Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘William Christie’

… współczesnych nam artystów, gdy powielają znane motywy w kolejnych swoich dziełach. Autoplagiat – krzyczymy ze zgorszeniem – jakby to była wyłącznie domena naszych czasów. A przecież… taki Jerzy Fryderyk Händel… weźmy dla przykładu jedną cudną melodię. Pochodzącą z III aktu opery Almira instrumentalną sarabandę przerobił on wszak na arię Lascia la spina z oratorium Il Trionfo del Tempo e del Disinganno (HWV 46a), a potem raz jeszcze machnął ów temacik jako Lascia ch’io pianga z opery Rinaldo (HWV 7). Tak że ten…

A, zapomniałbym. Ten demaskatorski wpis miał w sumie być pretekstem, byśmy sobie posłuchali, jak ślicznie się nam tu „spina” wokalnie Lucia Martin-Cartón i orkiestrowo Les Arts Florissants Williama Christiego. Dobrego dnia…

Prawda, że piękne?

Reklamy

Read Full Post »

Jeśli wszystko poszło szczęśliwie, to czasie, gdy czytaliście niniejszy wpis (a może i podlinkowane recenzje) dojechaliśmy do Wersalu. Dobra, ha!, moment, jak to do Włoch przez Wersal?  No, a czemu nie, skoro to … niemiecki Wersal. W Ludwigsburgu.

Parę miesięcy temu trafiłem na album z muzyką Giuseppe Antiono Brescianellego, nagraną prze La Cetra Barockorchester z Bazylei. Okazało się, że to kompozytor (ów Brescianello) nadworny władców Wirtembergii. A przez Wirtembergię mamy prawie – że po drodze na nasz tegoroczny urlop.  I tak od słowa do słowa, od nuty do nuty zaplanowany został wyjazd do Ludwigsburga (zwiedzanko i spanko) a potem  już wprost na docelowy urlop w Wenecji Euganejskiej.

Ludwigsburg słynie z barokowego pałacu, który książę Eberhard Ludwik zbudował sobie z zazdrości wobec Wersalu. Czy mu w jakimś stopniu dorównuje – śmiem wątpić. Być może najlepszym porównaniem będzie zestawienie dwóch albumów i postaci muzycznych. Sądzę (choć piszę to z pełną świadomością, że nie widziałem ani Ludwigsburga ani Wersalu), że jeden pałac do drugiego ma się tak, jak muzyka Brescianella do muzyki Marca – Antoine Charpentiera, nadwornego kompozytora Króla Słońce. Obaj panowie pisali piękne kawałki, ale porównywanie ich muzyki i osiągnięć – jakby mocno nie szukać wspólnego mianownika – to jednak czynność pozbawiona większego sensu. Podobnie zresztą, jak nazywanie Ludwigsburga niemieckim wersalem.

Cieszmy się… i jednym, i drugim.

A wspomniany Charpentier specjalnie na tę okazję zrecenzowany został tu.

Zdjęcia? Jak tylko dotrę na miejsce…

A grają tak:

Read Full Post »

… bo skoro zima za oknem nie zamierza odpuszczać, skoro ogień w kominku buzuje i pęcznieją kominy, skoro gęstym puchem piernaty wabią i pierzyny* to warto jeszcze na chwilę wrócić do atmosfery Bożego Narodzenia. Które muzycznie w tym roku jakoś tak zwyczajnie przeszedłem.

Nadrabiając więc zaległości – proponuję zajrzeć do działu Recenzje. Tam więcej szczegółów.

A nam niech pogra i pośpiewa RIAS Kammerchor. Wade’owskie Adeste Fideles, które tego roku wybrzmiało również i w naszej kolegiacie. Prawie, jak z płyty:

*cytat z Jacka Kaczmarskiego…

Read Full Post »

Marc-Antoine Charpentier

… czyli wreszcie rzecz o francuskim baroku w dziale recenzje. Trochę mi zeszło, ale wreszcie jest. Pod TYM linkiem.

A czytanie niech nam umila przywołany do tablicy Charpentier. W swoim najbardziej znanym utworze Te Deum w wykonaniu Williama Christie i jego Les Arts Florissants.

Read Full Post »

Jesienne widoki na...

Jesień nadeszła pełną gębą. Mgła wczoraj i dziś, szron na samochodach i ogrzewanie szumiące ciepłem z kaloryferów. Jesień i tyle. Popołudnia jeszcze przyjemne, aż szkoda je spędzać w murach zakładów pracy.

Muzycznie tej jesieni zrobiłem sobie plany na francuski barok. Jakoś tak się złożyło, że niewiele o nim w Klasycznej Niedzieli się napisało, więc czas to nadrobić. O Couperinie (ale Louisie, a nie Franciszku) wspomniałem przy okazji Kórnickich Wieczorów Zamkowych, o Lullym też chyba słowo się rzekło by okazji kolejnej rocznicy rewolucji francuskiej. A o bohaterze niniejszego wpisu dotąd nie było ani słowa. Więc już się poprawiam.

Moje zaniedbanie względem muzyki francuskiej nie wynika (broń Boże) z jakiegoś uprzedzenia do tego narodu (choć historycznie mogłoby być uzasadnione). Ot, nie moja to wina, że myślisz barok, mówisz Bach (znaczy nieistniejące wówczas obecne Niemcy) albo Vivaldi (znaczy nieistniejące wówczas obecne Włochy). Nie ma co ukrywać, że te dwa nurty wiodą prym w muzyce barokowej. Jednak, jak to już zostało tu wcześniej napisane, Polacy też swoją cegiełkę do pięknego barokowego świata muzyki dołożyli (vide album Alla Polacca Ensemble). Zatem skoro my, tacy zawojowani na przełomie XVII i XVIII wieku potrafiliśmy wykrzesać tyle pięknych dźwięków, to co można powiedzieć o Francji z czasów Króla Słońce?

