Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Masaaki Suzuki’

Pewne kwestie zaczynają sprawiać wrażenie nierozłącznych. Myślisz „Bach” – dodajesz „kantaty”. Piszesz „kantaty Jana Sebastiana” – myślisz sobie „Bach Collegium Japan”. Ot, zwykłe ludzkie przywiązanie do chodzenia na skróty, stereotypów myślenia i takich tam banałów. Oczywista, łapię się na tym co jakiś czas, że do pewnych artystów podchodzę w sposób, by tak rzec, sztampowy. Wystarczy, że tylko w zajawkach pojawi się info o nowym albumie ulubionego wykonawcy, a już zacieram ręce. I co poradzisz? Nic nie poradzisz. Gdyby Carolyn Sampson zaśpiewała książkę telefoniczną, też pewnie walnąłbym czołobitnie… no dobra, ciut przesadziłem. Ale tak już mam, że niektórym artystom bardzo łatwo trafić do mojego odtwarzacza. Zaś Massaki Suzuki i jego Bach Collegium Japan to właśnie taki ansambl. Na wyrost to zaufanie? Nie, nie sądzę. Jeszcze nigdy się nie zawiodłem. A po szczegóły zapraszam do recenzji…

Grają zaś tak…

Reklamy

Read Full Post »

Czarodziejski flet, mozartowska opera z 1791 roku pełna jest symboli masońskich. Mozart wraz z librecistą, Emanuelem Schikanderem zasiada w loży, więc nic dziwnego, że wiedzieli co w trawie piszczy. Ponoć właśnie za to komando masońskie otruło kompozytora w kwiecie wieku – sam Wolfgang przecież żalił się Konstancji, że „ktoś podaje mu accua toffana”. Dość powiedzieć, że jeszcze tego samego roku co premiera wyjawionych sekretów wielki kompozytor skonał w dość niewyjaśnionych okolicznościach. Potem jeszcze kilka mitów i przekręconych faktów dołożyli potomni i tak jest jak jest…

W sumie to nieważne. Liczy się bowiem, że umierając Wolfgang zostawił nam taką kompozycję…

Jak grają i śpiewają wkrótce, ino wymyślę oprawę wizualną 🙂

Read Full Post »

… mówiły słowa piosenki i owo chodzenie, zaobserwowane w ostatni piątek na mojej wsi dało mi przyczynek do wspomnień z czasów studiów. Dawno dawno temu (hehe), na pierwszym bodajże roku studiów pracowałem na „cieciówie” (no, nie była to taka, jak na zlinkowanym zdjęciu, ale niemniej jakaś była). Miałem tamże – choć to eufemizm kolegę z pracy – Świadka Jehowy. I choć niby wyznanie to w sumie nie miałoby znaczenia, jednakowoż doceniałem, iż mógł on przyjść do pracy w święta, w które akurat  ja chciałem mieć wolne (ot, zaleta różnych schizm).  A dlaczego się mi ów znajomek przypomniał – o tym na koniec.

Wracając do mojej pracy i znajomego – czasami spotykaliśmy się na jednej zmianie i … po kilku godzinach milczenia w końcu jednak dochodziło do jakiejś konwersacji. Acz z niechęcią, co potwierdzam, bo rozmowa i tak ostatecznie zawsze schodziła na tematy religijne. No ale cóż robić – człowiek bez pracy to nie człowiek, a człowiek bez poglądów to donosiciel – trza było stanąć w Okopach Świętej Trójcy i swojego zdania bronić. I jak pamiętam: kiedyś zeszło nam na plagi i wojny. Na gadanie o tym, że czas się kończy, że to, że tamto i owamto. O późniejszych zdarzeniach plagowo – wojenno – tragicznych nie wspominając. Trafił jednak swój na swego, bowiem o ile zindoktrynowano mojego kolegę odpowiednio do dyskusji z takim zwykłym człekiem, znającym się na historii z filmów o Westeplatte, książek Sienkiewicza i obrazów Kossaka, o tyle na mnie było ciut za mało. Pamiętam, że jak wyłożyłem mu kiedyś, przy odrobinie czasu historię wojny trzydziestoletniej to jednakowoż trochę nim wstrząsnęło, że mimo takich znaków na niebie i ziemi, a zwłaszcza na człowieku – świat się jeszcze nie skończył. No – dalszego ciągu opowiadania nie będzie – życie potoczyło się dalej i nie mam pojęcia, czy moje wywody cokolwiek w jego przekonaniach zmieniły.

