Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘wakacje’

Dzięki ci Boże za internet. Za tablety i dobrych znajomych (pozdrawiam Doroto 🙂 ). Kilka lat temu, gdy nasza nastoletnia latorośl była ciut większym bobasem niż obecna dzidzia, tak trochę na żywioł wybraliśmy się do Wenecji autem z Puli.

Wenecja

Daleko nie jest, drogi – wówczas wydawały się mistrzostwem świata – widoki ciekawe (nawet z hajłeja), słowem… nic tylko jechać. Zapakowaliśmy się, gorąco i tak było tak za oknem, jak i w środku (klimatyzacji w aucie niet), skromne trzy godzinki jazdy i voila! Dojechaliśmy. Zupełny żywioł. Na placu św. Marka – tłok.

Piazza San Marco

Do bazyliki się nie wejdzie, bo kto wytrzyma w tym skwarze stanie w kolejce. Pałac Dożów – zapomnij. Powłóczyliśmy się po weneckich uliczkach,

…weneckie kanały…

mostkach, zjedliśmy niezbyt tani obiad nad jednym z kanałów, a potem… przyszedł czas na najdroższą kawę w życiu.

Nie wiedząc, że caffe Florian to blichtr i kasa, kasa, kasa… zapodaliśmy sobie dwie kawy (naparstki kawowe, IYKWIM), jakąś fantę plus lody dla berbecia, w sumie z 50 € tak jakoś. Jakbym się nie pocił z gorąca, to bym się spocił od razu. Zachciało nam się kawy, na placu, z orkiestrą … pfff.

Oczywiście dopiero teraz, przygotowując się do naszego urlopu, sprawdziłem w przewodniku, że to najpewniej Florian był. Tablet pokazał na mapie, że faktycznie. Wyjaśnienia i komentarze internautów = bezcenne. Ale, co zapłaciłem onegdaj, to zapłaciłem. Jak pewnie kilka milionów ludków przede mną i po mnie. W końcu, jak inaczej takie Caffe Florian przetrwałoby te kilkaset lat…

Caffe Florian

Cheers.

Aha, żeby nie było niemuzycznie – to w recenzjach znowu Muzyka Wielkiego Wenecjanina…

A grają tak:

Read Full Post »

Słabo mi idzie pisanie coś ostatnio. Wytłumaczenie żadne, zresztą tłumaczą się winni, więc nie ma co roztrząsać, ino stwierdzić fakt i jakoś próbować mu zaradzić. Zatem: o tej muzyce niech będzie od razu.

Sierpień, właściwie już połowa za nami. Jeszcze tylko 3 dni pozostały do końca festiwalu muzyki klasycznej, jaki odbywa się tuż za naszą zachodnią granicą w poddrezneńskim Moritzburgu. W pałacu Wettynów miałem okazję być, śliczne barokowe wnętrza i jeszcze piękniejszy ogród, położenie wręcz wymarzone dla haendlowskich „Ogni na wodzie” – wszystko to zdecydowanie na plus. Słowem – świetne miejsce na wakacyjne cieszenie się dobrą muzyką. Zostały trzy koncerty: na dzisiejszy zdąży jedynie ten, co ma naprawdę blisko. A warto, bo w programie m.in. utwory kameralne Mozarta, Brahmsa i uwaga… Rossiniego (a rzadko o tym kompozytorze myślimy w kategoriach muzyki instrumentalnej, prawda?). Jak się komuś mniej śpieszy, to jutro troszkę Dvoraka i Schuberta można uszczknąć, a w niedzielę, to  i Faure, i Mendelsson, i Gubaidulina się słuchaczą objawią swoimi dziełami. Zróżnicowany, wcale nie ciężki repertuar. Szczegóły tu.

