Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘sonata’

Gdzie? Na kolejnym albumie wydanym przez NFM. Recenzja sonat z op. 5 Ludwiga van Beethovena w zakładce Recenzje. A poniżej próbka, jak Jarosław Thiel i Katarzyna Drogosz grają wariacje na tematy z Judy Machabeusza Jerzego Fryderyka Haendla, oczywiście w wersji beethovenowskiej. Miłego słuchania.

 

Reklamy

Read Full Post »

… wszedł mi do głowy i nie chce wyjść. To pomyślałem, że się podzielę, zwłaszcza, że to stara, acz zacna płytka jest. W linku odnośnik do wiadomego działu, a poniżej maleńka próbka, jak panowie sobie onegdaj pogrywali.

Read Full Post »

… bo nie o zachwytach nad urodą kobiecych głosów będzie. A przeciwnie, raczej o muzyce, która swego czasu już się w Klasycznej Niedzieli pojawiła, aczkolwiek specjalnego triumfu nie odniosła. A szkoda. Więc dziś zapraszam do działu recenzje, gdzie znajdziecie kilka słów o kolejnym albumie z grudniowej dostawy…

Aczkolwiek… przekornie posłuchajcie jednego z dwóch wokalnych utworów z tej instrumentalnej płyty… Zaczyna się ona tak:

Read Full Post »

… był tylko teoretycznie różny o włoskich mistrzów baroku. Bo za sprawą Stylus Phantasticus okazał się być po prostu rewelacyjny. Szczegóły tutaj, a na deser małe wspomnienie jak było. Co prawda to nie Stylusi, ale ważne, że jedna z tych fantastycznych sonat…

Read Full Post »

… tak o młodszym spośród dwóch kompozytorów o nazwisku Meneghetti napisał swego czasu, w pierwszej połowie XIX stulecia lokalny historyk i kulturoznawca Andrea Alvera. Te słowa, stanowiące dziś tytuł wpisu idealnie opisują Giovanniego Meneghetti – organista, skrzypek i kompozytor, mamiony sławą i bogactwem wielkiego świata (Monako, Wiedeń, Monachium) odrzucił te zaloty wielkich i pozostał w Vicenzie, gdzie w obu większych kościołach służył, wzorem swojego ojca przez całe życie. I – pewnie po części dlatego świat o nim zapomniał.

Świat może i tak, ale ja – za sprawą małej włoskiej wytwórni – nie. Zapraszam do działu recenzje, gdzie parę słów o muzyce ojca i syna z podweneckiej Vicenzy.

Read Full Post »

… daleko od Wiednia. Jego dziadek, syn piekarza był chórmistrzem w Louvain niedaleko Brukseli, gdzie wcześniej rodzina związana była z koronkarstwem. Arcybiskup koloński, Klemens August poprosił go o przybycie do odległego o 160 km Bonn i wstąpienie w szeregi dworskiego personelu muzycznego. Dziadek (artysty) przyjechał do Bonn, by zostać kapelmistrzem, w roku śmierci arcybiskupa i dziewięć lat przed przyjściem na świat kompozytora. Bardzo kulturalny arcybiskup Klemens August był bratem elektora bawarskiego, który w latach czterdziestych XVIII wieku na krótko przerwał sukcesję habsburską i został cesarzem. Arcybiskup rezydował w Bonn […], wybudował sobie kilka pałaców, łącznie z bardzo rozkoszną ( 🙂 ) rezydencją w niedalekim Brühl, która miała okazałe schody, a w ogrodzie letni dom nazywany Pałacem Indyjskim, mimo, iż wybudowano go w stylu chińskim. Lubił polować z sokołem, dosiadając swych angielskich koni przeznaczony do łowów. Grywał też na  violi da gamba.

Syn owego kapelmistrza, ojciec kompozytora śpiewał w chórze. Ożenił się, popełniając mezalians z owdowiałą córką pałacowego kuchmistrza w jednym z pałaców. Rozpił się i małżeństwo nie było szczęśliwe. Matki kompozytora nigdy nie widziano uśmiechniętej, uważała, że „życie to odrobina radości i łańcuch smutków” (… brzmi jak osiemnastowieczna żeńska wersja Rogera Watersa, przyp. mój). Przy życiu utrzymało się troje dzieci: Ludwig, Caspar urodzony w 1774 roku i Johann, który przyszedł na świat dwa lata później.

