Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘motets’

Zachodzące słońce, letni wietrzyk muskajacy twarz i ten prześliczny motet w słuchawkach… Zapętliłem sobie tę muzykę dziś wieczorem podczas przejażdżki, aż żal było wracać…

Reklamy

Read Full Post »

Marc-Antoine Charpentier

… czyli wreszcie rzecz o francuskim baroku w dziale recenzje. Trochę mi zeszło, ale wreszcie jest. Pod TYM linkiem.

A czytanie niech nam umila przywołany do tablicy Charpentier. W swoim najbardziej znanym utworze Te Deum w wykonaniu Williama Christie i jego Les Arts Florissants.

Read Full Post »

Lato. Kto może, wyjeżdża na urlop. Kto nie może, pracuje. Niektórzy – biorą urlopy i … wyjeżdżają do pracy. W Polskę, jak niżej podpisany.

Kierunek łódzko – radomszczański mam już opanowany. Blisko Częstochowa, a za nią zaczyna się ulubiony przeze mnie szlak Orlich Gniazd. O nich jednak już było w Klasycznej Niedzieli, toteż dziś kilka słów o innych urokliwych miejscach naszego kraju. Na początek Łódź. Miejsc niesamowitych w niej co niemiara, aż szkoda, że człowiek popołudniami dysponuje tak niewielką ilością czasu. I że słońce nie zawsze dopisuje, więc trzeba sobie radzić.

W Łodzi, zamiast wizyt w przereklamowanych i zatłoczonych centrach handlowych (w których nawiasem mówiąc znajdziecie to samo, co w innych miastach) warto zaliczyć Nowy Cmentarz Żydowski. Dreszcze na karku i jakieś takie tchnienie historii – to wszystko napotkacie przechodząc przez bramę cmentarza. A potem pomniki, jak domu, i zwykłe macewy, z zatartymi napisami. Niezwykle.

Wspomnieniem dawnej świetności miasta będą też budynki, jakich próżno szukać w innych miastach. Choćby takie, jak odnowiona z przeznaczeniem na lofty dawna przędzalnia u Scheiblera. Stara dzielnica łódzka – Księży Młyn, oczywiście zabudowa ceglana, jakiej dziś próżno szukać w innych miastach. Nie zobaczyłem wnętrz, ale z zewnątrz zapewnia, że „u Scheiblera” robi wrażenie.

Tyle na dziś. A muzycznie… cóż, niech wspomoże nas na niedzielny poranek jeden z motetów Jerzego Filipa Telemanna z albumu Telemann Motetten wydanego przez Raumklang. Recenzja w dziale wiadomym, a dla nas niech zagra Magdeburger Barockorchester i zaśpiewa Magdeburger Kammerchor. Moje ulubione Halt, was du hast brzmi tak…

A o innych kierunkach popołudniowych wypraw po pracy – już wkrótce…

Read Full Post »

Obejrzawszy ostatnio remake znanego filmu z lat pięćdziesiątych doszedłem do wniosku, że nie powinienem się dziwić wykorzystaniu Jana Sebastiana Bacha jako argumentu za oszczędzeniem rodzaju ludzkiego. „Dzień, w którym zatrzymała się Ziemia”, bo o nim mowa, zawiera sekwencję, w której Keanu Reeves jako Klaatu zastyga w zadumie słysząc kompozycję właśnie lipskiego kantora. Niewątpliwie muzyka oraz matematyka, to dwa języki, które będą mogły „przełamać lody” w sytuacji, gdy wreszcie natkniemy się na inne cywilizacje. Albo ona natkną się na nas.

Jan Sebastian Bach trafił na zbiór Voyager Golden Record – czyli złoty krążek zawierający m.in. muzykę stworzoną przez kompozytorów na Ziemi. Koncert brandenburski, Preludium i fuga nr 1 czy partita na skrzypce nr 3 to kompozycje, które mają przemówić w naszym imieniu do obcych, gdzieś tam daleko być może mierzących się z własnym losem. Może będą dobrymi ambasadorami, a może nie, dziś trudno cokolwiek na ten temat powiedzieć.

