Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘Wenecja’

Koniec wakacji. Albo jak mawia moja córcia – „hakacji”. Chłodniej, szybciej ciemno, perspektywa nadchodzącej pory deszczowej. Ślęczenie przy komputerze zamiast na rowerze. Słowem – marnie. Coś można poradzić? Można, choćby słuchając muzyki Tomaso Albinioniego nagranej dla Hyperionu przez The Locatelli Trio.. Tej samej, o której kilka słów jak zwykle znajdziecie w dziale recenzje…

A jak grają? Wkrótce 🙂

Read Full Post »

Podsumowanie? Nie, skądże znowu. Ale małe wspomnienie.

Wiosna, to Kozłówka, lato – Wenecja. Jesień – Antonin, a zima – Moritzburg.

A skoro Wenecja, to zakończmy rok koncertami skrzypcowymi Vivaldiego. Recenzja we właściwym dziale.

Ech…

Read Full Post »

Marino Grimani zasłynął w sumie niczym. Wybrano go na urząd doży wkrótce po tym, jak stosownym osobom wręczył łapówki („dary”… tak wiem, tak się to wówczas nazywało i było dopuszczalne). Bycie ambasadorem w Watykanie wcale mu nie pomogło. Z papieżem Pawłem V pokłócił się zaraz na wstępie swoich rządów, a Wenecja znalazła się na cenzurowanym. I właściwie tyle. A jednak – ten niewiele znaczący władca doczekał się „swojej” mszy koronacyjnej.

Bratankowie Gabrieli napisali wspólnie pieśni, które w połączeniu z muzyką kościelną wykonywaną tradycyjnie podczas mszy świętej dały kompozycję, której recenzję znajdziecie w dziale recenzje. A New Venetian Coronation. Chyba największe odkrycie tej jesieni, aż wstyd bierze, żem wcześniej tego albumu nie doszukał się.

Zresztą, kto ma ochotę… zapraszam tu. Jest nawet całość do wysłuchania…

Read Full Post »

Wyczekiwany urlop minął. Szybko. Z drobnymi problemami, ale… całe szczęście, że te (problemy) już za nami. Szkoda jednak, że tak błyskawicznie wakacje minęły. Że słońce, ciepły Adriatyk, plaża, piękne widoki – to wszystko już przeszłość. Drzemiąca jedynie na zdjęciach i w pamięci.

Zanim więc się przekopię przez wszystkie fotografie zrobione podczas wyjazdu, zdążę pewnie wypić te kilkanaście butelek tamtejszego wina, tak idealnie harmonizującego z muzyką słonecznej Italii. A skoro mowa o muzyce włoskiej – to tym razem zostawimy Vivaldiego i innych weneckich mistrzów na inne czasy, a pochylimy się ku czasom przedbachowskim. Zajrzymy do renesansowej Florencji, gdzie Giulio Caccini wraz z przyjaciółmi stworzył podwaliny pod styl nazwany później monodią akompaniowaną. Fakt, że to było pod koniec XVI stulecia, ale co ciekawe – ten nawiązujący do tradycji antycznych sposób śpiewania został w dzisiejszych czasach perfekcyjnie reanimowany przez włoską grupę Accordone, założoną kilkanaście lat temu przez włoskiego tenora Marco Beasleya i klawesynistę Guido Moriniego. I ich album do działu recenzje właśnie trafił.

Zatem, kilka słów o znakomitej włoskiej muzyce znajdziecie w LINKU. A na koniec – kompozycja zespołu Accordone. Prawda, że nie słychać, iż to kilkaset lat później zostało napisane?

 

Read Full Post »

Powrót żeńców pontyńskich

Tańcami i śpiewem świętują wieśniacy

Radość z pomyślnego na swych łanach zbioru.

Wielu z nich się z Bachusem zadawszy po pracy,

W sen zapada, nie bacząc na rozmach wieczoru.

Porzucają zajęcia, tańczą i śpiewają,

Na co rześkie powietrze skutecznie nakłania,

Zaproszenia jesieni skwapliwie słuchają,

Ciągnąc huczne zabawy choćby do zarania.

Myśliwy, dzierżąc strzelby, wyrusza świtaniem,

Trop w trop dąży, nie dając wymknąć się zwierzynie,

Co umyka zaszczuta psów i rogów graniem.