Wojnę zaś trzydziestoletnią, schizmy i temu podobne kwestie wspominam, bo w ostatni piątek Świadkowie Jehowy zawitali również na moją ulicę. Ale, chyba musiałem już wcześniej zrobić nieprzyjemną minę, może kiedyś niegrzecznie acz stanowczo się odezwałem – dość powiedzieć, że zahaczyli o sąsiadów i nawet nie spojrzawszy w moją stronę – uciekli z powrotem bez próby nawiązania kontaktu. Może więc ktoś im przekazał moje zdanie sprzed lat (nie sądzę, choć… kto wie, kto wie…), może rzeczywiście musiałem im kiedyś okazać chłód własnego oblicza (też nie uważam – ja w sumie miły człek jestem), a może… wystraszył ich Heinrich Schütz, dobiegający z głośników właśnie sprzątanego na wyjazd weekendowy samochodu. Kto wie…, kto wie…

Apropo Schütza – to ostatnie dni przyniosły moją ponowną atencję ku jego Muzyce Sakralnej. Do poczytania w związku z tym TU, a do posłuchania małej próbki – poniżej.

Read Full Post »

Józef Chełmoński: Babie lato

… mnie ogarnęło. Trochę płyt nowych mam, nawet niektóre opisałem, ale jakoś nie mogę się zebrać, by opublikować te teksty. Znaczy się – lenistwo. Zanim jednak oddam się mu całkowicie – za sprawą nadchodzącego urlopu – nadrobię kilka spraw i ów urlop zaanonsuję.

Zatem…w dziale RECENZJE znalazło się omówienie bachowskich koncertów skrzypcowych zagranych przez Bach Collegium Japan Masaakiego Suzuki. Miła, letnia, niezobowiązująca muzyka. Do poczytania TU.

Skoro słowo o urlopie się rzekło, to Węgry i Austria – wybieramy ten kierunek na najbliższe tygodnie. W Austrii – wiadomo – Wiedeń, więc na tę okoliczność pomozartujemy sobie fortepianowo wkrótce. A Węgry … to idealna okazja na rozpoczęcie mojej przygody z muzyką Józefa Haydna. Tym bardziej – że zamierzamy odwiedzić słynny węgierski Wersal, czyli Zamek Esterhazych w Fertöd. Ale… o obu tych miejscach przy najbliższej okazji.

 

Read Full Post »

Poczytałem sobie ostatnio zajmującą dyskusję na temat artystki o której głośno od jakiegoś czasu. Mariusz Herma zapodał link, który przekierował mnie na blog pszemcia, skąd dalej przerzuciło mnie do strony Marty Słomki, a stamtąd do artykułu Jarka Szubrychta w Przekroju. Uff… Rzecz szła o Lady GaGa, która prowadzi swoją karierę jak chce, robi, śpiewa i wygląda tak, że jedni się zachwycają, a inni niekoniecznie. Zaś właściwie jedni i drudzy szukają uzasadnienia (dorabiają ideologię?) dlaczego warto lub nie warto tego artysty posłuchać.

Jakoś mam wrażenie, że w toku uzasadniania, dlaczego warto / nie warto słuchać takiej muzyki zapomina się, że docelowym celem wszystkich celów każdego artysty jest pieniądz. Kasa. Dziś pokaźne konto w banku, kiedyś wypchana sakiewka. Tylko to się liczy. Zabiegali o to przed laty kompozytorzy muzyki klasycznej, zabiegają dziś artyści pokroju Lady GaGi.

A na pytanie, czy warto na takiego wykonawcę jak wspomniana Pani Germanotta zwrócić uwagę niech każdy odpowie sobie sam. Gdyby miał trudności, niech zada sobie pytanie dodatkowe. Co byłoby, gdyby Lady GaGa nie stwarzała tych wszystkich eventów. Nie kręciła takich video, nie mizdrzyła się do brukowców i nie ubierała, jak się ubiera. Gdyby siedziała w studio, nagrywała muzykę, ubierała się w rozciągnięte swetry, pantofelki albo inne trepy ze sklepiku No Logo.

Świat się zmienił. Jak mocno? Ano… zobaczcie sami.

W 1706 roku w Mühlhausen zmarł Johann Georg Ahle, syn niemieckiego kompozytora Johanna Rudolfa Ahle. Rajcy miejscy specjalnie nie grymasili – znaleźli następcę tak szybko, jak to możliwe (a było to możliwe, bo ów następca mocno potrzebował pieniędzy). 15 czerwca 1707 roku nominację otrzymał Jan Sebastian Bach. Posada organisty w kościele pod wezwaniem św. Błażeja przyniosła mu podwyżkę i znaczne profity. Jego wynagrodzenie wynosiło bowiem 85 guldenów, 3 miary zboża, 2 sążnie drewna i 6 kop chrustu – jedno i drugie pod drzwi zwiezione, a nadto 3 funty ryb rocznie. Podwyżka znaczna, bo Bach rzucił robotę Arnstadt (za 5 guldenów miesięcznie) i powędrował do Turyngii.

A tak serio – wcale nie zachęcam do słuchania Lady GaGi. Ten wpis, to zapowiedź recenzji płyty z muzyką wspomnianego wyżej Johanna Rudolfa Ahle. Którą znajdziecie jak zwykle TU.

