Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘Pro Musica Camerata’

Przypadek sprawił, że kupiłem spiwkoobie wczoraj butelkę piwa z reanimowanego po latach browaru z Bojanowa. To już kolejne (po Bojan Wielkopolskim), jakie zachciało mi się próbować i owszem, tym razem jest nieźle. Co prawda piwo dalej, jak za najlepszych czasów komuny się nie pieni, ale nie bądźmy zbyt wymagający. Zresztą ja tu nie o piwie chciałbym deliberować, a o tym, co za sprawą wspomnianego zakupu do mnie dotarło.

Otóż – wstyd to przyznać – jakoś umknęła mi społecznościowa publikacja tycząca się akcji Husaria Przed Pałac. Dowiedziałem się o tym szczytnym pomyśle właśnie z butelki piwa. I jak już się zwiedziałem, to i samo poszło dalej jak z płatka. Piwko, muzyka Marcina Mielczewskiego i fragmenty Pamiętników Jana Chryzostoma Paska. Wszystko to ładnie się wzajemnie uzupełnia. Wiosna za oknem toć i piwko smakuje wybornie. Więcej o płycie w dziale recenzje.

A grają tak:

Read Full Post »

Orfeusz_i_Eurydyka_1Stojąc na płytach chodnika przy wejściu do Hadesu
Orfeusz kulił się w porywistym wietrze,
Który targał jego płaszczem, toczył kłęby mgły,
Miotał się w liściach drzew. Światła aut
Za każdym napływem mgły przygasały.

Zatrzymał się przed oszklonymi drzwiami, niepewny
Czy starczy mu sił w tej ostatniej próbie.

Pamiętał jej słowa: „Jesteś dobrym człowiekiem”.
Nie bardzo w to wierzył. Liryczni poeci
Mają zwykle, jak wiedział, zimne serca.
To niemal warunek. Doskonałość sztuki
Otrzymuje się w zamian za takie kalectwo.

Tylko jej miłość ogrzewała go, uczłowieczała.
Kiedy był z nią, inaczej też myślał o sobie.
Nie mógł jej zawieść teraz, kiedy umarła.

Pchnął drzwi. Szedł labiryntem korytarzy, wind.
Sine światło nie było światłem, ale ziemskim mrokiem.
Elektroniczne psy mijały go bez szelestu.
Zjeżdżał piętro po piętrze, sto, trzysta, w dół.
Marzł. Miał świadomość, że znalazł się w Nigdzie.
Pod tysiącami zastygłych stuleci,
Na prochowisku zetlałych pokoleń,
To królestwo zdawało się nie mieć dna ni kresu.

Otaczały go twarze tłoczących się cieni.
Niektóre rozpoznawał. Czuł rytm swojej krwi.
Czuł mocno swoje życie razem z jego winą
I bał się spotkać tych, którym wyrządził zło.
Ale oni stracili zdolność pamiętania.
Patrzyli jakby obok, na tamto obojętni.

Na swoją obronę miał lirę dziewięciostrunną.
Niósł w niej muzykę ziemi przeciw otchłani,
Zasypującej wszelkie dźwięki ciszą.
Muzyka nim władała. Był wtedy bezwolny.
Poddawał się dyktowanej pieśni, zasłuchany.
Jak jego lira, był tylko instrumentem.

Aż zaszedł do pałacu rządców tej krainy.
Persefona, w swoim ogrodzie uschniętych grusz i jabłoni,
Czarnym od nagich konarów i gruzłowatych gałązek,
A tron jej, żałobny ametyst, słuchała.

Śpiewał o jasności poranków, o rzekach w zieleni.
O dymiącej wodzie różanego brzasku.
O kolorach: cynobru, karminu,
sieny palonej, błękitu,
O rozkoszy pływania w morzu koło marmurowych skał.
O ucztowaniu na tarasie nad zgiełkiem rybackiego portu.
O smaku wina, soli, oliwy, gorczycy, migdałów.
O locie jaskółki, locie sokoła, dostojnym locie stada
pelikanów nad zatoką.
O zapachu naręczy bzu w letnim deszczu.
O tym, że swoje słowa układał przeciw śmierci
I żadnym swoim rymem nie sławił nicości.

Nie wiem, rzekła bogini, czy ją kochałeś,
Ale przybyłeś aż tu, żeby ją ocalić.
Będzie tobie wrócona. Jest jednak warunek.
Nie wolno ci z nią mówić. I w powrotnej drodze
Oglądać się, żeby sprawdzić, czy idzie za tobą.

