Feeds:
Posty
Komentarze

Posts Tagged ‘XVII w.’

… Henry Du Mont. W języku, który brzmi, „…jakby kto cynowe misy potrząsał…”. Ale i tak pięknie.

Read Full Post »

Ludwik XIV – co by o nim nie mówić – wyrazistą postacią był. Wiedział, co lubi, lubił, co znał, zaś rzadko oczekiwał nowości, słusznie w nich upatrując zagrożenie dla jego status quo. Państwo to ja – ten cytat wszyscy znają i trudno o bardziej dosadne potwierdzenie władzy zupełnej monarchy. Władzy i wiedzy dodajmy od razu. We wszystkim.

Najsłynniejszy z Bourbonów poza polityką, wojskowością, racją stanu i całą masą różnych rzeczy, na których znał się  najlepiej miał również własne zdanie względem muzyki. Jego specyficzne kontakty z Lullym, który wybił się przy Ludwiku na gwiazdę tamtego okresu przeszły już do legendy (doczekały się nawet całkiem dobrego filmu, o którym może będzie kiedyś okazja jeszcze coś skrobnąć), ale i pozostali kompozytorzy, skupieni wokół dworu absolutnego króla nie mogli narzekać na brak zainteresowania. Król lubił muzykę, za jednymi kompozycjami przepadał, a inne go nużyły, toteż i jego kompozytorzy starali się jakoś pod owe oczekiwania monarchy dopasować.

Wieść bowiem niesie, że Ludwik XIV nie przepadał za klasyczną i bardzo rozpowszechnioną w tamtym okresie formą muzyczną, za jaką zwykło się uważać mszę. To dość specyficzne, bo praktycznie każdy znaczący kompozytor z czasów baroku miał w repertuarze jakąś missa tudzież grand mass. Grywano je po kościołach i dworach ówczesnej Europy, ale… nie we Francji. No, może nie był to tak drakońsko realizowany zakaz, jak w przypadków niemieckiej nienawiści do Chopina kilka wieków później, ale jednak w obecności Króla – Słońce raczej tej formy muzycznej unikano. Życie, a ściślej tu – muzyka nie znosi próżni – skoro msza była „zakazana” to na jej miejsce powstała inna forma muzyczna, zaspokajająca gusty i oczekiwania władcy w stopniu wprost zadziwiającym. Mowa tu o „grand motet” wokalno – instrumentalnej formie rozwijanej na dworze francuskim właśnie za sprawą zachcianki Ludwika.

Czym różnił się grand motet od jego „pomniejszej” wersji czyli motetu? Ano tym, że przypominał bardziej kantatę, niż tradycyjny motet. Kantatę świecką dodajmy, choć oczywistym jest, iż elementów religijnych zupełnie uniknąć się nie dało… koniec końców wszak Ludwik XIV mienił się być „Z Bożej łaski Arcychrześcijańskim Królem Francji i Nawarry”Więcej oczywiście w dziale recenzje. Zapraszam.

Read Full Post »

słynna markizaKim był Król Słońce, każdy chyba wie. Nawet ci, co nie uważali na lekcjach historii coś tam winni kojarzyć. Jak nie kojarzą, to już nie pomogę, ale też zawsze można zapytać Wikipedię. Za to o kochankach Ludwika XIV w szkołach nie uczą, więc o nich opowiem. A konkretniej o jednej z metres, boć ta stała się tak po prawdzie późniejszą sekretną żoną francuskiego króla. Franciszka d’Aubigné, Markiza de Maintenon, bo o niej mowa,  jest zatem bohaterką niniejszego wpisu i łączącej się z nim recenzji. Zanim jednak przejdziemy do owej recenzji, krótkie wyjaśnienie tytułu. By dobrze tę historię opowiedzieć, trzeba się cofnąć do czasów Henryka IV króla Nawarry. Jegoż to przyjaciel, poeta i późniejszy żołnierz Théodore Agrippa d’Aubigné pozostał do końca wierny protestanckim dogmatom i porzuciwszy dwór królewski (po zmianie wyznania przez Henryka – słynne zdanie „Paryż wart jest mszy” właśnie on ponoć wypowiedział) zaszył się na prowincji. W jednym z takich miejsc przyszła na świat jego wnuczka, Franciszka, którą jej matka ochrzciła i wychowała na żarliwą katoliczkę (co w hugenockim Poitou łatwe z pewnością nie było, zwłaszcza po czystkach religijnych do jakich doszło po zabójstwie Nawarrczyka). Kim była i co robiła zanim wchłonął ją dwór Ludwika XIV dla historii tej znaczenia specjalnego nie ma. Ważne, że … jej katolickie wychowanie, religijność i wpływ na władcę nie pozostały bez echa względem francuskiej muzyki tamtego okresu. Tak się składa bowiem, że markiza de Maintenon nie przepadała za operą (i trochę ją rozumiem), zaś od muzyki wymagała religijnego zacięcia. Toteż kompozytorzy, których całkiem liczne grono wspierała i opłacała (Monsieur „Państwo to Ja” na coś musiał tę swoją kasę wydawać) by jej gustom schlebić i się przypodobać pisali wszystko, tylko nie opery. Bo po cóż pisać takie dzieła, skoro dwór ich nie chce oglądać? A nawet jak wszyscy by chcieli, a jedna osoba nie – to dwór nie chce…