Marc-Antoine Charpentier to pierwszy z kompozytorów, których tej jesieni grają u mnie w mgliste poranki w domu (i w samochodzie). Jego muzyka: motety i msze, które polecono mi w wiadomym sklepie to jedne z piękniejszych barokowych kompozycji, jakie dane mi było w tym roku słyszeć. Piękne partie solowe, chóry, świetnie wszystko wspierane przez instrumentalistów – czego więcej trzeba?

Zatem, póki co zostawiam was z obrazkami z naszych jesiennych pól i muzyką Charpentiera. Zanim zrecenzuję jego album – posłuchajmy znakomitych Les Arts Florissants prowadzonych przez Williama Christie. Na początek uwertura do opery Acteon. Reszta dostępna w wiadomym serwisie, choć… nigdy nie wiadomo, jak długo. Miłego popołudnia – u mnie za oknem właśnie wyszło słońce, więc jest szansa, że wieczorem będziemy je żegnać podobnie, jak ostatniej niedzieli…

Read Full Post »

William Hogarth: Marriage Proponuję nie wymiotować na sam dźwięk  słowa celebryta – nie będzie w tym tekście ani  pół zdania na temat dzisiejszych lansujących  się ludzików, którym zdaje się, że bez  wykorzystania warholowskich 5 minut nie da  się przejść życia. Słówko „celebryta” tytule  pojawia się celowo bo (UWAGA! – zaraz  padnie kolejne słynne hasło) event nawet w  funkcjonującym blogu jest potrzebny!  Wracając do naszego hasła  – zrobiło to  sformułowanie karierę w naszych czasach, za  sprawą różnych wątpliwych osób i osóbek.  Ale wbrew powszechnemu mniemaniu lansowanie siebie samego nie jest wyłącznie domeną XX i XXI stulecia. Przestrzeni dziejowej nie zamierzam analizować (choć może quiz jakiś przydałoby się ogłosić – zastanowię się…), jednak w odniesieniu do kompozytorów, mieszczących się w zakresie zainteresowania mojej pisaniny słówko wydaje się idealnie pasować. Przed wiekami przecież celebrytów  też można było spotkać i wcale nie trzeba się specjalnie wysilać, by takie postacie poszukać. Ot, choćby opisywany w Klasycznej Niedzieli … Jerzy Fryderyk Händel (żeby daleko nie sięgać), tudzież również wspomniany Pietro Locatelli (jak nazwać te jego owiane tajemnicą  domowe koncerty dla wtajemniczonych, jak nie właśnie lansem??). Za celebrytę też można uznać postać, której tyczy się niniejsza zapowiedź recenzji. Panie i Panowie: Henry Purcell.

Obiecane swego czasu (publicznie, bo w sieci) trzy słowa, albo trochę więcej o Henrym Purcellu jakoś nie chciały się napisać. Zawsze w momencie, gdy siadałem do klawiatury coś wyskakiwało zza węgła i wciskało się do kolejki perfidniej, niż rozwydrzeni turyści w kolejce na Kasprowy. Czas to nadrobić.

Mistrz muzyki swoich czasów zmarł w wieku zaledwie 34 lat, będąc w chwili śmierci na szczycie sławy i kariery.  Kompozytor zajmujący w XVII –sto wiecznej Anglii chyba najbardziej zaszczytne dla muzyka i kompozytora tamtych czasów stanowisko – najpierw organisty w katedrze westminsterskiej, potem kompozytora nadwornego Królowej Anglii, a następnie organisty katedry królewskiej.  Wszystko to osiągnął nie mając nawet 30 lat. Genialny jak Mozart, chorowity jak Chopin, zdolny i przedsiębiorczy jak The Beatles razem wzięci. Cały  Henry Purcell.

O ile Thomas Tallis i William Byrd, mistrzowie angielskiego renesansu, wwiedli muzykę angielską na salony gutenbergowskiej rzeczywistości, ale pozostali pod wpływem włoskich naleciałości muzycznych, o tyle Purcell, mimo tradycji bachowskiej, mimo niewątpliwych wpływów baroku stał się jednym z pierwszych kompozytorów z wysp, którzy brzmienie muzyki z naleciałościami angielskimi pokazali szerszemu światu. Co ważne, jego przedwcześnie zakończone życie wcale nie zepchnęło go na boczne tory zapomnienia. Zwłaszcza w XX wieku, w którym szereg artystów ponownie sięgnęło do muzyki Purcella, słysząc w jej melodiach inspirację dla swoich rockowych i około rockowych poczynań.

A Henry, cóż, zmarł… prawdopodobnie na suchoty, które zmogły też naszego Fryderyka. Spoczywa obok organów w katedrze westminsterskiej, a wypisane na kamieniu nagrobnym epitafium głosi: “Here lyes Henry Purcell Esq., who left this life and is gone to that blessed place where only his harmony can be exceeded”. W rzeczy samej, nic dodać, nic ująć.

Próbka jego umiejętności tu. Reszta w recenzji.

Obrazek pobrany z Wikipedii.

Read Full Post »