I Hermes przyprowadził Eurydykę.
Twarz jej nie ta, zupełnie szara,
Powieki opuszczone, pod nimi cień rzęs.
Posuwała się sztywno, kierowana ręką
Jej przewodnika. Wymówić jej imię
Tak bardzo chciał, zbudzić ją z tego snu.
Ale wstrzymał się, wiedząc, że przyjął warunek.

Ruszyli. Najpierw on, a za nim, ale nie zaraz,
Stukanie jego sandałów i drobny tupot
Jej nóg spętanych suknią jak całunem.
Stroma ścieżka pod górę fosforyzowała
W ciemności, która była jak ściany tunelu.
Stawał i nasłuchiwał. Ale wtedy oni
Zatrzymywali się również, nikło echo.
Kiedy zaczynał iść, odzywał się ich dwutakt,
Raz, zdawało mu się, bliżej, to znów dalej.
Pod jego wiarą urosło zwątpienie
I oplatało go jak chłodny powój.
Nie umiejący płakać, płakał nad utratą
Ludzkich nadziei na z martwych powstanie,
Bo teraz był jak każdy śmiertelny,
Jego lira milczała i śnił bez obrony.
Wiedział, że musi wierzyć i nie umiał wierzyć.
I długo miała trwać niepewna jawa
Własnych kroków liczonych w odrętwieniu.

Dniało. Ukazały się załomy skał
Pod świetlistym okiem wyjścia z podziemi.
I stało się jak przeczuł. Kiedy odwrócił głowę,
Za nim na ścieżce nie było nikogo.

Słońce. I niebo, a na nim obłoki.
Teraz dopiero krzyczało w nim: Eurydyko!
Jak będę żyć bez ciebie, pocieszycielko!
Ale pachniały zioła, trwał nisko brzęk pszczół.
I zasnął, z policzkiem na rozgrzanej ziemi.

Czesław Miłosz. Orfeusz i Eurydyka.

Tak wiek XX wspomniał słynnych kochanków. A wiek XVII? Zajrzyjcie tu

Read Full Post »

Gdyby Czesi, będący wówczas de nomine władcami tej części Górnego Śląska wyciągnęli poń swoją ochoczą rękę, nic nie moglibyśmy zrobić. Ostatecznie Rozbark, skąd pochodził nasz kompozytor leżał w obrębie ziem należących w owym czasie do Królestwa Czech. Co to było jednak za królestwo – słusznie ktoś zauważy – skoro rządził nim Niemiec…, hm tu specjalnie bym się nie żołądkował, bo nami, za czasów życia prezentowanego w tej recenzji kompozytora też w sumie rządził Niemiec. Fakt, że Czechami Habsburg, a nami Saksończyk z rodu Wettynów, ale jednak. Gdyby zatem do Gorczyckiego przyznawali się Niemcy, albo Austriacy raczej, też specjalnie nie byłoby jak protestować. Poddany to poddany, coś prawie jak obywatel przecież.

Rzekło się zatem, że w chwili narodzin Grzegorza Gorczycy miejscowość w której żyli jego rodzice była częścią Czech. Trzeba dodać, że zarazem Rozbark leżał w granicach diecezji krakowskiej, a władza kościelna znaczyła wówczas znacznie więcej niż dziś. Sumując ową podległość religijną nie sposób nie zauważyć również pochodzenia. Gorczyca był raczej Polakiem, choć … co-poniektórzy mogliby się zżymać na jego „śląskie” pochodzenie. Przesądźmy zatem: nasz ci on i basta.

Kształcony w Pradze (hm…), potem w Wiedniu (ponownie, hm…) Grzegorz Gorczycki ostatecznie wylądował w Krakowie, gdzie otrzymał święcenia kapłańskie. Następnie wysłano go do Chełmna (tego słynnego zagrabionego przez Krzyżaków po zupełnie nieodpowiedzialnym postępowaniu Konrada Mazowieckiego), gdzie w tamtejsze akademii wykładał przez dwa lata ucząc tak uczniów jak i braci misjonarzy. Wrócił do Krakowa – najpewniej w 1694 roku – gdzie otrzymał funkcję wikariusza katedralnego (już wówczas nazywał się Gorczycki, a nie Gorczyca). Cztery lata po powrocie powołano go na stanowisko  Magister capellae musices Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis, dając do zrozumienia, iż muzyka, która go zaprzątała wtenczas ma stać się jego najważniejszym zadaniem. Funkcję tę kompozytor sprawował aż do śmierci. Zmarł Anno Domini 1734, w roku w którym na Wawelu pochowano Jana III Sobieskiego, a wygardłowany przez szlachtę elektor saksoński August III koronował się w dawnej stolicy Polski. Zaczęła się wojna o sukcesję polską, Rosjanie – jak to zwykle oni – musieli wszędzie wsadzić te swoje „trzy grosze”. Generalnie kraj był niespokojny, pogrążony w anarchii, ludzie patrzyli na siebie wilkiem i zastanawiali się, kto kogo jest tu partyzantem. Smutny czas. Więcej… w dziale recenzje.

