Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Luter’

„Muzyka jest dla Bacha służbą bożą. Jego twórczość i osobowość oparte są na pobożności. I jeśli w ogóle można go zrozumieć, to jedynie z tego punktu widzenia. Sztuka była dlań religią. Dlatego właśnie nie miała nic wspólnego ze światem i sukcesami w świecie. Była celem samym w sobie…”

Tak o muzyce Jana Sebastiana Bacha napisał Albert Schweitzer. A lipski kantor był człowiekiem z dużą wiedzą teologiczną. Bach przez całe życie czytał i studiował Biblię (a także pisma teologiczne, zwłaszcza Lutra). Często na kartach swoich utworów umieszczał litery: S D G („Soli Deo Gloria” – „Bogu Jedynemu Chwała”) czy J J („Jesu juva” – „Jezu wspomóż”). Nadto, funkcjonując

w rzeczywistości XVII – sto i XVIII – sto wiecznych Niemiec (umownie przyjmijmy, że to Niemcy, choć takowe – jakie znamy dziś – wówczas nie istniały) można powiedzieć, że pchał swój kompozytorski wózek przez wiele miast ówczesnej Europy. W każdym z miejsc, w którym bywał, wykorzystywał teksty napisane przez różnych artystów (poetów). W Weimarze był to Franck, w  Lipsku mimo korzystania początkowo z tekstów różnych autorów, Bach ostatecznie skłonił się ku słowu Picandra.
A być może sam go nawet zachęcił do pisania poezji do swojej muzyki. W każdym razie od momentu spotkania tych dwóch ludzi można zauważyć, zarówno zmianę w podejściu do poezji przez Picandra i zarazem wykorzystywania jego tekstów przez Jana Sebastiana Bacha.

Cóż, trzeba wiedzieć bowiem, że Christian Friedrich Henrici, znany pod pseudonimem Picander do 1724 był raczej na bakier z Kościołem. Słynął z pastiszy, pisał farsy czy inne teksty  równie niechętnie, czy negatywnie przedstawiające naukę Kościoła. Później coś się zmieniło, być może właśnie po spotkaniu z Bachem. Pierwszy tomik wierszy religijnych Picandra, pokazujący zupełnie inne oblicze lipskiego poety ukazał się na początku adwentu 1724 roku, a cztery lata później, już wyraźnie za sprawą inspiracji kantora św. Tomasza w przedmowie do kolejnego tomiku wierszy (będących w sumie drukowaną wersją bachowskich kantat) Henrici napisał tak:

„Bogu na chwałę, spełniając żądania dobrych przyjaciół i dla upowszechnienia modlitwy

zdecydowałem się napisać niniejsze kantaty. Zamysł ten podjąłem tym chętniej, ponieważ

mogę sobie pochlebić, że być może brak poetyckiego uroku zostanie zastąpiony przez wdzięk

muzyki niezrównanego pana kapelmistrza Bacha i te pieśni zabrzmią w głównych kościołach

pobożnego Lipska”.

Adwent Roku Pańskiego 2009 już się rozpoczął. Krzyże znikają ze szkół we Włoszech, tylko czekać, jak w naszym kraju zabraknie dla nich miejsca. Nie tylko w szkołach. Bóg w ramach wolności idzie w zapomnienie. Katole (znaczy my) prześladujemy resztę świata. Muzułmanów, innowierców, gnostyków i … można wstawić sobie w te kropki, kogo się żywnie podoba. Nie wiem, może skoro to taki problem, to proponuję, aby Boże Narodzenie obchodzili tylko katole. Reszta niech siedzi w centrach handlowych i wpier… pizzę, shoarmę albo inne mielone kurczaki. Tylko niech nie wyją nam kolęd na każdej okazji z różnych lokalnych radiowęzłów.

Rację miał inny poeta prawie 20 lat temu (swoją drogą, jak ten czas ucieka…):

And The Germans kill The Jews,

And The Jews kills the Arabs,

And The Arabs kills the hostages:

That is the news… Isn’t any wonder,

that the monkey confused?”