Beethoven urodził się na tyłach skromnego domu przy ulicy Bonngasse, kilka metrów od placu targowego i bramy otwierającej drogę do Kolonii. […] W późniejszych latach nie był pewien swojej dokładnej daty urodzenia. Wydaje się prawdopodobne, że moment przyjścia na świat Beethovena od jego chrztu, 17 grudnia 1770 roku dzielił jeden dzień. Mniej więcej szesnaście miesięcy wcześniej na Korsyce urodził się Napoleon…

Tak zaczyna się historia jednego z największych kompozytorów muzyki w dziejach ludzkości. Dlaczego – jednego z największych? Wystarczy posłuchać muzyki, o której więcej w dziale recenzje…

Read Full Post »

Pamiętam swego czasu, jak Tomasz Beksiński stwierdził, że nie pojedzie więcej na wakacje. Bo tłok, bo standard gorszy niż w domu, bo spoceni turyści, bo piszczące dzieciaki i cała lista innych powodów, które mogą skutecznie zniechęcić kogokolwiek do zwiedzanie tych czy tamtych miejsc wartych odwiedzenia. Zamiast takich męczarni, można sobie obejrzeć film lub reportaż na National Geographics lub Discovery i spokoju delektować się cudami natury lub dziełami stworzonymi przez człowieka. Może i miał rację, ale wg mnie sporo przy tym tracił. Wspomnienie o tym naszło mnie przy okazji  naszego tegorocznego wyjazdu wakacyjnego nad Neusiedler See, czy Jezioro Nezyderskie w Austrii. To właśnie tam spotkały mnie owe nieocenione korzyści, jakich pewnie nie osiągnąłbym siedząc comfortably numb w fotelu przed telewizorem. Jakie korzyści – już wyjaśniam.

Plan na przedostatni dzień wakacji był prosty. Pojechaliśmy zwiedzić węgierski pałac Esterhazych w Fertöd. Wyjazd został skoligacony z muzyką klasyczną rzecz jasna –  a to za sprawą Józefa Haydna, który właśnie tam, przez prawie 30 lat, w latach 1761 – 1790 tworzył swoje symfonie i koncerty. Do wyjazdu się oczywiście przygotowałem, zabierając ze sobą kilka płyt wiedeńskiego klasyka, trochę – znając niespecjalne przygotowanie Węgrów do języka angielskiego – poczytałem o samym pałacu, o księciu Esterhazym, no i Haydnie i …ani się nie spostrzegliśmy, jak dojechaliśmy na miejsce. Jednak na opowieść o Fertöd i Haydnie przyjdzie jeszcze czas – a teraz szybko przenieśmy się 30 kilometrów dalej, do Podersdorf am See, małego miasteczka nad Jeziorem Nezyderskim, gdzie nasyceni klasycznym przepychem „węgierskiego wersalu” zjechaliśmy na obiad.

Podersdorf, położony wśród winnic przywitał nas austriackim porządkiem, … węgierskim gulaszem i niespodzianką, którą zafundowała mi córka. Stało się to tak.

Szukaliśmy knajpki, gdzie można by zjeść miło, smacznie i niedrogo (ceny w ojro, więc raczej że będzie tanio to nie  liczyliśmy, ale mieliśmy nadzieję, że jedzenie nie będzie tak marne, jak ongiś podczas naszej wyprawy do Saksonii). Od knajpki do knajpki, oglądając karty dań i … lokalnych win dotarliśmy w sumie nad samo jezioro. A tam okazało się, że … nasza najmłodsza pociecha zgubiła swoją butelkę z herbatką. A to już poważny problem. No to dzieciaki zostały z mamą w restauracji, a ja poszedłem na poszukiwania, zyskując jednocześnie zezwolenie na zakup paru dobrych butelek wina do domowej winoteki. No i tak idąc szlakiem odwiedzonych restauracji, zahaczając o winiarnie wszedłem do sklepiku, gdzie przywitała mnie muzyka klasyczna. No tu mnie mieli! Ciężko było się dogadać, bo ja po niemiecku Ich weiß nicht (nie rozumiem, czemu się nie śmiali) a oni po angielsku to niekoniecznie (albo niechęć, albo duma… bo w brak umiejętności nie chce mi się wierzyć). W każdym razie mając tysiące win do wyboru, muzykę barokową w tle mogłem się zupełnie zatracić, a przecież … dziecko czekało na butelkę z herbatką. Więc nie spędziłem tam tyle czasu, ile chciałbym, ale i wino, i coś jeszcze stamtąd wyniosłem.  Owa wartość dodana, za którą nie zapłacisz żadną kartą (znaczy się – zapłacisz, ale najpierw musisz wiedzieć za co, a to nie takie proste) to muzyka Romanusa Weichleina. O której szerzej w recenzji…

Ps. Wina były pyszne, ale kupiłem ich za mało i wszystkie się już wypiły 😦

Read Full Post »

Older Posts »