Ale że Polacy nie gęsi, też swoje festiwale i pałace mają, to z przyjemnością odnotujmy, że w podjeleniogórskim Wojanowie (tak, tak, tym pięknym pałacu, do którego jeszcze nie dotarłem, a muszę pojechać!!!) 18 sierpnia 2012 roku rozpoczyna się pierwsza (i daj Bóg nie ostatnia!!!) edycja Festivalu dell’Arte. Fakt, koncert otwarcia odbędzie się w Jeleniej Górze (w programie Siódemka Beethovena), ale już od niedzieli  dziewiętnastego muzyczne eventy będą miały miejsce w Pałacu w Wojanowie. Choć nie tylko muzyczne, bo i poezja, i malarstwo, i rzeźba… a na dodatek kawa z artystami. Ważne – wstęp wolny, choć obowiązuje rezerwacja miejsc. Muzycznie – rewelacja – wspomniany Ludwig na otwarcie, a potem Bach, Chopin, Dvorak, Haydn, Mozart… czy trzeba coś więcej dodawać? Jak ktoś ma blisko – koniecznie trzeba tam być. Można też zdać relację J. Ja niestety już wakacje zaplanowałem, ale … w przyszłym roku – kto wie. Aha, strona Festiwalu w linku, tam też więcej szczegółów.

Tyle na dziś w odcinku serialu „Szlakiem festiwalowo – pałacowym”. Kolejne wieści już za chwilkę…

A na koniec do posłuchania – przygrywający mi ostatnio dość często Jacques – Martin Hotteterre. Akuratna, letnia, miła muzyka.

Read Full Post »

…wczoraj na Szlak Orlich Gniazd. Na chwilę, bo po pracy, więc ani czasu, ani przestrzeni zbyt wiele nie stało. Ale – dojechałem gdzie chciałem i choć pogoda mogłaby bardziej dopisać (słonko zaszło i nici ze zdjęć w podczerwieni), to jednakowoż warto było. Choćby dlatego, by nie siedzieć w tym paskudnym hotelu.

Gdzie byłem? Cóż, wskazaniem niech będzie legenda herbowa:

Herb ten się w Polsce urodził: bo gdy Bolesław Krzywousty z Prusakami wojował, rycerz Dołęga nazwany, herbu Pobóg, z boku z zasadzki, wodza Pruskiego wojska, tak dobrze z kuszy ugodził, ze go z konia zwalił i z życia wyzuł; czym przestraszeni ludzie jego, snadniej potem od Polskiej szabli porażeni zostali. Za tę przysługę od Króla do ojczystego herbu swego, wziął strzałę w przydatku, a herb od imienia jego Dołęga nazwany. Mnie się zda, że starszy ten herb od czasów Bolesława Krzywousta: bo dobrze za panowania jego, już tego domu familianci w senacie zasiadali. Niektórzy przydają, że herb Niezgoda, od Dołęgi wziął swoje początki.

Obecni właściciele właśnie takim herbem się pieczętują.

Udane popołudnie. Słońce, choć za chmurami – przygrzewało, muzyka – Anonnymous 4 pięknie się do zaokiennych widoków komponowała, ruch na drogach niewielki (bo to lokalne dróżki były) – przyjemnie, miło i historycznie. Czyli tak, jak prawie lubię najbardziej. Prawie? No cóż, byłem sam niestety…

Read Full Post »

Plan (a moja żona jak Rosjanie, nic nie robi bez planu) był taki, że Fertöd, pałac Esterhazych odwiedzimy we środę, 3 sierpnia). Próbowałem co prawda we wtorek rano zmienić trasę wycieczki i zamiast do Wiednia wybrać się właśnie do owego węgierskiego Wersalu, ale mająca głos decydujący małżonka stwierdziła, że planów się nie zmienia o poranku i … pojechalim do Wiednia.

Zatem na Fertöd miał przyjść czas następnego dnia.  Jednak wykończeni kilometrami przemierzonych chodników (mimo całych tych udogodnień – następnym razem zabieramy do Wiednia rowery), zmęczeni upałem i zwłaszcza NADMIAREM ludzi ustaliliśmy, że środa zamiast wyjazdowa, będzie basenowo – leniwa w naszym miejscowym Lipót. Dzieci szczęśliwe, rodzice odprężeni, uff…

We czwartek lało, i dobrze, bo nasza starsza latorośl pochorowała się przejściowo, więc – nie żebym nie był nerwowy – na pałac Esterhazych zaczynało brakować czasu. Na szczęście jednak piątek przywitał nas cudowną pogodą, słońcem, fotograficznymi chmurami i pełnią zdrowia wszystkich wycieczkowiczów. Zapakowaliśmy się do auta, koncerty Haydna powędrowały do odtwarzacza i hajda przed siebie.