Święta prawda Panie Waters. Nic się nie zmieniło…

Reklamy

Read Full Post »

Wyjazd do kraju Sasów, od stuleci wtłoczonego w ramy niemieckiego porządku zaplanowany został znienacka, skromnym nakładem sił i środków, z niewielką pomocą paru znajomych. Czas był sprzyjający, choć ojro niestety drogie, pogoda taka sobie, ale co tam – nie można rozleniwiać się na fotelu surfując po sieci, tylko trza ruszyć się z miejsca w poszukiwaniu wrażeń.

Drezno. Ile z niego zostało po wizycie amerykańskiej 8 Armii – wszyscy wiedzą, więc nie ma sensu o tym pisać. Przyczyny tamtej wizyty były różne, skutek jeden – jaki, wiadomo. Ślad po wydarzeniach  nocy z 13 na 14 lutego 1945 roku pozostanie już na zawsze – budynki pięknej starówki drezdeńskiej są najczęściej rówieśnikami starówki warszawskiej, choć np. Frauenkirche odbudowano ostatecznie po kilkudziesięciu latach, gdy tzw. przestroga przed tym,czym jest wojna przegrała z wizją pięknego, staroświeckiego miasta rodem z obrazów Bernarda Bellotto, szerzej znanego jako Canaletto.

W dzisiejszym Dreźnie, za naszej bytności znowu ślad Ameryki stał  się wyraźny. A to za sprawą Obamy, przebywającego w mieście Sasów z kurtuazyjną wizytą (czują się winni – to może też powinien wizytować stocznie w Yokosuce lub w Kobe, z pochylni których swego czasu na wodę spłynęły kadłuby lotniskowców admirała Nagumo??). W każdym razie banerów tyczących się wizyty Obamy w Dreźnie było co niemiara, co w gruncie rzeczy nie powinno dziwić uważnego obserwatora niemieckich sympatii z ostatniej amerykańskiej kampanii prezydenckiej.

Jednak wizyta w Dreźnie, to przede wszystkim spotkanie z historią (również I Rzeczypospolitej) XVII i XVIII wiecznej Europy, dla której miasto rządzone przez Wettynów było pewnie jednym w ważniejszych centrów kulturalnych ówczesnego świata. Ameryka była wówczas jedynie krajem kolonialnym, podzielonym pomiędzy mocarstwa ze Starego Kontynentu i tyle. I … nie zajmujmy się już nią więcej.

Dresden, SemperoperaSemperopera, słynna z wielu względów, których tutaj nie wspomnę, to miejsce, robiące na wejście (bo automapa prowadzi auto właściwie na jej parking podziemny – taki już teraz jest świat!) niesamowite wrażenie. Idąc dalej – katedra Św. Trójcy i zamek Wettynów połączone galerią, którą chodzi się ponad głowami przechodniów. Wspomniane Frauenkirche (trochę landrynkowe w środku) czyli kościół Najświętszej Marii Panny, zbudowany w stylu barokowym, odbudowany już w XXI wieku z powojennych zniszczeń. No i oczywiście… Zwinger. ZwingerW pałacu wybudowanym dla Fryderyka Augusta I, zwanego w naszej historii Mocnym, spędzić można cały dzień, oglądając jedynie Muzeum Starych Obrazów. A przecież jest jeszcze Rüstkammer, czyli  Königliches Historisches Museum – założone w 1932 roku muzeum starej broni i militariów, pochodzących w znacznej mierze z dawnej zbrojowni książęcej, mieszczącej się w tymże pałacu za czasów saskich. A na zakończenie jeszcze spora kolekcja porcelany.

Chodząc po późnobarokowych galeriach saskiego zabytku z zazdrością patrzy się na przepych i bogactwo tegoż pałacu. I tylko można westchnąć, że nasz, warszawski Pałac Saski już nie dotrwał do naszych czasów. Jakiś chichot historii w tym jest – Sasi Augusta II Mocnego go budowali, a Niemcy Adolfa H. wysadzali.

Ale gdyby komuś nudziło się w Dreźnie – zawsze może podjechać do pobliskiego Lipska, gdzie Anne – Sophie Mutter z tamtejszą Gewandhausorchester zagra mu koncert skrzypcowy Mendelssohna e-moll op. 64.

Choć … bliżej samego Drezna leżą zdecydowanie piękniejsze i warte odwiedzenia miejsca. Ale o tym następnym razem.

Read Full Post »