Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘mp3’

Kamiński i Kurek Rewolucja się dokonała! I to w taki sposób, że nawet jej nie zauważyliśmy. Swego czasu w programie Sonda panowie Kamiński i Kurek omawiali techniczną rewelację, jaką wówczas jawiła się … płyta kompaktowa, dziś zwana skrótowo CD i traktowana jak anachronizm. Polewanie wodą, chodzenie po tychże płytach i takie tam rzeczy miały zapewnić absolutną ponadczasowość tego formatu (zobaczcie sami).  To była rewolucja, mająca zmieść z półek sklepowych czarne, winylowe krążki i kasety magnetofonowe. I … nie zmiotła. Kasety „załatwił” dopiero rozwój Internetu i związany z nim format mp3. Płyty CD – również dzięki Internetowi i właśnie owym empetrójkom – ledwie zipią. Jedyne, co ma się obecnie dobrze, to … spisane na straty na początku lat osiemdziesiątych winyle…

Cóż, zmieniło się od czasu pamiętnego programu panów K. sporo. Są już pokolenia, dla których muzyka to wyłącznie format zapisu w komputerze. A rozmowa o jakości sprowadza się do dyskusji o rozszerzeniu danego pliku i tyle. Są pokolenia, które informacje znajdują wyłącznie za pomocą wyszukiwarek internetowych lub wiedzę opierają na wikipedii. Zresztą nawet osoby wychowane w czasach przedinternetowych coraz częściej sięgają do zasobów Sieci, poszukując informacji o interesującym temacie. Jest niby prościej, ale … mam wrażenie, że jakaś magia zniknęła. Bo co to za odkrywanie muzyki, jak wystarczy wklepać youtube w pole wyszukiwarki, i zaraz pojawia się nagranie artysty, a przy nim cała lista mniej lub bardziej zbliżonych odnośników. Otagowane zostało całe nasze życie i bez tychże kategorii nikt już dziś nie jest w stanie wyobrazić sobie funkcjonowania informacji w każdej właściwie dziedzinie zainteresowań.

Ralph Vaughan WilliamsTemat tego wpisu sprowokowany został muzyką, która dość często towarzyszy naszym rodzinnym śniadaniom w niedzielnie poranki. Aby jednak nie przechodzić od razu do klasycznych smaczków, to przyznam, że muzyki Ralpha Vaughana Williamsa zakosztowałem wieki temu (czyli gdzieś tam w latach osiemdziesiątych) za sprawą artysty zupełnie nie związanego z nurtem klasyki. A przynajmniej przez słuchaczy muzyki klasycznej lekceważonego. Wszystko wówczas zaczęło się od radiowej prezentacji koncertu w Linzu, na którym utwór The Lark Ascending zagrał … Isao Tomita. Pamiętam, że oczarowany liryką tego nagrania, zmieniającymi się barwami zachodzących na siebie melodii, z których każda była piękniejsza od drugiej długo szukałem informacji, co to za dzieło i kto jest jego autorem. Długo – znaczy – kilka miesięcy, bo … Internetu wówczas nie było (ale prąd już był, jakby kto miał wątpliwości). Gazet … specjalistycznych też nie było, książki … owszem, można było dostać po znajomości, ale tylko niektóre (pozostawała biblioteka, ale tam też lepiej było znać bibliotekarkę), na koncerty z tej mojej wioski to już w ogóle było niezmiernie daleko, słowem: cud, że w ogóle dowiedziałem się, kto odpowiada za chwile autentycznego wzruszenia, jakie zafundował mi japoński kompozytor w audycji Jerzego Kordowicza.

Od ustalenia kto skomponował The Lark Ascending do posłuchania wersji „klasycznej” znowu minęło trochę czasu. Bo na początku lat dziewięćdziesiątych słuchanie klasyki nie było priorytetem. Królowała wówczas w moim magnetofonie, tudzież śmigała na talerzu gramofonowym zupełnie inna muzyka, a muzyka „poważna”, jak to się drzewiej mówiło, czekała na swoją okazję.

Tyle tytułem wprowadzenia, bo reszta znajdzie się wkrótce w recenzji.

Reklamy

Read Full Post »

Nie tak dawno na innych portalach wiedliśmy dyskusję na temat zesłania formatu CD do lamusa. Wszechwładna sieć zarzuciła już dawno więzy na większość melomanów i sporo osób z wygody, z lenistwa, dzięki dostępowi (np. rapidshare) przerzuciło się właściwie wyłącznie na „taką” muzykę. Ta więc rozbrzmiewa w domach z komputerowych (notebookowych) głośniczków lub słuchawek i … tyle.