Szczegółów bytności w siedzibie węgierskich książąt oszczędzę wam. Nie dlatego, że składają się nań jakieś złe wspomnienia – po prostu zbyt wiele trzeba by napisać o tym i o owym. A ani to miejsce, ani czas. Dość powiedzieć, że obecnie pałac Esterhaza jest w remoncie. Kończą odnawiać elewację ogrodową (co widać na załączonym zdjęciu), rozgrzebane są roboty (ale posuwają się, trza to przyznać) w jednej z bocznych galerii, no i we wnętrzu pałacu też więcej niż połowa pomieszczeń nie jest udostępniona zwiedzającym. Myślę, że 2-3 lata. Tyle pewnie potrwa doprowadzenie tego pałacu do stanu świetności. A są jeszcze zabudowania pałacowe (na szczęście przysłonięte przez drzewa i zarośla parkowe), którym też wizyta ekip remontowych i konserwatorskich by się przydała. Niestety, tak cholerna komuna nie tylko u nas nabroiła aż nadto…

Żeby jednak nie było tak minorowo – poniżej panorama od strony wejściowej. Robi wrażenie…

A w dziale recenzje – koncerty Józefa Haydna nagrane przez La Divina Armonia. Zapraszam.

Read Full Post »

Pamiętam swego czasu, jak Tomasz Beksiński stwierdził, że nie pojedzie więcej na wakacje. Bo tłok, bo standard gorszy niż w domu, bo spoceni turyści, bo piszczące dzieciaki i cała lista innych powodów, które mogą skutecznie zniechęcić kogokolwiek do zwiedzanie tych czy tamtych miejsc wartych odwiedzenia. Zamiast takich męczarni, można sobie obejrzeć film lub reportaż na National Geographics lub Discovery i spokoju delektować się cudami natury lub dziełami stworzonymi przez człowieka. Może i miał rację, ale wg mnie sporo przy tym tracił. Wspomnienie o tym naszło mnie przy okazji  naszego tegorocznego wyjazdu wakacyjnego nad Neusiedler See, czy Jezioro Nezyderskie w Austrii. To właśnie tam spotkały mnie owe nieocenione korzyści, jakich pewnie nie osiągnąłbym siedząc comfortably numb w fotelu przed telewizorem. Jakie korzyści – już wyjaśniam.

Plan na przedostatni dzień wakacji był prosty. Pojechaliśmy zwiedzić węgierski pałac Esterhazych w Fertöd. Wyjazd został skoligacony z muzyką klasyczną rzecz jasna –  a to za sprawą Józefa Haydna, który właśnie tam, przez prawie 30 lat, w latach 1761 – 1790 tworzył swoje symfonie i koncerty. Do wyjazdu się oczywiście przygotowałem, zabierając ze sobą kilka płyt wiedeńskiego klasyka, trochę – znając niespecjalne przygotowanie Węgrów do języka angielskiego – poczytałem o samym pałacu, o księciu Esterhazym, no i Haydnie i …ani się nie spostrzegliśmy, jak dojechaliśmy na miejsce. Jednak na opowieść o Fertöd i Haydnie przyjdzie jeszcze czas – a teraz szybko przenieśmy się 30 kilometrów dalej, do Podersdorf am See, małego miasteczka nad Jeziorem Nezyderskim, gdzie nasyceni klasycznym przepychem „węgierskiego wersalu” zjechaliśmy na obiad.

Podersdorf, położony wśród winnic przywitał nas austriackim porządkiem, … węgierskim gulaszem i niespodzianką, którą zafundowała mi córka. Stało się to tak.

Szukaliśmy knajpki, gdzie można by zjeść miło, smacznie i niedrogo (ceny w ojro, więc raczej że będzie tanio to nie  liczyliśmy, ale mieliśmy nadzieję, że jedzenie nie będzie tak marne, jak ongiś podczas naszej wyprawy do Saksonii). Od knajpki do knajpki, oglądając karty dań i … lokalnych win dotarliśmy w sumie nad samo jezioro. A tam okazało się, że … nasza najmłodsza pociecha zgubiła swoją butelkę z herbatką. A to już poważny problem. No to dzieciaki zostały z mamą w restauracji, a ja poszedłem na poszukiwania, zyskując jednocześnie zezwolenie na zakup paru dobrych butelek wina do domowej winoteki. No i tak idąc szlakiem odwiedzonych restauracji, zahaczając o winiarnie wszedłem do sklepiku, gdzie przywitała mnie muzyka klasyczna. No tu mnie mieli! Ciężko było się dogadać, bo ja po niemiecku Ich weiß nicht (nie rozumiem, czemu się nie śmiali) a oni po angielsku to niekoniecznie (albo niechęć, albo duma… bo w brak umiejętności nie chce mi się wierzyć). W każdym razie mając tysiące win do wyboru, muzykę barokową w tle mogłem się zupełnie zatracić, a przecież … dziecko czekało na butelkę z herbatką. Więc nie spędziłem tam tyle czasu, ile chciałbym, ale i wino, i coś jeszcze stamtąd wyniosłem.  Owa wartość dodana, za którą nie zapłacisz żadną kartą (znaczy się – zapłacisz, ale najpierw musisz wiedzieć za co, a to nie takie proste) to muzyka Romanusa Weichleina. O której szerzej w recenzji…

