Dietrich Buxtehude to Niemiec. Tak mówią … Niemcy. Pfff… odpowiadają Duńczycy twierdząc, że akurat ten kompozytor to był Duńczykiem i basta. No może i był, tak ponoć tak napisał na łożu śmierci w hamletowskim Helsingorze. Ale to nie koniec roszczeń narodowościowych. Dlaczego? Ano, bo wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, iż tenże nasz winowajca urodził się w … w dzisiejszej Szwecji. Uff…
Urodził się w Szwecji, to Szwed. Ale umarł w Danii, to Duńczyk. Hm, a skoro tworzył i pracował głównie w północnych Niemczech… to jednak Niemiec? O rany…
W sumie – biedny i nieświadomy współczesnych nam kłótni autor znakomitej muzyki może sobie przynależeć gdzie bądź. Ani mnie to ziębi, ani parzy – nasze obecne podejście do spraw narodowych nijak się ma do szesnasto – siedemnastowiecznych konwenansów. Kto czyim był wtedy partyzantem (nawet to słowo się obecnie ciut różni od dawnego swojego znaczenia) nie dojdziemy wg dzisiejszej zasadniczości i już. Gdyby tak patrzeć, to … Jan Sebastian Bach był nadwornym kompozytorem króla Polski. A skoro tak, to nasz ci on jest, nie ich! Białą nałęczką go i wara Germańcom od naszego „rodaka”. Mógłbym tak dalej, ale… jak się rzekło – zupełnie mnie to nie obchodzi. Liczy się tylko muzyka.
A właśnie muzyka. Skoro o niej mowa, to w dziale recenzje znajdziecie tekst o Buxtehude. A konkretniej to o tym, co z jego utworem zrobił Fasolis. I jakby komuś było mało, to zaraz obok słów kilka o Johannie Rosenmüllerze. Ave.
… już w dziale recenzje. Na szczęście to nie jakieś the best of (którego nie cierpię), tylko zestawienie kilku przyjemnych utworów różnych kompozytorów. Całość scalona wykonaniami Freiburger Barockorchester prowadzonej przez Thomasa Hengelbrocka. Do poczytania TU.
Gdyby ktoś miał ochotę i czas – to serial z Jordi Savallem w Mezzo trwa. Już dziś wieczorem – najpierw La Capella Reial de Catalunya i Hesperion XXI, oczywiście Montserrat Figueras oraz Jordi Savall o 20.30 (choć, nauczony doświadczeniami ze środy to uważałbym na te godziny) zagrają koncert „Jerozolima – Miasto Pokoju”. To ten sam cykl, jaki swego czasu wykonawcy zaprezentowali w Polsce w ramach 8. Międzynarodowego Festiwalu i Konkursu Indywidualności Muzycznych – Tansman 2010.
Ale to nie wszystko.
Tuż po Jerusalem – równie niezwykłe wydarzenie muzyczne. Ten sam skład muzyków, ale koncert inny. Zapomniane Królestwo: Krucjata przeciw Albigensom: Tragedia Katarów. Koncert z 2010 roku.
Dawno tyle czasu nie spędziłem przed telewizorem. Nawet do wczoraj powiedziałbym, że to w moim przypadku niemożliwe. A jednak..
Trzy wczorajsze koncerty, które zapowiadałem kilka dni temu obejrzałem we środę z przyjemnością i … prawie w całości (córuś moja była bardzo łaskawa tym razem). A środkowy koncert orkiestry La Capella Reial de Catalunya wraz z ansamblem Hesperion XXI, z oczywistym prowadzeniem koncertu przez Jordiego Savalla był chyba najciekawszym i zarazem najtrudniejszym w odbiorze wydarzeniem, z jakim dane mi się było wczoraj zmierzyć. Dlaczego?
Otóż muzyka z czasów dynastii Borgia, bo taki był zakres czasowy wykonywanych dzieł do łatwych nie należy. Primo, wymaga od słuchacza skupienia i obycia muzycznego, bo … jako kompozycje z przełomu średniowiecza i renesansu napisane … w Hiszpanii, więcej mają z muzyki arabskiej chwilami wspólnego, niż z kontynentalnymi zaśpiewami tradycyjnie kojarzonymi właśnie z taką muzyką.