Za to zdecydowanie warto zająć się albumem angielskiego zespołu Trinity Baroque o którym szerzej w dziale Recenzje. Warto się zająć, bo każdy bowiem z utworów zamieszczonych na recenzowanym albumie jest takim właśnie skamieniałym momentem. Takim zatrzymaniem w czasie, jakie Klaatu zaliczył w domu ziemskiego profesora. Zachęcam do sięgnięcia zarówno do recenzji, jak i do samej muzyki. Brytyjczycy śpiewają znakomicie, materiał wybrany na album jest niezwykły (choćby słynne Komm Jesu, komm) a na dodatek całości świetnie dopełnia miejsce, w którym rejestrowana była muzyka. Zresztą, najlepiej opisał to Julian Podger, więc oddajmy mu głos:

„To było niezwykle ekscytujące nagrać muzykę w sercu Saksonii, na obszarze Niemiec, w którym Bach mieszkał i pracował przez całe życie. Nagraliśmy ją w nocy w atmosferze Wenzelskirche, w pięknie odrestaurowanym zabytkowym mieście Naumburg, przy wspaniałym brzmieniu, niedawno odnowionych organów Hildebrandta, na których – jak  wiadomo – grał sam Jan Sebastian Bach. W trakcie trwania projektu byliśmy w pobliżu średniowiecznego zamku Goseck, pracując nad jednym motetem do późna każdego dnia, a następnie nagrywając  go w kościele tej samej nocy. To doświadczenie było magiczne. „

Polecam. Recenzja tu.

Read Full Post »

Exegi monumentum, Horacego, którą w szkole średniej przerabiają uczniowie wydaje się czytającej ją młodzieży niesłychanie bezsensownym utworem. Nie dość, że pisana wierszem, (a te interesują tylko dziwaków), nie dość po łacinie (a to język dziwaków), to jeszcze sam utwór pochodzi z czasów, w których nawet papieru nie było, o komputerach, komórkach i Internecie wspominając. Traktuje się dzieło Horacego po macoszemu również z innego powodu. Jaki bowiem czytelnik, mając kilkanaście lat wyobraża sobie upływ czasu? Dla nastolatka osoby trzydziestoletnie są po prostu stare, a czterdzieści lat to już w ogóle jakieś science – fiction jest. Owszem, może i kiedyś samemu się ten wiek osiągnie, ale to tak odległy czas, że nie ma sensu o nim nie tylko mówić, nie tylko pisać, ale również myśleć. Sam byłem nastolatkiem kiedyś, i wiem, jak myślałem. Przypomnijmy zatem sobie, jak brzmi dzieło Horacego brzmi. Tłumaczył – Lucjan Rydel.

Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu.

Od królewskich piramid sięgający wyżej;

Ani go deszcz trawiący, ani Akwilony

Nie pożyją bezsilne, ni lat niezliczony

Na wyżyny się wzbiłem i żem przeniósł pierwszy

Do narodu Italów rytm eolskich wierszy.

Melpomeno, weź chlubę, co z zasługi rośnie,

I delfickim wawrzynem wieńcz mi skroń radośnie.

Ano, tak jest. Stawiłem sobie pomnik trwalszy niż ze spiżu… mówi do nas Rzymianin, którego kości nie są już nawet pyłem, a my zdajemy sobie po jakimś czasie sprawę, że ów upływający czas widać we wszystkim. I chyba uświadamiać tego nikomu nie trzeba. Widzimy go w lustrze, a i owszem. W świecie dookoła? Jasne. Dzieci dorastają. Oczywiście. Dni, tygodnie, lata przemijają i ani się człowiek obejrzy, jak przyklepią go w którymś momencie six feet underground. Ano, prawda. Ale zostawmy te ponure myśli.

