Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Paul van Nevel’

Rzecz będzie o wydarzeniach, które zaistnieją już wkrótce. Albo dopiero w przyszłym roku. A, mówiąc szczerze niestety mało prawdopodobne jest, aby udało mi się w nich uczestniczyć.

Najpierw zatem – już za chwileczkę, już za momencik – w Krakowie, 19 grudnia 2010 roku w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku w Sukiennicach – Oddziale Muzeum Narodowego w Krakowie, o godz. 18 zaprezentowane zostanie II część Weihnachtsoratorium Jana Sebastiana Bacha w wykonaniu Capella Cracoviensis pod dyrekcją Matteo Messoriego. Druga część, bo pierwsza została zaprezentowana kilkanaście dni temu (5 grudnia br.), a zespołem dyrygował Adrew Parrott. Szczegóły zresztą TU. Specyficzny ów  – fakt – podział oratorium na dwie części (dla przypomnienia – oratorium składa się z sześciu kantat, po dwie na każdy dzień Świąt poczynając od Wigilii) zaadaptowany został na potrzeby koncertów – pewnie się sprawdzi (a z całą pewnością będzie lepiej odebrany, niż gdyby wykonywano dzieło lipskiego kantora w całości).  Kto może – niech biegnie, bo bilety majątku nie kosztują.

Do kolejnego wydarzenia jest trochę więcej czasu. Można zatem zaplanować to i owo, bo jest po czemu. 29 marca 2011 roku w Filharmonii Narodowej w Warszawie wystąpią Huelgas Ensemble z Paulem van Nevelem jako prowadzącym. Wykonają repertuar związany z wielkopostną tradycją chrześcijańską – motety i lamentacje Jacoba Clementa, Jacobusa de Kerle i Roberta White’a. Bilety ciut droższe niż na Bacha z Krakowa, ale warto. Szczegóły TU.

Bliżej zaś odległościowo, dalej zaś terminowo to jeszcze jedno wydarzenie(a) związane z muzyką klasyczną, na które warto zarezerwować sobie czas i środki. W ramach koncertów tzw. Łódzkiej Wielkanocy Muzycznej wystąpią w Łodzi najpierw czeski ansambl Musica Florea (nie znam, nie wiem, nigdy nie słyszałem, ale nadrobię) z Pasją Janową. Data eventu – 18.04.2011 roku,  miejsce: Filharmonia Łódzka, godz. 19.00. A dzień później jedno z moich życzeń na przyszły rok – Sonaty Różańcowe Heinricha Ignaza Franza von Bibera w wykonaniu Sirkki-Liisy Kakkinen z zespołem. 19 kwietnia przyszłego roku, w tejże samej Filharmonii. O godzinie 19.00. Uff… Tyle koncertów i jak tu być na każdym? Kiedyś też trzeba pracować…

Ano, przyszły rok, a zwłaszcza kwiecień w Łodzi zapowiada się cudnie. Bo przecież nie można zapominać o Watersie (bilety sobie grzecznie czekają w szufladzie – co jednocześnie wyklucza bytność na koncercie Musica Florea). Choć … to zupełnie innego rodzaju event…

 

 

Reklamy

Read Full Post »

Dziś, gdy samoloty latają wszem i wobec (jak nie dymi wulkan na Islandii), gdy samochodem śmigamy z kraju do kraju, czasami nawet nie zauważając, kiedy przekroczyliśmy granicę kolejnego państwa, wydaje nam się, że świat się skurczył. Media mówią, że dopiero teraz żyjemy w globalnej wiosce, niejako sugerując, że kiedyś takie sytuacje nie miały miejsca.

