Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Sonatori de la Gioiosa Marca Treviso’

Powrót żeńców pontyńskich

Tańcami i śpiewem świętują wieśniacy

Radość z pomyślnego na swych łanach zbioru.

Wielu z nich się z Bachusem zadawszy po pracy,

W sen zapada, nie bacząc na rozmach wieczoru.

Porzucają zajęcia, tańczą i śpiewają,

Na co rześkie powietrze skutecznie nakłania,

Zaproszenia jesieni skwapliwie słuchają,

Ciągnąc huczne zabawy choćby do zarania.

Myśliwy, dzierżąc strzelby, wyrusza świtaniem,

Trop w trop dąży, nie dając wymknąć się zwierzynie,

Co umyka zaszczuta psów i rogów graniem.

Nim nagonka wyruszy, zwierzyna łan minie,

I choć łowczy się czasem błaźni pudłowaniem,

To zmęczona ucieczką, osaczona – ginie.

Tyle o nadciągającej jesieni mówi nam Vivaldi, w tłumaczeniu Krzysztofa Lipki. Mało kto pamięta (lub wie), że Rudy Ksiądz pisząc swoje wiekopomne dzieło oprócz zapisów nutowych pozostawił sonety, niosące w treści swojej wyjaśnienie muzycznych konotacji zawartych w koncertach skrzypcowych z op. 8. Owe sonety – Cztery Pory Roku pewnie będzie jeszcze nieraz okazja przypomnieć, bo i od tej muzyki nie sposób się uwolnić, a co i rusz pojawiają się nowe projekty. Którym trza się bacznie przyglądać. Jak choćby podlinkowanej recenzji albumu Giulano Carmignoli.

Reklamy

Read Full Post »

Dzięki ci Boże za internet. Za tablety i dobrych znajomych (pozdrawiam Doroto 🙂 ). Kilka lat temu, gdy nasza nastoletnia latorośl była ciut większym bobasem niż obecna dzidzia, tak trochę na żywioł wybraliśmy się do Wenecji autem z Puli.

Wenecja

Daleko nie jest, drogi – wówczas wydawały się mistrzostwem świata – widoki ciekawe (nawet z hajłeja), słowem… nic tylko jechać. Zapakowaliśmy się, gorąco i tak było tak za oknem, jak i w środku (klimatyzacji w aucie niet), skromne trzy godzinki jazdy i voila! Dojechaliśmy. Zupełny żywioł. Na placu św. Marka – tłok.

Piazza San Marco

Do bazyliki się nie wejdzie, bo kto wytrzyma w tym skwarze stanie w kolejce. Pałac Dożów – zapomnij. Powłóczyliśmy się po weneckich uliczkach,

…weneckie kanały…

mostkach, zjedliśmy niezbyt tani obiad nad jednym z kanałów, a potem… przyszedł czas na najdroższą kawę w życiu.

Nie wiedząc, że caffe Florian to blichtr i kasa, kasa, kasa… zapodaliśmy sobie dwie kawy (naparstki kawowe, IYKWIM), jakąś fantę plus lody dla berbecia, w sumie z 50 € tak jakoś. Jakbym się nie pocił z gorąca, to bym się spocił od razu. Zachciało nam się kawy, na placu, z orkiestrą … pfff.

Oczywiście dopiero teraz, przygotowując się do naszego urlopu, sprawdziłem w przewodniku, że to najpewniej Florian był. Tablet pokazał na mapie, że faktycznie. Wyjaśnienia i komentarze internautów = bezcenne. Ale, co zapłaciłem onegdaj, to zapłaciłem. Jak pewnie kilka milionów ludków przede mną i po mnie. W końcu, jak inaczej takie Caffe Florian przetrwałoby te kilkaset lat…

Caffe Florian

Cheers.

Aha, żeby nie było niemuzycznie – to w recenzjach znowu Muzyka Wielkiego Wenecjanina…

A grają tak:

Read Full Post »

Dietrich Buxtehude to Niemiec. Tak mówią … Niemcy. Pfff… odpowiadają Duńczycy twierdząc, że akurat ten kompozytor to był Duńczykiem i basta. No może i był, tak ponoć tak napisał na łożu śmierci w hamletowskim Helsingorze. Ale to nie koniec roszczeń narodowościowych. Dlaczego? Ano, bo wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż tenże nasz winowajca urodził się w … w dzisiejszej Szwecji. Uff…

Urodził się w Szwecji, to Szwed. Ale umarł w Danii, to Duńczyk. Hm, a skoro tworzył i pracował głównie w północnych Niemczech… to jednak Niemiec? O rany…

W sumie – biedny i nieświadomy współczesnych nam kłótni autor znakomitej muzyki może sobie przynależeć gdzie bądź. Ani mnie to ziębi, ani parzy – nasze obecne podejście do spraw narodowych nijak się ma do szesnasto – siedemnastowiecznych konwenansów. Kto czyim był wtedy partyzantem (nawet to słowo się obecnie ciut różni od dawnego swojego znaczenia) nie dojdziemy wg dzisiejszej zasadniczości i już. Gdyby tak patrzeć, to … Jan Sebastian Bach był nadwornym kompozytorem króla Polski. A skoro tak, to nasz ci on jest, nie ich! Białą nałęczką go i wara Germańcom od naszego „rodaka”. Mógłbym tak dalej, ale… jak się rzekło – zupełnie mnie to nie obchodzi. Liczy się tylko muzyka.

A właśnie muzyka. Skoro o niej mowa, to w dziale recenzje znajdziecie tekst o Buxtehude. A konkretniej to o tym, co z jego utworem zrobił Fasolis. I jakby komuś było mało, to zaraz obok słów kilka o Johannie Rosenmüllerze. Ave.

A ów Fasolis na deser brzmi tak:

Read Full Post »