Wstęp o czasie jest jednak nieprzypadkowy. Jeszcze niedawno przeżywaliśmy Radość Bożego Narodzenia, a już minął karnawał i przed nami Wielki Post. I tak ciągle i ciągle naprzód. Aż do wieczności. Wielki Post, jakkolwiek by go nie przeżywać, nieodparcie kojarzy mi się z muzyką Gregorio Allegriego. Usłyszałem ją kiedyś właśnie w Wielki Piątek i od tego czasu uważam, iż jest to jedno z najpiękniejszych dzieł muzyki, jakie człowiek kiedykolwiek skomponował. To jest ten jego Pomnik Trwalszy Niż Ze Spiżu. Ponadczasowy, piękny, zdumiewająco zachwycający – niby tylko 10 minut śpiewu, a … proszę posłuchać – brzmi, jakby sami Aniołowie śpiewali. I dzięki tym nutom pamięć o jednym z wielu kapelmistrzów Kaplicy Sykstyńskiej nie zaginęła, a słowo „Allegri” jest jednym z częściej wpisywanych haseł w wyszukiwarkach.

W Klasycznej Niedzieli można znaleźć recenzję płyty The Tallis Scholars z koncertu w bazylice Santa Maria Maggiore  w Rzymie. To jedno z moich ukochanych wydawnictw z muzyką klasyczną (ba, w ogóle z muzyką, jakie słucham w domu!). Miserere z tego koncertu było już prezentowane w jednym wpisów. Więc dziś dla odmiany wersja, którą usłyszałem przed laty. Chór chłopięco – męski Kings College Chapel zaśpiewał to kiedyś tak… Jakby ktoś był zainteresowany jeszcze inną wersją – proponują zajrzeć do działu recenzje.

Nadchodzący Post, wydarzenia, które mają przygotować nas do Wielkiego Tygodnia to czas, w którym szesnastowieczna muzyka sakralna brzmi wyjątkowo pięknie i prawdziwie. Pamiętając, że pulvis es et in pulverem reverteris myślmy o przyszłości aby kiedyś każdy z nas mógł powiedzieć non omnis moriar…

Read Full Post »

Seriale. Złodzieje czasu. Nie trzeba mieć telewizji, żeby je oglądać, a jak już człowiek usiądzie przed szklanym ekranem – są momenty, że zapomina o Bożym świecie. Ekscytuje się, oczekuje następnego odcinka, a przecież to tylko rozrywka, ot, chwila odprężenia, nie ma się czym podniecać. A jednak – tracimy czas na gapienie się na losy bohaterów wymyślonych gdzieś tam w odległych hotelowych pokojach scenarzystów.  I niezależnie jak bardzo wyszukanej ideologii użylibyśmy, aby uzasadnić ‘wyjątkowość’ takiego pożeracza wolnego czasu, to przecież prawda jest oczywista: seriale to zabawa, a nie wysoka kultura, cichaczem podprowadzająca nam cenne sekundy, które można by poświęcić na bardziej ambitne obcowanie ze sztuką. Na przykład z taką, jakiej z założenia miał być poświęcony niniejszy wpis.

(1540-1623)

William Byrd (1540-1623)

Przyczynek do tego wpisu dołożyła serialowa Dynastia Tudorów. Nie zamierzam jednak reklamować tego filmu, niezależnie od tego, czy podoba mi się, czy też nie. Ale jednej rzeczy odmówić mu nie mogę. Dzięki niemu szerszemu społeczeństwu pokazana została angielska muzyka z przełomu XVI i XVII wieku. Thomas Tallis, William Byrd, by wspomnieć tylko te dwa nazwiska, to osoby związane z dworem Henryka VIII i jego następcami. Im też będzie poświęcony kolejny tekst w dziale recenzje, do którego czytania zapraszam tu. Angielscy kompozytorzy, angielski chór, anielskie głosy, niebiańskie harmonie. Dzisiejsza niedziela rozpoczyna się pod znakiem renesanasu…

Read Full Post »