Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Rubinstein’

… 17 września 1939 roku. PAMIĘTAMY! NIGDY IM TEGO NIE WYBACZYMY! Ani nie zapomnimy…

W wrześniu 1939 roku ten kompozytor trafił na listę zakazanych. Nie wolno go było grać, odtwarzać, pomniki zwalano i niszczono. A Artysta, który jego koncert wykonuje wkrótce – gdyby miał pecha być w Polsce – zniknąłby, jak kilka milionów podobnych mu, choć bezimiennych bohaterów. Nie doszłoby do tego, gdyby nie ten zdradziecki cios w plecy ze strony państwa, które gardziło wszystkimi i wszystkim. W szczególności Polską i Polakami.

To posłuchajmy, jak rok przed tamtymi wydarzeniami, w 1938 roku, gdy świat umywał ręce od sprawy Austrii i Czechosłowacji (coś jak dziś na Ukrainie) grał Chopina Artur Rubinstein wraz z Londyńską Orkiestrą Symfoniczną prowadzoną przez Johna Barbirolliego. Całość nagrał słynny amerykański Victor na płytę 78 obrotów.

https://archive.org/embed/ChopinPianoConcertoNo.1

Reklamy

Read Full Post »

Nie tak dawno na innych portalach wiedliśmy dyskusję na temat zesłania formatu CD do lamusa. Wszechwładna sieć zarzuciła już dawno więzy na większość melomanów i sporo osób z wygody, z lenistwa, dzięki dostępowi (np. rapidshare) przerzuciło się właściwie wyłącznie na „taką” muzykę. Ta więc rozbrzmiewa w domach z komputerowych (notebookowych) głośniczków lub słuchawek i … tyle.

Rozsądny człowiek powinien podejść do kwestii dziejących się właśnie zmian ze spokojem i wysnuć jedyny właściwy wniosek. Jaki? Ano, że źródło dźwięku nie jest istotne. Dlaczego taki wniosek? Bo prawdopodobnie odwrotu nie ma. A liczy się przecież jedynie muzyka. Sieć powoduje upowszechnienie muzyki, technika powoduje upowszechnienie muzyki, coraz to więcej domowych kompozytorów powoduje upowszechnienie muzyki … więc odwrotu nie ma. Właśnie – owo upowszechnienie muzyki, to możliwość dostępu właściwie do nieograniczonych zbiorów dźwiękowych świata. Do setek, tysięcy koncertów, recitali, festiwali, które zostały czy to nagrane, czy to puszczone w eter, a dziś zalegają na pokrytych kurzem półkach w archiwach wytwórni płytowych, stacji telewizyjnych lub radiowych. Każdego rodzaju muzyki! I wszystko byłoby ok., gdyby nie jedna jedyna kwestia. Bo niestety w promocji (rozpowszechnianiu) muzyki główną rolę odgrywać zaczął format mp3. I tu zaczynają się schody. Nie zamierzam wytaczać tu artylerii, że coraz bardziej rosnący w siłę format mp3 to zło wcielone dla naszych uszu. Swego czasu problem ten wyłożył dość jasno Bartek Chaciński w Przekroju, więc powtarzać po nim nie będę.  Poza tym, sam przecież z tego formatu korzystam od czasu do czasu. Ale – no właśnie – ALE… dlaczego próba przekazywania słuchaczom dziedzictwa musi odbywać się ze stratą na jakości samej muzyki?

Oczywiście, zmiany dokonujące się na rynku wymuszane są także przez potencjalnych klientów. Skoro słuchacz oczekuje, że muzykę da się ściągnąć z sieci w kilkanaście sekund, to znaczy, że jest rynek, a jak jest rynek, to trzeba go zapełnić. Ludzie chcą nowych dźwięków, nowej muzyki, nowych doznań, zagłuszając odsłuchiwanymi piosenkami zgiełk wielkiego miasta. Słuchają w tramwaju, w pociągu, na rowerze i na przerwie w szkole (hm, na Jeziorze Łabędzim w Teatrze Wielkim w Poznaniu, w trakcie przedstawienia niestety też widziałem taki obrazek), więc liczą się tylko dwie rzeczy: ilość minut muzyki i jej głośność. Z  takim podejście do muzyki idzie zazwyczaj prawie-że pogarda dla słuchających inaczej. I tak powstaje obóz nabijający się z ludzi, którzy przykładają dużą wagę do jakości dźwięku.

Z drugiej strony mamy coś na kształt Okopów Świętej Trójcy. Audiofile (jak ja nie znoszę tego określenia!), a w każdym razie osoby przywiązujące wagę do jakości muzyki, której słuchają, ba, zwracający uwagę na sposób produkcji płyt CD (zajmijmy się na razie nimi) to wymierająca grupa. Oni słyszą różnicę, wolą wydać pieniądze na jedną dobrze nagraną płytę, niż na 100 równie kiepsko zrealizowanych, choćby nie wiem, jak przebojowych nagrań. I …  mają w pogardzie obóz empetrójkarzy.

W minionym Wielkim Tygodniu jakoś tak zupełnie zrozumiale częściej w odtwarzaczu bądź na gramofonowym talerzu gościła muzyka, która nie znosi hałasu. Taka, której brzmienie nie razi nadmiarem decybeli, a jeśli nawet orkiestra gra fortissimo, to dzieje się to niejako przy okazji i nie jest środkiem wyrazu samym w sobie.

Beethoven Sonatas

Beethoven Sonatas

Muzyki klasycznej fatalnie słucha się w słabej jakości formatach. Porównałem sobie ostatnio muzykę zawartą na płycie Arthura Rubinsteina – Beethoven Sonatas wydanej przez RCA jako SACD w serii Living Stereo z tymże samym dziełem skonwertowanym do formatu mp3 320 kbps. I co? Oczywiście bardzo niekorzystnie wypada format internetowy.  Metaliczny dźwięk, podbita sztucznie dynamika wręcz niszczy subtelność, z jaką Arthur Rubinstein tworzył oryginalnie nastrój sonaty Księżycowej. Na dobrym sprzęcie stereo słuchać różnicę i to w zatrważający sposób. Niestety. Trochę to tak, jak obraz i dźwięk z youtube porównać z obrazem z DVD…

Nie to mnie jednak martwi. Bardziej niż fakt, że ludzie będą zgrywać płyty CD / SACD  do formatu mp3 przeszkadza mi świadomość, że spora ilość muzyki, o której pisałem wyżej, tych koncertów czy recitali z archiwów wytwórni płytowych będzie za chwilę udostępniana w … tym paskudnym formacie. Dlaczego tak uważam? Sprawdźcie na stronie Deutsche Grammophon

Read Full Post »