Specyfika tamtych kompozycji sprowadza się do innego instrumentarium, co więcej, także do odmiennego modulowania głosów, tak wokalistów, jak i śpiewających wspólne partie chórzystów. Na środowym koncercie było to widoczne, a właściwie słyszalne doskonale: za sprawą świetnego solowego występu Monstserrat Figueras (tak na marginesie, ów koncert w Mezzo był niejako wspomnieniem tej znakomitej Artystki, byłej żony Jordiego Savalla, zmarłej niespełna miesiąc temu). Zarówno jej śpiew, jak i gra na cytrze to przeżycie niezwykłej rangi. Polecam, bo muzyka z przełomu średniowiecza i renesansu w naszej części Europy brzmi zupełnie inaczej. Zawsze jednak warto zobaczyć i posłuchać, jak wielcy współcześni artyści próbują odtworzyć muzykę dawną.
Świetny koncert. Niełatwy, ale wart zobaczenia. Jeden tylko minus. Mezzo nie trzyma się godzin nadawania programów. Zatem – jeśli ktoś ma dekoder z funkcją nagrywania – zdziwi się niezmiernie, gdy okaże się, że nagrało mu się niekoniecznie to, co chciał obejrzeć. Choć… akurat w tym przypadku towarzystwo było przednie. Ale, o tym następnym razem.
Rzadko namawiam do obejrzenia czegokolwiek w telewizji. Bo też niezbyt często warte zobaczenia rzeczy można w niej znaleźć. Zwłaszcza, jeśli chodzi o muzykę klasyczną. Zatem dziś mała odmiana – dziękuję Lirael - z niewielkim bądź co bądź wyprzedzeniem, ale zawsze.
W najbliższą środę, w Mezzo (kto ma cyfręplus ten znajdzie ów program na kanale 162) szykuje się uczta dla melomanów. Najpierw o 18.15 Jana Sebastiana Bacha „Oratorium na Boże Narodzenie”. Koncert z 2008 roku, zagrany i zaśpiewany przez Camerata Vocale de Freiburg, Christophe Prégardien, Markus Flaig, Marijana Mijanovic i Heike Heilman. Dyryguje: Winfried Toll.
Jakby komuś jednak było mało, to zaraz po kantatach bachowskich inna znakomitość sceny muzycznej (choć współczesna). O 20.30 czeka nas spotkanie z „Dynastią Borgiów”. Ówczesne czasy przybliży nam muzyka wykonywana przez La Capella Reial de Catalunya, Hesperion XXI, Montserrat Figueras i oczywiście Jordiego Savalla. WARTO!!!
I to jeszcze nie koniec. Bo o 22.30 orkiestra Le Concert des Nations oraz ponownie Jordi Savall zagrają jak w czasach Ludwika XV. Będzie to retransmisja koncertu, jaki odbył się na festiwalu w Opactwie Fontfroide. W programie, same piękne rzeczy: Corelli, Telemann, Rameau. Bezwzględnie trzeba!!!
No, to miłego wieczoru. Idę po kawę i kawałek piernika…
Jest taka kolęda (właściwie to legenda, a na jej podstawie powstała specjalna pieśń), że gdy Maryja z Józefem jechali do Betlejem na ów znany wszystkim spis ludności, mijali sad owocowy, w którym rosły czereśnie. Maria, jak to na kobietę w ciąży przystało nie mogła sobie odmówić tych czereśni, a Józef, który ciut się jeszcze na nią boczył specjalnie miły nie był i delikatnie rzecz ujmując – odmówił. I na tym byłoby się skończyło, ale we wszystko wmieszał się Jezus (Bóg, więc co z tego że nienarodzony jeszcze?), który kazał drzewom pochylić się ku swojej Matce, tak, aby ta mogła owych czereśni zakosztować. Na takie dictum Józefowi zrobiło się głupio, zaraz tych czereśni narwał i potem już potem grzecznie robił co do niego należało.
Chybam niczego nie przekręcił. A jeśli nawet, to w sumie nieważne. Jezus się nam jutro narodzi, a The Cherry Tree – piętnastowieczną kolędę możemy usłyszeć tylko jak mamy wielkie szczęście. Albo też – mamy (jak ja) na półce album kwartetu Anonymous 4. Którego recenzję znajdziecie TU.