Nim nagonka wyruszy, zwierzyna łan minie,

I choć łowczy się czasem błaźni pudłowaniem,

To zmęczona ucieczką, osaczona – ginie.

Tyle o nadciągającej jesieni mówi nam Vivaldi, w tłumaczeniu Krzysztofa Lipki. Mało kto pamięta (lub wie), że Rudy Ksiądz pisząc swoje wiekopomne dzieło oprócz zapisów nutowych pozostawił sonety, niosące w treści swojej wyjaśnienie muzycznych konotacji zawartych w koncertach skrzypcowych z op. 8. Owe sonety – Cztery Pory Roku pewnie będzie jeszcze nieraz okazja przypomnieć, bo i od tej muzyki nie sposób się uwolnić, a co i rusz pojawiają się nowe projekty. Którym trza się bacznie przyglądać. Jak choćby podlinkowanej recenzji albumu Giulano Carmignoli.

Read Full Post »

Dzięki ci Boże za internet. Za tablety i dobrych znajomych (pozdrawiam Doroto 🙂 ). Kilka lat temu, gdy nasza nastoletnia latorośl była ciut większym bobasem niż obecna dzidzia, tak trochę na żywioł wybraliśmy się do Wenecji autem z Puli.

Wenecja

Daleko nie jest, drogi – wówczas wydawały się mistrzostwem świata – widoki ciekawe (nawet z hajłeja), słowem… nic tylko jechać. Zapakowaliśmy się, gorąco i tak było tak za oknem, jak i w środku (klimatyzacji w aucie niet), skromne trzy godzinki jazdy i voila! Dojechaliśmy. Zupełny żywioł. Na placu św. Marka – tłok.

Piazza San Marco

Do bazyliki się nie wejdzie, bo kto wytrzyma w tym skwarze stanie w kolejce. Pałac Dożów – zapomnij. Powłóczyliśmy się po weneckich uliczkach,

…weneckie kanały…

mostkach, zjedliśmy niezbyt tani obiad nad jednym z kanałów, a potem… przyszedł czas na najdroższą kawę w życiu.

Nie wiedząc, że caffe Florian to blichtr i kasa, kasa, kasa… zapodaliśmy sobie dwie kawy (naparstki kawowe, IYKWIM), jakąś fantę plus lody dla berbecia, w sumie z 50 € tak jakoś. Jakbym się nie pocił z gorąca, to bym się spocił od razu. Zachciało nam się kawy, na placu, z orkiestrą … pfff.

Oczywiście dopiero teraz, przygotowując się do naszego urlopu, sprawdziłem w przewodniku, że to najpewniej Florian był. Tablet pokazał na mapie, że faktycznie. Wyjaśnienia i komentarze internautów = bezcenne. Ale, co zapłaciłem onegdaj, to zapłaciłem. Jak pewnie kilka milionów ludków przede mną i po mnie. W końcu, jak inaczej takie Caffe Florian przetrwałoby te kilkaset lat…

Caffe Florian

Cheers.

Aha, żeby nie było niemuzycznie – to w recenzjach znowu Muzyka Wielkiego Wenecjanina…

A grają tak:

Read Full Post »

Giulano Carmignola

Wrzesień. Jeszcze lato, a już właściwie jesień. Przynajmniej w Polsce. U mnie za oknem – słońce i ciepło. Ale nic dziwnego, skoro czeka na mnie „Adriatyk, ocean gorący” jak onegdaj śpiewał Lombard.

Wakacje. Czas wypoczynku. Nic nierobienie, no dobra, trochę zwiedzania, trochę focenia, trochę muzyki, trochę kąpieli… Ech. Ktoś zazdrości? I słusznie…

Na plaży w Rosolina Mare przygrywać nam będzie Vivaldi (no, w słuchawkach, przecież, że nie w bumboxie). A właściwie to spółka Vivaldi & Carmignola. Słynny Wenecjanin i wykonujący jego dzieła krajan (bo Treviso, gdzie urodził się Carmignola to w linii  prostej niespełna 30 kilometrów) współbrzmią na albumie Le Humane Passioni po prostu nieziemsko. Przyjemnie. Lekko. Letnio.

Jak schłodzone prosecco, którego kieliszek zamierzam dziś wieczorem osuszyć. Niejeden. W towarzystwie żony. I muzyki.

A recenzja – pierwsza z wakacyjnych – tu.

Read Full Post »

Older Posts »