A grają tak:

Read Full Post »

Przyznaję, że miałem przedwczoraj taki pomysł, z okazji rocznicy urodzin mistrza Vivaldiego napisać mały tekst mu poświęcony. Ale jakoś wybitnie mi się nie chciało. No to sobie słynny Antonio poczeka. Do następnego roku, w końcu co jak co, ale lista dzieł Rudego Księdza jest całkiem obszerna i zawsze będzie okazja napomknąć coś o Nim i o  Jego muzyce.

Tak więc Vivaldi poszedł w odstawkę, a wszystko dlatego, że niezwykle mocno ostatnimi tygodniami okupuje moje różne źródła dźwięku muzyka polska. Stricte ‚polska’. Napisana przez Polaka i wykonywana przez Polaków. Jedno z drugim (pisanie i wykonywanie) różni bez mała 350, prawie 400 lat, ale nie to akurat jest ważne. Ważne, że warto ową muzykę odkrywać, nawet jak czasami zabiera czas i człowiek zapomina, że np. ukazała się nowa płyta OSI. No ukazała się, nawet jest „hajna” jak mówi moja córuś, ale co z tego. Wszystko ma swoje miejsce i czas.

Brnę filozoficznie, a nie chciałem. Chciałem za to dać znać, że kolejny Mielczewski wisi w dziale recenzje…

Read Full Post »

Za bukowiną, przy skrzyżowaniu duktu z przesieką, stał wśród wysokich trawkrzyż pokutny...

Za bukowiną, przy skrzyżowaniu duktu z przesieką, stał wśród wysokich traw
krzyż pokutny…

… dobrze, że „koniec świata nie nadszedł w Roku Pańskim  1420, w lutym, w poniedziałek po św. Scholastyce”. Choć historia potoczyła się niekoniecznie tak, jakbyśmy sobie tego życzyli, to jednak dzięki temu można pochylić się – i to na dłużej nawet – nad dziełami potomków naszych renesansowych i barokowych tradycji, która, jak to skutecznie ostatnio się przekonuję – wcale niczego pozostawiła po sobie spuściznę.

Świat też – co było do przewidzenia – istniał dalej tak w piątek, 21 grudnia roku 2012, a więc w dzień następny po końcu świata biednych Majów, jak i nie zapadł się w sobie całe tygodnie po owej kluczowej niby dacie  i tak pewnie będzie trwać aż … do końca świata. Jakkolwiek byśmy go jednak nie szanowali tudzież nie przeklinali, jest jaki jest, będzie zapewne nie lepszym, a człowiek nie ma specjalnie wpływu na to, co wydarzy się w przyszłości. Toć zajmijmy się wobec tego przeszłością, zwłaszcza, że ma ona miły dla ucha w szczególności wymiar.

Więcej? W dziale recenzje…

Read Full Post »

Pałac w Kozłówce

Pałac w Kozłówce

Widoczny obok na zdjęciu Pałac w Kozłówce pojawia się w tym wpisie nieprzypadkowo. Nasza ubiegłoroczna wyprawa na wschód Polski (ten bliższy rzecz jasna wschód, bo ziemie dawnej I Rzeczypospolitej już to większym przedsięwzięciem się póki co wydają) skupiła się wokół Lublina i Zamościa. Lublin nas zaczarował, Zamość faktycznie ujął, ale prym i największe wrażenie zrobiła Kozłówka. Tamże zachwyciliśmy się pięknym pałacem, niezwykłym ogrodem i całą gamą malarskich imponderabiliów, które dane nam było we wnętrzach dawnego majątku Zamoyskich zobaczyć.

Skąd zatem owa konotacja? Ano, każdy, kto odwiedzi Kozłówkę nie może nie zobaczyć, alibo też nie usłyszeć historii Zofii z Czartoryskich Zamoyskiej. Ukochanej babce Konstanty Zamoyski, ordynat na Kozłówce poświęcił kaplicę (gdzie znajdziemy kopię nagrobka Zofii Zamoyskiej dłuta Bartoliniego z florenckiego kościoła Santa Croce) i zebrał sporą ilość obrazów przestawiających córkę Czartoryskich.

