Feeds:
Wpisy
Komentarze

Posts Tagged ‘XX w.’

W ubiegłym roku upłynęło 200 lat od narodzin Fryderyka Chopina. Ledwie się tenże jubileusz skończył, a już obchodzimy Rok Miłosza, gdyż 30 czerwca br. mija właśnie 100 lat od dnia urodzin naszego Poety. Z tej okazji, skoro rocznicowe lata tak się zazębiły, krótkie ich wzajemne spotkanie. W jedyny z możliwych sposobów na tym padole…

„Gdybyś ją widział, panie Fryderyku, 

Jak ciemne palce kładzie na klawiszach

I kędzierzawą głowę pilnie schyla,

Jak nogę szczupłą stawia na pedale

Śmiesznie dziecinną, w zdeptanym buciku,

A kiedy sala nagle się ucisza

Pierwiosnek dźwięku powoli rozwija.

Gdybyś  zobaczył na sali, w półmroku,

Jak błyszczą zęby w rozchylonych ustach 

Kiedy fortepian twoje troski niesie,

I jak ukośną smugą pada z boku

I wrzawą ptaków przez witraże chlusta

Wiosna w nieznanym z imienia ci mieście,

Gdybyś zobaczył jak te dźwięki fruną

I targną pyłem, słoneczną kolumną

Nad czarną twarzą, na dłoni opartą –

Pewnie powiedziałbyś, że było warto.”

Czesław Miłosz: Na małą Murzynkę grającą Chopina („Światło dzienne”, Instytut Literacki, Paryż, 1953)

Reklamy

Read Full Post »

Wczoraj minęło – co pewnie większość ludzi interesujących się muzyką zakonotowała, 40 lat od dnia śmierci geniusza gitary – Jimiego Hendrixa. Co mu zawdzięczamy, można wyczytać na wielu blogach i portalach internetowych, napisano o nim całe tomiska książek. Co i rusz wydawane są „nowe” płyty, jak choćby ostatni album z JEDNYM nowym nagraniem (ech, ten marketing). Nie będę się zatem rozpisywał, ale Jimiego zlinkuję, bo … to klasyka rocka i tyle. 40 lat… cóż, ta cyfra sporo znaczy również dla mnie, ale o tym innym razem.

Druga cyfra na dziś została trochę przyspieszona. Bo dziewiątego października mija 425 lat od dnia urodzin innego rewolucjonisty muzycznego. Tamtego dnia, w Köstritz (obecnie znanego jako Bad Köstritz) w domu, który istnieje do dziś urodził się Heinrich Schütz. Niemiecki kompozytor wczesnego baroku.

Zestawienie tych dwóch postaci (cyfr) pewnie dziwi. A nie powinno. Dlaczego – o tym niżej.

Jimi Hendrix przeszedł do legendy, bo jego  sposób gry na gitarze zrewolucjonizował  świat muzyki rockowej. Nie chodzi tu  oczywiście (lojalnie ostrzegam, te dwa linki  „łagodne” nie są!!) o kopulowanie z gitarą a  potem jej spalenie, ani o granie zębami, ale o  te kosmiczne dźwięki, jakie Jimi wydobywał z  tego instrumentu. Dotąd grywano sobie na  niej akordy, albo solówki, a Jimi jako  pierwszy zagrał na gitarze jedno i drugie  jednocześnie i na dodatek zrobił to tak, jakby  miał ich z pięć w rękach. Dzięki temu brzmienie nabierało mocy, atakowało różnymi frazami i przytłaczało słuchacza taką ilością wygenerowanych nut, aż trudno było dostrzec czy słuchamy jeszcze utworu, czy też jego improwizacji. Najpełniej brzmi to w moim ulubionym Third Stone From The Sun, który w linku podaję i do wysłuchania zachęcam, mimo, że z muzyką klasyczną pozornie niewiele ma ten kawałek wspólnego.

Heinrich Schütz to też rewolucjonista w muzyce. Miał jednak to szczęście, że żył znacznie dłużej, niż dwudziestowieczny mistrz gitary elektrycznej. Nie zmarł tragicznie w młodym wieku, choć wszelkie możliwości ku temu miał – wystarczyło napatoczyć się jakiejś armii podczas pustoszącej Europę wojny trzydziestoletniej. Inna sprawa, że pewnie stałby się wówczas jedną z tysięcy anonimowych ofiar i tyle byśmy o nim słyszeli. Zatem – skoro jego wyjątkowość nie wynika z eventów pozamuzycznych – to rewolucjonizm Schütza związany musi być z kwestiami muzyki. Tu nieśmiało posłużę się zdaniem Alberta Schweizera, który w swojej biografii Bacha napisał tak:

[…] Rewolucyjny jest w niemieckiej muzyce kościelnej fakt stosowania (przez Schütza – przyp. mój) na modłę Gabrielego większej ilości chórów dla wywołania dramatycznych masowych efektów […]. Rewolucyjne jest samodzielne wykorzystanie orkiestry w utworach powstałych po drugim pobycie kompozytora we Włoszech, kiedy to poznał sztukę Montiverdiego. Rewolucyjne jest wprowadzenie recytatywowych śpiewów solowych […]

Wszystko to dlatego, że wówczas (niezależnie, czy były to nabożeństwa katolickie, czy protestanckie) śpiewano (choć raczej recytowano w oparciu jedną melodię) słowa Pisma Świętego.  Schütz, po powrocie z Włoch zaimplementował tamtejsze rozwiązania na grunt niemiecki i tchnął życie w skostniały wizerunek muzyki siedemnastowiecznej. Wydaje się, że bez niego nie byłoby ani Buxtehudego, ani tym bardziej Bacha i Händla.