Pewnie w odniesieniu do zwykłego Kowalskiego tak jest, ale i wieki temu podróżowanie, ba, praca była możliwa w różnych, czasami wrogich nawet sobie królestwach. Taki – nieznany szerszej publiczności Tiburtio Massaino (albo jak czasami podają – bardziej z włoskiego – Massaini) – augustiański zakonnik i kompozytor zarazem trochę pokierował orkiestrą w Santa Maria del Popolo w Rzymie (Państwo Kościelne), potem przeniósł się do Modeny (gwelfickie księstwo d’Erste), stamtąd wyemigrował do Innsbrucka, na służbę do Ferdynanda II. A że państwo Habsburga sięgało (a właściwie, to ograniczało się ściślej) do Czech i dzisiejszej Austrii, to Massaino poprzez Salzburg dotarł do Pragi, skąd po pewnym czasie (dokładniej po prawie 30 latach wędrówki) wrócił na tereny słonecznej Italii. Najpierw do Piacenzy, potem do Cremony, by ostatecznie osiąść i umrzeć w Piacenzie.

Nie inaczej było z Marbrianusem de Orto, przyjacielem i współpracownikiem wspominanego w Klasycznej Niedzieli Josquina des Pres. Ten flamandzki kompozytor z terenów dzisiejszej Belgii dotarł do Rzymu (gdzie był śpiewakiem w Kaplicy Sykstyńskiej), potem przez Nivelles dotarł do … Hiszpanii, gdzie na dworze Filipa Pięknego pozostał do czasu jego śmierci. Stamtąd poprzez Kastylię wrócił do Niderlandów, gdzie – w służbie Habsburgów – kierował  chórami w kościołach w Antwerpii i w Brukseli. Po śmierci pochowano go w Nivelles, w kościele św. Gertrudy, gdzie w spokoju spoczywał do czasów wizyty wojowników Adolfa Hitlera.

Orlando di Lasso w, kolejny kompozytor, którego przywołuję z powodów, o których poniżej – urodzony w Belgii, poprzez Francję dotarł do Włoch, gdzie po krótkim pobycie w Neapolu zawitał do Rzymu, otrzymując posadę organisty i kapelmistrza w orkiestrze przy kościele p.w. św Jana na Lateranie. Stamtąd wrócił na chwilę do rodzinnego Mons (ze względu na chorobę rodziców), by następnie uczyć muzyki w Antwerpii. Potem przyjął stanowisko kapeli na dworze Wittelsbachów w Monachium, gdzie pozostał aż do śmieci w 1594 roku.

Ostatni z kompozytorów przy poprzednikach jawi się postacią wręcz zaściankową. Robert White, Anglik, o którym niewiele wiadomo właściwie nie ruszał się z miejsca. Bo jak nazwać podróż z Londynu do Cambridge, tudzież do Westminsteru? Zmarł wyjątkowo młodo, w wieku 36 lat, w wyniku epidemii w Westminsterze, gdzie został też pochowany. Nie wysunął nosa poza Anglię, ale też pamiętajmy, że Anglicy w XVI wieku za bardzo po Europie nie podróżowali (dlatego pewnie teraz odkrywają – choć nie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli – Kraków).

Dlaczego o nich ten długi historyczny wstęp? Ano, bo to Ich muzyka wybrzmiewa na albumie Lamentations de la Renaissance, którego recenzję znajdziecie w stosownym dziale.

A gdyby ktoś chciał się dowiedzieć, co to za muzyka – w niniejszym linku podaję wspomnianego wyżej Orlando di Lasso i jego trzecią lamentację na Drugi Dzień. Co prawda w wykonaniu Herreweghego, ale też niezgorzej brzmiące.

Read Full Post »

Co zaś się tyczy nowej muzyki, to właśnie Harmonia Mundi słynie z takich niesamowitych  płyt. Spokojnie może w tej mierze konkurować z Gimellem, od lat dysponującym bezkonkurencyjnymi w tej kategorii The Tallis Scholars. Byłem zresztą do niedawna przekonany, że nie ma innego zespołu, który do Tallisów mógłby się choć na moment zbliżyć. Huelgas Ensemble to przekonanie wysłał do stu diabłów.

Zresztą – zachęcając do czytania tych kilku zdań o płycie Paula van Nevela i jego Ensemble posłuchajcie sami.

Najpierw jednak Tallisowie z Rzymu.

A zaraz po nich, z oddechem na plecach – Huelgas Ensemble.

Cd – w recenzji

Read Full Post »