Błogosławieństwa Bożego dla tych co wierzą. Reszcie – świętego spokoju…
David King, w swojej książce Wiedeń 1814 pisze o Saksonii tak:
Na początku dziewiętnastego wieku Saksonia była kwitnącym regionem, z licznymi miastami, gospodarstwami rolnymi i kopalniami, między innymi srebra i nefrytu. Stolica królestwa, Drezno, położone na obu brzegach Łaby, szczyciła się licznymi pięknymi pałacami, niekiedy „wielkimi jak miasta”, które zyskały sobie miano „Florencji nad Łabą”, słynącej z renesansowej i barokowej architektury.
Saksonia i samo Drezno do dziś robią wrażenie. Niemcy, jak to oni potrafią, odbudowali stolicę landu po każdej klęsce, jaka na to miasto spadała, włączając w to odwiedziny amerykańskiej Ósmej Armii w lutym ’45 roku. Jednak znaczenie Drezna, to nie tylko okres wojen napoleońskich, ale trwający o wiele dłużej czas rządów Wettynów, którzy może i najlepszymi władcami nie byli (no w I Rzeczpospolitej to na pewno byli marnymi władcami), ale przynajmniej w jednym im się poszczęściło. Na ich bowiem czas przypada jedna z
najpiękniejszych kart w historii muzyki klasycznej. Czas niemieckiego baroku, kompozytorów, którzy odmienili świat ówczesnej i późniejszej muzyki na zawsze.
Tego wieczoru miało nie być. Wszystko bowiem szło nie tak. Dowiedziałem się o tym koncercie przypadkiem i w sumie w ostatniej chwili (dwa dni przed to jednakowoż niewiele czasu na ułożenie planów). Obowiązki zawodowe nie dawały nadziei uzyskania biletów, a ja niepotrzebnie spanikowałem, że nie będzie ich można nabyć przed samym koncertem. Ale… mój równie przypadkowy telefon zmotywował znajomego. A on … załatwił wejście (twierdząc przy tym, że to ja zadziałałem mobilizująco na niego). Ostatecznie zatem zjawiliśmy się na koncercie, biletów załatwionych nie było, ale … można je było jeszcze kupić. I udało się.
Całe szczęście. Kościół oo. Franciszkanów na Górze Przemysła duży nie jest. W każdym razie sprawia większe wrażenie z zewnątrz, niż od środka. Toteż, gdy już się dostaliśmy do wnętrza i okazało się, że ławki pozajmowane, słowem – raczej brak miejsc. Cóż, troszkę się zmartwiłem. To oratorium krótkie nie jest, a stać tak długo… ech, marnie by było. Na szczęście dojrzeliśmy, że nikt nie usiadł na przedzie bocznej nawy, zupełnie obok orkiestry. I dobrze, bo te miejsca zdecydowanie spełniły swoją rolę – dźwięk był czyściutki, pełny, głośny, akuratny, ale… nie uprzedzajmy faktów.
No idą. Nie sposób nie zauważyć. Ale – oprócz tych wszystkich oznak, które działają nam na nerwy, przeszkadzają i generalnie wywołują sporą niechęć są też plusy dodatnie, jak mawiał jeden nasz prezydent. Są bowiem wydarzenia, które przy okazji Świąt Bożego Narodzenia najczęściej mają miejsce i … właśnie za dwa dni będzie miało miejsce jedno z nich.
Otóż, już pojutrze, we środę, 30 listopada 2011 roku, w Poznaniu, w Kościele oo. Franciszkanów na Górze Przemysła o godz. 19:00 wystawione zostanie najsłynniejsze oratorium Jerzego Fryderyka Haendla – Mesjasz.
Wykonawcy: Kirsten Blaise - sopran Daniel Cabena - kontratenor Richard Edgar-Wilson - tenor Marc Labonnette - bas Martin Gester - dyrygent
Chór Maîtrise de Bretagne (dyr. Jean-Michel Noël) orkiestra Arte dei Suonatori
Bilety taniutkie, bo 20 i 30 zł, do dostania w CIM-ie oraz przed koncertem (na godzinę przed koncertem!).
Zachęcam, powtarzając dziś zasłyszane zdanie „…Mesjasza zawsze warto zobaczyć…„