Obaj wymienieni muzycy ruszyli otaczający ich muzyczny świat z posad. Nic już nie miało być takie same – ani siedemnastowieczne kantaty, ani dwudziestowieczne rockowe piosenki. Czy świat mógłby istnieć bez tych dwóch ludzi? Mógłby, ale po co?

Na koniec, jak na Klasyczną Niedzielę przystało, Heinrich Schütz i jego Die mit Tränen säen (SWV 378) w wykonaniu oczywiście niesamowitego Collegium Vocale Gent pod Herreweghem. Cudo!

Read Full Post »

Mróz za oknem, Lód Dukaja na stole. Kawa zaparzona, kawałek piernika – ni mniej ni więcej tylko celebrowanie niedzielnego przedpołudnia. Do ognia dorzuciłem, syn śmiga na sankach z kolegami, a moja kolej ciągnięcia kuligu jeszcze nadejdzie. Póki co – muzyka do kawy.

Na początek, zaprzeczam wszystkim okolicznościom faktycznym, poza tymi, które zostaną przeze mnie wyraźnie przyznane. Wszelkie domysły, jakobym nie lubił opery są nieprawdziwe. Dla poparcia tej tezy kawowe przyjemności muzyczne zaczniemy z Marią Callas.

Jej aria Madame Butterfly z opery Pucciniego – Un bel di, vedremo! (może być z ładnie wydanej – dość dobrze nagranej płyty wydanej swego czasu przez Bibliotekę Gazety Wyborczej – w linku dokładnie to nagranie) może i jest zbyt smutna, może i chwyta za serce i lekko burzy łagodny i beztroski porządek dnia, ale co tam! Nie da się przejść obok tego nagrania wykonując jakieś codzienne czynności. Trzeba się wsłuchać w skargę Madame Butterfly, czekającą na Pinkertona na wzgórzu.

Skoro pojawił się już motyw wojskowy (a i w Dziadku do Orzechów proponowanym do śniadania żołnierze są jednym z bohaterów baletu) – porucznik Pinkerton z US Navy, to aby nie odbiegać tematycznie a zarazem muzycznie zgrabnie przejdźmy do chóralnej partii „Marsza Żołnierzy” z Fausta Charlesa Gounoda. Możemy sobie wyobrazić radość żołnierzy maszerujących do domu – to wszystko słychać w śpiewie regimentu Walentego, wracającego z wojny (w linku widać niesamowity rozmach scenerii z przedstawienia z 2008 roku).

Idąc dalej – na chwilę wróćmy w nasze polskie klimaty – Intrada z Aktu I Strasznego Dworu: Maciej, Stefan i chór wracających z wojny żołnierzy śpiewających nieśmiertelne „Dobrze, dobrze panie bracie, przewyborny ten nasz plan: nie ma niewiast w naszej chacie, vivat semper wolny stan!” – co akurat zgadza się dziś, bo niewiasty pojechały kupować butki i torebunie  🙂

I wreszcie na koniec kawowego spotkania z ariami operowymi – Anna Netrebko – najpierw w jej wykonaniu słynna „Rusałka” Antonína Dvořáka, od której chyba każdy, kto kiedykolwiek słuchał rosyjskiej divy musiał zacząć. A po nim wracamy do Pucciniego – „O mio babbino caro” z opery Gianni Schicchi. Jeśli komuś kawa wystygła lub rozlał ją z wrażenia, rozumiem. Zdarza się.

Udanego popołudnia.

Read Full Post »

Na początek wyjaśnienia dwa. Pierwsze: „niepopularne” nuty wcale nie są takie nielubiane (albo zapomniane) – przeciwnie, jak już ktoś został przedstawiony muzyce klasycznej, to większość tych nagrań dobrze zna. A jak nie został – to może przeczytać ten tekst. Drugie: każdy, kto już liznął troszkę klasyki, może mieć inne zestawienie ulubionych dźwięków w głowie (uszach), więc czytanie poniższego tekstu może potraktować jako zaproszenie do wyrażenia własnego zdania.

Jutrzejszy dzień będzie Klasyczną Niedzielą opartą na wędrówkach przez różne mniej lub bardziej znane melodie i utwory. Może wśród różnych linków, zamieszczonych w tym blogu natraficie na małą, ale jakże ważną nutę, która na zawsze (lub choć na chwilę) pogrąży was w ramionach greckich muz. Wrócę tematu rankiem.

Zaraz północ, a skoro tak, to zasypia się najlepiej przy wizji wiosennych chwil w Appalachach, stworzonej w 1944 roku, w czasach największych XX-sto wiecznych okrucieństw przez Aarona Coplanda. Historia amerykańskich pionierów, świętujących po zakończeniu budowy ostatniego budynku jest tak nudna, że można zasnąć. I tak przy okazji się dobrze składa – przecież o sen nam chodzi. Appachian Spring … i zobaczymy się rano.

ps. poniżej uspokajający zimowy polski pejzaż…

Read Full Post »