Rozsądny człowiek powinien podejść do kwestii dziejących się właśnie zmian ze spokojem i wysnuć jedyny właściwy wniosek. Jaki? Ano, że źródło dźwięku nie jest istotne. Dlaczego taki wniosek? Bo prawdopodobnie odwrotu nie ma. A liczy się przecież jedynie muzyka. Sieć powoduje upowszechnienie muzyki, technika powoduje upowszechnienie muzyki, coraz to więcej domowych kompozytorów powoduje upowszechnienie muzyki … więc odwrotu nie ma. Właśnie – owo upowszechnienie muzyki, to możliwość dostępu właściwie do nieograniczonych zbiorów dźwiękowych świata. Do setek, tysięcy koncertów, recitali, festiwali, które zostały czy to nagrane, czy to puszczone w eter, a dziś zalegają na pokrytych kurzem półkach w archiwach wytwórni płytowych, stacji telewizyjnych lub radiowych. Każdego rodzaju muzyki! I wszystko byłoby ok., gdyby nie jedna jedyna kwestia. Bo niestety w promocji (rozpowszechnianiu) muzyki główną rolę odgrywać zaczął format mp3. I tu zaczynają się schody. Nie zamierzam wytaczać tu artylerii, że coraz bardziej rosnący w siłę format mp3 to zło wcielone dla naszych uszu. Swego czasu problem ten wyłożył dość jasno Bartek Chaciński w Przekroju, więc powtarzać po nim nie będę.  Poza tym, sam przecież z tego formatu korzystam od czasu do czasu. Ale – no właśnie – ALE… dlaczego próba przekazywania słuchaczom dziedzictwa musi odbywać się ze stratą na jakości samej muzyki?

Oczywiście, zmiany dokonujące się na rynku wymuszane są także przez potencjalnych klientów. Skoro słuchacz oczekuje, że muzykę da się ściągnąć z sieci w kilkanaście sekund, to znaczy, że jest rynek, a jak jest rynek, to trzeba go zapełnić. Ludzie chcą nowych dźwięków, nowej muzyki, nowych doznań, zagłuszając odsłuchiwanymi piosenkami zgiełk wielkiego miasta. Słuchają w tramwaju, w pociągu, na rowerze i na przerwie w szkole (hm, na Jeziorze Łabędzim w Teatrze Wielkim w Poznaniu, w trakcie przedstawienia niestety też widziałem taki obrazek), więc liczą się tylko dwie rzeczy: ilość minut muzyki i jej głośność. Z  takim podejście do muzyki idzie zazwyczaj prawie-że pogarda dla słuchających inaczej. I tak powstaje obóz nabijający się z ludzi, którzy przykładają dużą wagę do jakości dźwięku.

Z drugiej strony mamy coś na kształt Okopów Świętej Trójcy. Audiofile (jak ja nie znoszę tego określenia!), a w każdym razie osoby przywiązujące wagę do jakości muzyki, której słuchają, ba, zwracający uwagę na sposób produkcji płyt CD (zajmijmy się na razie nimi) to wymierająca grupa. Oni słyszą różnicę, wolą wydać pieniądze na jedną dobrze nagraną płytę, niż na 100 równie kiepsko zrealizowanych, choćby nie wiem, jak przebojowych nagrań. I …  mają w pogardzie obóz empetrójkarzy.

W minionym Wielkim Tygodniu jakoś tak zupełnie zrozumiale częściej w odtwarzaczu bądź na gramofonowym talerzu gościła muzyka, która nie znosi hałasu. Taka, której brzmienie nie razi nadmiarem decybeli, a jeśli nawet orkiestra gra fortissimo, to dzieje się to niejako przy okazji i nie jest środkiem wyrazu samym w sobie.

Beethoven Sonatas

Beethoven Sonatas

Muzyki klasycznej fatalnie słucha się w słabej jakości formatach. Porównałem sobie ostatnio muzykę zawartą na płycie Arthura Rubinsteina – Beethoven Sonatas wydanej przez RCA jako SACD w serii Living Stereo z tymże samym dziełem skonwertowanym do formatu mp3 320 kbps. I co? Oczywiście bardzo niekorzystnie wypada format internetowy.  Metaliczny dźwięk, podbita sztucznie dynamika wręcz niszczy subtelność, z jaką Arthur Rubinstein tworzył oryginalnie nastrój sonaty Księżycowej. Na dobrym sprzęcie stereo słuchać różnicę i to w zatrważający sposób. Niestety. Trochę to tak, jak obraz i dźwięk z youtube porównać z obrazem z DVD…

Nie to mnie jednak martwi. Bardziej niż fakt, że ludzie będą zgrywać płyty CD / SACD  do formatu mp3 przeszkadza mi świadomość, że spora ilość muzyki, o której pisałem wyżej, tych koncertów czy recitali z archiwów wytwórni płytowych będzie za chwilę udostępniana w … tym paskudnym formacie. Dlaczego tak uważam? Sprawdźcie na stronie Deutsche Grammophon

Read Full Post »