Merian, Matthäus d. Ä. (1593-1650): Mühlhausen/Thüringen

Read Full Post »

Wszystko możliwe. Nie będzie to co prawda ostatni wpis, ale tyle muzyki ostatnio dostałem, że właściwie brakuje mi czasu na jej przesłuchanie (o gruntownym odsłuchu, czy opisaniu nie wspomnę nawet). Ale powoli, nutka za nutą, fraza za frazą przedzieram się przez ten gąszcz klasycznych dzieł.

Dziś – Rok z Chorałem Jana Sebastiana Bacha. Oczywiście w wykonaniu Suzukiego i jego chóru. Piękna rzecz – polecam. Recenzja TU.

Read Full Post »

… dosłownie i w przenośni. Zima przyszła, przynajmniej w naszej Wielkopolsce ładnie posypało. Jest biało, wreszcie znikła ta szarzyzna listopadowa i jakoś tak – mimo mrozu – raźniej człowiekowi ruszać rankiem do pracy. Pozamiatawszy wcześniej śniegowe czapy ze schodów, podjazdów, chodników i samochodów.

Dlaczego pozamiatane w przenośni? Ano, bo nieopatrznie pojechałem do Music-Island w ubiegłym tygodniu. Nieopatrznie, bo mając całą stertę nowych płyt do słuchania i cieszenia się muzyką, zachciało mi się jeszcze i jeszcze. No to teraz mam za swoje. Rzeczy niewiarygodnie pięknych dostałem tak na oko na pół roku pisania, a drugie tyle jeszcze tam na mnie czeka. A gdzie tu miejsce na albumy, które dostałem wcześniej? Oj, się porobiło.

No dobrze, dość narzekania, czas napisać o co chodzi…

Dziś będzie krótko o wydawnictwie, które każdemu melomanowi sprawić powinno wiele radości. Jako że gwiazdkowa gorączka właśnie przed nami, box, którego tyczy się niniejszy wpis z całą pewnością wzbudzi uśmiech na niejednej twarzy.

Bach Collegium Japan. O nich mowa. Zespół kierowany przez Suzukiego nagrywa już … okrągłe dwadzieścia lat (po namyśle, nie będę wspominał, czego słuchałem dwadzieścia lat temu – nie, że nie przystoi, aż tak źle nie było, ale nie pasuje do tego bloga raczej). Wracając – japoński dyrygent i jego ansambl nagrali przez ten okres tak ogromną ilość muzyki kantora św. Tomasza oraz jego poprzedników i następców, że poznanie wszystkiego wnikliwemu słuchaczowi zająć może drugie tyle lat. No, może krócej, ale pod warunkiem, że na żadne inne płyty tudzież koncerty wykonawców czasu się tracić nie będzie. Kantat – całe mnóstwo. Msze, koncerty, dzieła organowe (w końcu Suzuki to organista), a to tylko sam Johann Sebastian Bach. A gdzie reszta?

Na okrągłą rocznicę BIS przygotował box zawierający 15 różnych płyt nagranych przez BCJ. Czegoż tu nie ma? Jest Buxtehude i jego Membra Jesu Nostri, są Nieszpory Monteverdiego. Schütza Siedem Ostatnich Słów Chrystusa na Krzyżu i kolejne wykonanie – inne niż opisane wcześniej – Mesjasza Jerzego Fryderyka Händla. Oprócz tego – zadziwiający zbiór z rodzaju the best of, czyli A Choral Year With Bach: fragmenty kantat Jana Sebastiana, zestawione wg dat roku liturgicznego i … nieziemskiej melodyki (aktualny mój hit na pierwsze dni Adwentu). Wymieniam, wymieniam i nawet nie jestem w połowie.

Jak już jesteśmy przy rodzinie Bacha, to w boxie jest również płytka z kantami świeckimi (m.in. z Coffee Cantatą) kantora św. Tomasza, są koncerty skrzypcowe seniora i koncerty wiolonczelowe syna – Carla Philippa Emmanuela Bacha. Oczywiście taki zbiór nie mógłby się obyć bez bachowskiego Magnificat, a tenże utwór znajdziemy na płycie w zaszczytnym towarzystwie podobnych dzieł Zelenki i … zachwycającego Johanna Kuhnau. Generalnie więc barok rządzi, a skoro tak, to nasz znajomy Dan Laurin wraz z BCJ znakomicie prezentuje się w koncertach na flet Antionio Vivaldiego. Całość pięknie uzupełnia całkowicie dla mnie dotąd nieznany Johann Rudolf Ahle i jego Selected Vocal Music. Ufff…

Pozwolę sobie w niedalekiej przyszłości powyjmować z pudełka poszczególne części, bo można je sobie sprawić również pojedynczo. I napiszę parę słów. Póki co jest – polecam – ten box to znakomite wydawnictwo, warte uwagi każdego, kto lubi muzykę klasyczną. A zwłaszcza muzykę czasów baroku.

Read Full Post »

Older Posts »