Nagrobek Zofii z Czartoryskich Zamoyskiej

Nagrobek Zofii z Czartoryskich Zamoyskiej

No dobrze, ale co to ma wspólnego z Klasyczną Niedzielą? Ha! Ma i to sporo, stąd też Zofia pojawia się w niniejszym wpisie nieprzypadkowo. Zwłaszcza jak się fakty połączy z mitami. Zatem – co wiemy? A że córką Izabeli z Flemingów była, to fakt bezsprzeczny, co do ojcostwa – Adam Kazimierz Czartoryski jej się nie wyparł, więc dalej nie drążmy. Faktem jest również, że wychowywała się w Puławach, gdzie jej towarzyszem zabaw był niejaki Franciszek Lessel. Syn czeskiego muzyka, grającego w dworskiej kapeli Czartoryskich (ojcu zresztą nasz bohater zawdzięcza początkowe wykształcenie muzyczne). Dalszej historii Zofii wspominać nie będziemy, za to szybciutko kilka faktów z życia wspomnianego wyżej, mało znanego muzyka. No i tu robi się nam coraz cieplej. Otóż, jak to … „wątpią” źródła – brak jest danych co do osoby matki Franciszka Lessla. Ponoć – pozwolimy tu sobie na plotkowanie – dlatego, iż matką była… właśnie Izabela Czartoryska. Zatem Franciszek i Zofia byli rodzeństwem. Co to ma wspólnego z muzyką? Ano – ma. Franz (bo tak się pisał wówczas nasz kompozytor i muzyk), dokształcił się w Wiedniu u samego Haydna (czy syna zwykłego muzyka orkiestry dworskiej byłoby na to stać?) po czym wrócił do kraju i wspomnianej Zofii, najpewniej siostrze zadedykował swój koncert fortepianowy C-dur op. 14…

I tak doszliśmy do recenzji, której powyższy, ciut przydługi wpis jest skromną zapowiedzią. Zapraszam…

A grają tak:

Read Full Post »

Feliks JaniewiczByć może był szlachcicem, choć pewności co do tej kwestii nie ma. Plotka niosła, że … był nieślubnym dzieckiem ostatniego króla Polski, Stanisława Augusta Poniatowskiego. Dlatego (oczywiście sporej biegłości w grze na skrzypcach nikt tu nie deprecjonuje) szybko dostał się do kapeli królewskiej w Warszawie, a potem uzyskał stypendium królewskie na pogłębianie wiedzy muzycznej i kompozytorskiej, w następstwie czego wyjechał z Rzeczpospolitej. Ponoć bywał w Wiedniu, gdzie pobierał nauki u samego Haydna, a spore umiejętności w grze zaowocowały znajomością z Mozartem, który – i to znowu wpadamy w tryb przypuszczający – zadedykował polskiemu skrzypkowi swoje Andante z II Koncertu skrzypcowego D-dur (KV 218). W Włoszech, gdzie wyjechał uzyskawszy kolejne stypendium od tajemniczego arystokraty poznał Pietro Nardiniego, Gaetano Pugnaniego i Viottiego – słynnych włoskich skrzypków wywodzących się ze szkoły Giuseppe Tartiniego.

Ostatecznie – bo w sumie o podróżach niewiele wiadomo na pewno – trafił do Wielkiej Brytanii. Koncertował w Anglii, w Szkocji i Irlandii, był podobno jednym z założycieli Londyńskiego Towarzystwa Filharmonicznego. W końcu osiadł w Liverpoolu, gdzie otworzył sklep z nutami i instrumentami i organizował różnego rodzaju festiwale i cykle koncertów. Przeniósł się później do Edynburga, gdzie ponoć kontynuował swoją działalność impresaryjno – organizacyjną, dając od czasu do czasu bardzo dobrze odbierane koncerty. Wykonywał muzykę Mozarta, Haydna oraz swoje dzieła, co spotkało się tam ponoć z bardzo pozytywnym oddźwiękiem. Zmarł w Edynburgu i tam też został pochowany.

Być może, gdyby został w Polsce, zginąłby w którejś z bitew, jakie przez nasze ziemie przewaliły się na przełomie XVIII i XIX wieku. Albo dokonałby swojego żywota pod Lipskiem, w bitwie narodów… kto wie. Być może mógł napisać więcej utworów. Ale co by to dało? Większość z nas nigdy nawet nie usłyszy tego, co Feliks Janiewicz ma nam do zaoferowania. Mozart? Haydn? Cóż tam oni… Janiewicz!!!!

Posłuchajcie zresztą (i rzućcie okiem do działu recenzje)…

Read Full Post »

Older Posts »