Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘składanki’

Omijać z daleka!

Omijać z daleka!

Wpadło mi w ręce coś takiego. Rzecz – mimo obecności kilku artystów, których lubię i cenię – nie dla fana muzyki klasycznej. Pomieszanie stylów, środków i samych kompozycji jest na tych płytach tak wielkie, że momentami trudno zrozumieć, co powodowało (poza pieniędzmi), że taka a nie inna zbieranina (bo inaczej tego nazwać nie można) utworów się na tym albumie znalazła.

Hm, z jednej strony posłuchać możemy niesamowitej Nicoli Benedetti, która pewnie niedługo znajdzie się wśród sław wymienianych na jednym oddechu (zresztą warto sięgnąć do jej interpretacji, bardzo przyjemnie brzmiące – Thais) , jest Pavarotti, jest Anna Netrebko i Roberto Villazon … wszyscy jak zwykle trzymający poziom i formę.

Z drugiej – Katherine Jenkins, walijska śpiewaczka, budująca swoją karierę chyba bardziej w oparciu o eventy, niż o perfekcję muzyczną. Mam do niej cały czas mieszane uczucia (na tej płycie też niby dobrze zaśpiewała Pie Jesu) i ta składanka wcale jej nie pomoże ich zmienić. Jest tu Andre Rieu, do którego też jakoś nie mogę się przekonać, a i znajdujące się na albumie jego wykonanie Walca nr 2 Dmitrija Szostakowicza  też mi tego nie ułatwia.

Z trzeciej strony, jest kilku artystów, których karierę będzie się obserwować przez lata (bo np. zaczynają właśnie, i to zaczynają całkiem przyzwoicie). Jak choćby świetnie grająca Sophie Cashell, której wykonanie chopinowskiego nokturnu cis-moll wywołuje gęsią skórkę.

No i po czwarte – na The Classical Album 2009 znajduje się niestety sporo artystów i jeszcze więcej utworów, które z klasyką niewiele mają wspólnego. Coś jak wyrób czekoladopodobny. Niby wygląda i pachnie, ale pod spodem nic mu nie działa.

Zatem generalnie – za sprawą wspomnianego na wstępie misz-maszu – płyty słucha się źle. Może i nadaje się ona dla osób, które z muzyką klasyczną mają niewiele wspólnego, a taki „prezent” mogą otrzymać na Boże Narodzenie (w sumie lepiej, niż kolejny zestaw skarpetek lub perfum). Pewnie komuś wyszło z badań rynkowych lub socjologicznych, że takie płyty są potrzebne. Nic bardziej błędnego. Takie albumu szkodzą muzyce klasycznej. Omijać z daleka…

PS. Co na tej płycie robi Mike Oldfield albo niejaki Bond nie pytajcie… Nie mam pojęcia.

Reklamy

Read Full Post »

Ostatniej niedzieli naszła mnie chęć na szybki, nie – merytoryczny i nie – chronologiczny przegląd różnych klasycznych płyt. Trochę to trudne w realizacji, zwłaszcza w czasie śniadania (głupio tak ciągle biegać do gramofonu i przekładać płyty), ale jakoś dałem radę. Pomiędzy etiudami Chopina, granymi przez Bolesława Woytowicza, a fragmentami Jeziora Łabędziego w wykonaniu wiedeńskich filharmoników pod Karajanem dopadła mnie myśl: „czy aby muzyce klasycznej wypada brzmieć w tzw. składankach”. I to idąc za ciosem: w różnych składankach. Albo tych z rodzaju bliższego muzyce popularnej (czyt. poszczególne części utworów, najczęściej 3-4 minutowe wymieszane między sobą bez powiązania stylów, czasów, kompozytorów, i czego tam jeszcze kto zapragnie), albo też takich – powiedzmy – bardziej zaangażowanych: zachowujących stylistykę, czasami opierających się na chronologii lub też zbudowanych wokół jednego z tematów, rozpowszechnionego wśród kompozytorów tejże muzyki. Pytanie w gruncie rzeczy nie jest bezcelowe, bo częściowo wynika z rozmowy mailowej przeprowadzonej z sąsiadką (tak to już teraz jest – prościej wymienić maile, niż spotkać się w realu).

Nie odchodząc od tematu; zapytano mnie kilka dni temu, „co kupić osobie, która chciałaby jakąś płytę z klasyką, ale nie ma żadnych preferencji, bo dopiero zaczyna słuchać takiej muzyki?”. Kto pomyślał: „składanka” ?? – na tego rzecz siekierka. Słowo to ciśnie się na usta w sposób oczywisty, gdyż to jest jedyny cel wydawania takich płyt: stworzenie przeglądu, wypełniającego oczekiwania mało wybrednego słuchacza, szukającego znanych i lubianych melodii . Zaproponowałem więc osobie pytającej coś takiego, mimo, że składanek nie cierpię niezależnie jakiego rodzaju muzyki słucham. A w odniesieniu do muzyki klasycznej … oj, najeżam się chyba zbyt mocno. Czy pomysł się sprawdzi – zobaczymy. Szukać daleko nie musiałem, bo wyszło takie coś: The Best Classics … Ever!, i to nawet w kilku częściach. Parafrazując znaną przed laty reklamę: z pewną dozą nieśmiałości sięgnąłem po wydawnictwo EMI. Dlaczego? Ano, bo czy słuchanie płyty, na której następują po sobie kolejno Aria na strunie G Bacha, Lacrimosa Wolfganga Amadeusza i Adagio Sostenuto z drugiego koncertu fortepianowego Rachmaninowa jest w ogóle możliwe? Jak dotychczas, jedyne miejsce, w którym mogę bez irytacji (choć i bez specjalnego optymizmu) nastawić taką muzykę to… auto. Po kilkunastu odsłuchach sprawa wydaje się prosta: tak spreparowana muzyka klasyczna jest równie ekscytująca co kawa w plastikowym kubku, gazeta Fakt, czy sos pomidorowy ze słoika. Wszystko to można przeżyć, ale … no właśnie. Po co?

Składanki. Występują, jedne i drugie: te z totalnym pomieszaniem stylistycznym i te, na których jakiś artysta przekrojowo wykonuje dzieła różnych kompozytorów. Bardziej lub mniej, ale zawsze do siebie pasujących. I jak do takowych podchodzić?  Czy meloman (no bo nie fan, prawda?) z założenia raczej nie powinien gardzić takimi misz-maszem?

The Grand TourPrzed Best of Classic … Ever! lojalnie przestrzegam. Przekrojowe płyty, zawierające różne nagrania zbliżone stylistycznie – raczej polecam. Jak choćby wydane przez Harmonia Mundi The Grand Tour Andrew Manze & Academy Of Ancient Music. Grają… tak.

Read Full Post »