tworzący ansambl muzycy – zachowajmy angielską stylistykę pisowni nazwisk: Yury Martynov – pianoforte, Sergej Filtchenko – violin, Dmitri Sokolov – violoncello nagrali muzykę, którą dość dobitnie zatytułowano Music for the Tsar Alexander and his family. Historyczna postać rosyjskiego władcy i jego rodziny pokazana przez pryzmat kompozycji Ignaza Pleyela, Jana Nepomuka Hummela, Johanna Wilhelma Hässlera i Ludwiga van Beethovena  łączy się bezpośrednio z wydarzeniami z 1812 roku. Ostatecznie ów car, wespół z rosyjskimi przestrzeniami i klimatem okazał się być zwycięzcą największej kampanii  militarnej do czasów II wojny światowej, a następstwem owych wydarzeń było … mianowanie się przez Aleksandra I Królem Polski. Po Kongresie Wiedeńskim w 1815 roku co prawda, ale fakt jest faktem.

Jaka jest ta muzyka zatem? A o tym już w dziale recenzje…

Read Full Post »

Wkrótce Wielki Tydzień. W Krakowie – Misteria Paschalia – z takim nagromadzeniem wydarzeń muzycznych, aż ciężko z przejęcia cokolwiek napisać. Chętnych, głodnych muzyki, dysponujących czasem zachęcam do przejrzenia strony festiwalowej, bo program jest absolutnie porywający. Znajdziecie go TU.

Nasza wielkopolska wielkopostność skromniej się zapowiada. Choć – gdyby ktoś tęsknił za dobrą muzyką, to z pewnością ją znajdzie. Już w sobotę (24 marca br.) o 19.30, w Kościele oo. Franciszkanów na Górze Przemysła wystąpią Arte Dei Suonatori wraz z solistą Bolette Roedem, grającym na flecie prostym. W programie:

1) Christoph Graupner (1683-1760): Uwertura F-dur na flet prosty, smyczki i basso continuo (GWV 447)

2) Johann Gottlieb Graun (1703-1771): Quartett c-moll (GraunWV Cv:XIV:19)

3) Christoph Graupner: Koncert F-dur na flet prosty, smyczki i basso continuo (GWV 323)

przerwa

4) Antonio Vivaldi (1678-1741):

– Sinfonia C-dur na smyczki i basso continuo (RV 116)

– Koncert skrzypcowy C-dur op. 4 nr 7 (RV 185) (arr. na flet prosty: Bolette Roed)

– Koncert skrzypcowy g-moll op. 4 nr 6 (RV 291) (arr. na flet prosty: Bolette Roed)

– Sinfonia h-moll na smyczki (RV 169)

– Koncert skrzypcowy d-moll op. 4 nr 8 (RV 249) (arr. na flet prosty: Bolette Roed)

Bilety jak zwykle w CIM-ie i przed koncertem. Warto, bo Arte Dei … grają świetnie, a ten kościół zapewnia nieziemską wręcz akustykę.

Natomiast za tydzień, w Auli UAM Weekend z Beethovenem. Piątkowy i sobotni koncert w wykonaniu Gerharda Oppitza (fortepian) oraz Orkiestry Filharmonii Poznańskiej prowadzonej przez Marka Pijarowskiego zdominują koncerty fortepianowe Ludwiga van Beethovena. W piątek – 30.03. usłyszeć można będzie trzy kompozycje:

  • koncert fortepianowy B-dur op. 19, nr 2
  • koncert fortepianowy c-moll op. 37, nr 3
  • koncert fortepianowy G-dur op. 58, nr 4

a w sobotę – dwie z nich. Radując się w sposób umiarkowany (w końcu mamy post) cieszmy się muzyką.

Read Full Post »

„jedyna rzecz, jaka mnie powstrzymywała [przed popełnieniem samobójstwa – przyp. mój], to moja sztuka. Naprawdę bowiem wydawało mi się niemożliwe opuścić ten świat, zanim stworzę wszystkie dzieła, które czuję, że muszę skomponować”

Niby nie ma ludzi niezastąpionych. Albo raczej są ich pełne cmentarze. Niby tak. A jednak – gdy odchodzi ktoś znany, albo ktoś bliski nam – wydaje się, że nic już nie będzie takie samo. Potem zaś przychodzi rutyna dnia codziennego i tak, chwila po chwili zapominamy, sami zbliżając się ku wieczności.

Więc póki mamy ten czas – wykorzystajmy go na tyle, by pozostało po nas cokolwiek – choćby wpis pod tym nic nie znaczącym blogiem – jako znak, że istnieliśmy. Nieliczni bowiem mogą pozwolić sobie na takie słowa, jak powyżej. Z czyich ust wyszły? Wielkiego Ludwiga van Beethovena. O Nim więcej w dziale recenzje, gdzie zapraszam…

Read Full Post »

… krótki filmik. Może niektórzy go znają, ale mnie on zawsze wprowadza w dobry nastrój.