Ps. Wina były pyszne, ale kupiłem ich za mało i wszystkie się już wypiły 😦

Read Full Post »

Wakacje. Żadna niespodzianka. A jednak jest inaczej.

Primo: jesteśmy właśnie na Węgrzech. Ale nie żaden Balaton, tudzież Budapeszt, tylko mała miejscowość Lipót koło Györ. A właściwie między Györ a Mosonmagyaróvór (heh, już samo wymówienie tych nazw to wyzwanie!). Secundo: zabraliśmy ze sobą rowery, bo gdzieś (nie pamiętam gdzie) wyczytałem, że tu jest około 500 km ścieżek rowerowych. Tetrio: pogoda na wyjazd nie była gwarantowana, więc specjalnie nie narzekamy, ale ponoć jutro ma być już ciepło. Ok, a teraz  tych niespodziankach.

Dwa dni lało. No, może nie do końca cały czas, ale na pewno nie rozpieszczała nas aura. Oba wymienione wyżej miasta, między którymi mieści się nasze Lipót odwiedziliśmy, a że niebo ołowiane, to i zdjęć nie ma na razie zbyt wielu 😦 Ścieżek rowerowych jednak rzeczywiście od groma, rowerzystów zresztą też, czym naprawdę jesteśmy mile zaskoczeni. Kolejna niespodzianka, to otwartość i uprzejmość tutejszych ludzi: zarówno miejscowych, jak i (zapewne dostosowujących się do standardów lokalnych) przyjezdnych. Mili, sympatyczni, wszem i wobec pozdrawiający się ludzie… coś takiego onegdaj zdarzało się w Polsce na górskich szlakach jedynie. Okolica: piękna! Zamki, pałace, kościoły … oczywiście że jest tego tu pełno (więc się cieszę co niemiara)… ale najbardziej zadziwiło mnie bogactwo tutejszej przyrody. Bociany zaraz obok domu, czaple siwe, białe, wszelkiego rodzaju ptactwa pod dostatkiem, nic tylko focić.

W miastach okolicznych pustki. Turystów jak na lekarstwo – co zdecydowanie jest pozytywnym przejawem naszego węgierskiego odpoczynku. I … żadnych Polaków.

Tyle na początek. Jutro pogoda słoneczna ponoć, więc wybieramy się do Fertöd. Oczywiście przy akompaniamencie muzyki Józefa Haydna…

Read Full Post »

Józef Chełmoński: Babie lato

… mnie ogarnęło. Trochę płyt nowych mam, nawet niektóre opisałem, ale jakoś nie mogę się zebrać, by opublikować te teksty. Znaczy się – lenistwo. Zanim jednak oddam się mu całkowicie – za sprawą nadchodzącego urlopu – nadrobię kilka spraw i ów urlop zaanonsuję.

Zatem…w dziale RECENZJE znalazło się omówienie bachowskich koncertów skrzypcowych zagranych przez Bach Collegium Japan Masaakiego Suzuki. Miła, letnia, niezobowiązująca muzyka. Do poczytania TU.

Skoro słowo o urlopie się rzekło, to Węgry i Austria – wybieramy ten kierunek na najbliższe tygodnie. W Austrii – wiadomo – Wiedeń, więc na tę okoliczność pomozartujemy sobie fortepianowo wkrótce. A Węgry … to idealna okazja na rozpoczęcie mojej przygody z muzyką Józefa Haydna. Tym bardziej – że zamierzamy odwiedzić słynny węgierski Wersal, czyli Zamek Esterhazych w Fertöd. Ale… o obu tych miejscach przy najbliższej okazji.

 

Read Full Post »

Older Posts »