I tak wspierany finansowo przez Franciszkę Louis – Nicolas Clérambault pisał sobie kantaty i różne religijne utwory, świadom tego, skąd płyną pieniądze. Tamże też Andre Campra nie stronił od wymagań stawianych przez bogobojną Franciszkę, a jego kompozycje zdały się być dzięki temu miłe dla ucha królewskiego. Jedynie Michel Pignolet, później zwany de Monteclair ze wsparcia słynnej metresy nie skorzystał. Co więc robi w tym towarzystwie? Ano o tym więcej w dziale recenzje…

Czemu zaś „muzyka na teraz”? Ano, bo słynną markizę dwór francuski – gdy tego nie słyszała – zwykł nazywać  „Madame Le Maintenant” co ni mniej ni więcej znaczy po prostu „Pani na teraz”. Ot, co.

Jednak z kantat poniżej. Co prawda w innym wykonaniu, ale równie pięknie. Jak gra Arion i śpiewa Daniele Forget, zapraszam do działu recenzje…

Read Full Post »

Przypadek sprawił, że kupiłem spiwkoobie wczoraj butelkę piwa z reanimowanego po latach browaru z Bojanowa. To już kolejne (po Bojan Wielkopolskim), jakie zachciało mi się próbować i owszem, tym razem jest nieźle. Co prawda piwo dalej, jak za najlepszych czasów komuny się nie pieni, ale nie bądźmy zbyt wymagający. Zresztą ja tu nie o piwie chciałbym deliberować, a o tym, co za sprawą wspomnianego zakupu do mnie dotarło.

Otóż – wstyd to przyznać – jakoś umknęła mi społecznościowa publikacja tycząca się akcji Husaria Przed Pałac. Dowiedziałem się o tym szczytnym pomyśle właśnie z butelki piwa. I jak już się zwiedziałem, to i samo poszło dalej jak z płatka. Piwko, muzyka Marcina Mielczewskiego i fragmenty Pamiętników Jana Chryzostoma Paska. Wszystko to ładnie się wzajemnie uzupełnia. Wiosna za oknem toć i piwko smakuje wybornie. Więcej o płycie w dziale recenzje.

A grają tak:

Read Full Post »

Zanim przełamiemy się opłatkiem, złożymy sobie życzenia i zasiądziemy do stołów. Zanim to co nie gotowe będzie wreszcie przygotowane. Zanim pierwsza gwiazdka zaświeci na niebie – możemy posłuchać sobie, jak Johann Rosenmüller opowiada nam swoje historie bożonarodzeniowe rodem z XVII wieku. Czasy były wtedy inne, a jednak ludzie trwali. Zapraszam do działu recenzje, a sam idę kończyć piernik.

Read Full Post »

A skoro tak, to gdyby ktoś poszukiwał muzyki na tę okoliczność, a chciałby uniknąć oczywistych oczywistości (w rodzaju kantat lub oratoriów znanych kompozytorów) to zapraszam do działu recenzje. Tam krótka (jak na mnie) notka na temat muzyki z Hamburga. Czyli tego, jak Boże Narodzenie świętowała szkoła północnoniemiecka. Recenzja TU.

A grają tak 🙂

Read Full Post »

Festiwal już za nami. Tempo iście sprinterskie, ponad dwadzieścia koncertów w 12 dni. Dwa, a czasami trzy dziennie. Niełatwa konieczność dokonywania wyborów. Towarzyszyła mi jeszcze zanim zabrzmiała pierwsza nuta i pozostała ze mną, gdy już to poznańskie święto muzyki klasycznej przeszło do historii. Mam nadzieję, że festiwal się przyjmie, że niełatwa sztuka proponowanie ludziom muzyki klasycznej pozostanie w Wielkopolsce na długie lata. Że ciągnąć tu będą artyści światowego formatu. Okoliczności przyrody są sprzyjające, pora roku idealna. Pomysł świetny. A wykonanie? Cóż, jak było możecie się przekonać czytając choćby te parę słów o baroku włoskim inkorporowanym w XXI wieku na grunt polski.

A grali tak…

Read Full Post »

Older Posts »