Read Full Post »

Już po Openerze; klimat trójmiejskiej plaży i gdyńskiej, pokrytej plastikowymi kubkami po piwie łąki jeszcze trochę dźwięczy w duszy, ale czas powrócić do naszego letniego cyklu spotkań z koncertami fortepianowymi.

Był Mozart, na niedzielny, czerwcowy poranek. Był Schumann, na lipcowe przedpołudnie, miotające się pomiędzy festiwalem Heinekena a wyborami prezydenckimi. Czas na kolejną odsłonę – zapowiadaną wcześniej (uważny czytelnik od razu się zorientuje, o kogo chodzi). Na lipcowe, gorące niedzielne popołudnie.

Czwarty koncert fortepianowy napisany został przez tego kompozytora w latach 1805-1806 niejako równolegle z tworzeniem Piątej Symfonii (i co tu dużo kryć – słychać to w tej muzyce). Beethoven, bo o niego chodzi, zadedykował swoje dzieło kardynałowi Rudolfowi Janowi Habsburgowi, synowi cesarza Leopolda II. Ów obdarowany (przyjaciel i mecenas Beethovena) był wówczas biskupem pomocniczym Ołomuńca (mimo tak młodego wieku, tak, tak). Na świecie (znaczy w Europie, ale dla nas to wówczas Świat) szalał Napoleon, zwyciężając wszystko i wszystkich na lądzie (w tym odnosząc znakomite zwycięstwo pod Austerlitz, czyli dzisiejszym … Sławkowie k. Brna).  Na morzu, cóż, napoleońska flota dostawała od Anglików baty raz za razem (w tym pod słynnym Trafalgarem), ale czemu się dziwić – ich flota raczej do walecznych nie należała, ani wówczas, ani na przykład później.

Wracając do tematu – koncert opublikowano i zaprezentowano szerokiej publiczności w 1808 roku, premiera odbyła się rok wcześniej, na zamkniętym recitalu w pałacu księcia Franciszka Józefa Maksymiliana Lobkovitza (innego z mecenasów Beethovena). Utwór, składający się, jak na porządny koncert fortepianowy przystało z trzech części zaczyna się właściwie bardziej jak symfonia, niż dzieło na fortepian i orkiestrę. W allegro moderato przebija się do słuchacza bardziej pogłos maszerujących wojsk napoleońskich, niż blichtr popołudniowych wiedeńskich spotkań i wieczornych rautów. Nawet wejście fortepianu, teoretycznie podporządkowujące całość pianiście jakoś tak nieprzekonująco działa na mnie. Mam wrażenie, że Beethoven trochę pisał na wyrost. Coś, jak w starym kawale o budowniczych autostrad (że niby, zaczynają z dwóch różnych końców, i jak się spotkają, to będzie droga szybkiego ruchu, a jak się miną, to będzie autostrada). Wielki Ludwig też podszedł to tego podobnie. Albo zbyt mocno bujały mu w głowie nuty Piątej Symfonii (i sam nie wiedział, co dalej z zaczętym koncertem), albo naprawdę walkirie, wypuszczone na wolność przez Napoleona podporządkowały sobie wszystko i wszystkich, włączając w to również kompozytorów. Mogła mu wyjść symfonia (piąta bis, lub coś w tym stylu) albo koncert. Wyszedł koncert i … przy nim pozostańmy.

Mimo tego, a może właśnie dlatego, co napisałem wyżej jest to idealna muzyka na popołudnie. Popołudnie, w którym mamy więcej czasu na wgłębienie się w dźwięki niosące melodie zgrabne, a zarazem na tyle surowe, aby rozkoszować się niuansami poszczególnych fraz. Znakomicie do tego nadaje się andante con moto . Letnie w całej rozciągłości. Obrazowane wyrazistymi i głośnymi wejściami orkiestry perfekcyjnie współgra z delikatną grą fortepianu. Warto tego koncertu posłuchać właśnie ze względu na owe 4 minutki środkowej części.

Najbardziej charakterystyczną – dla epoki w której powstawał koncert – częścią jest finałowe Rondo Vivace. Zbudowane na zasadzie przenikania się marszowych, wojskowych  motywów z pałacowymi umizgami arystokracji pięknie podsumowuje całe dzieło i sprawia, że po wysłuchaniu wiemy już, czyjego dzieła słuchaliśmy.

Na popołudnie – kto nie ma – może sięgnąć po wersję Krystiana Zimermana, zagraną z Wiedeńskimi Filharmonikami pod Bernsteinem w 1989 roku. Jest niezwykle kontrastowa i wyrazista, więc słucha się jej z wielką przyjemnością. A do działu recenzje trafi wkrótce inne płyta. Ale o tym następnym razem. Miłego popołudnia.

Read Full Post »

Older Posts »