… do kawy wyszperałem z szafy wspominaną już wcześniej płytkę Mieczysława Horszowskiego. Jego fortepianowy recital, zarejestrowany podczas koncertu w Filharmonii Narodowej w Warszawie, 6 maja 1984 roku i wydany trzy lata później na winylowej płycie przez Polskie Nagrania można jeszcze czasami uświadczyć na różnych aukcjach internetowych. Kto ma szczęście – niech obowiązkowo kupi. Zwłaszcza, że niestety albumu CD nie ma w ofercie naszego ongiś potentata muzycznego. Niestety. Oczywiście materiał zawarty na tym albumie prawie w całości (prawie robi różnicę, no i nie jest to też TO WYKONANIE) można znaleźć na albumie wydanym przez BBC Classic.
Jedno i drugie, oprócz upływającego czasu świadczy o jednym – Horszowski, jako jeden z ostatnich uczniów słynnego Teodora Leszetyckiego (o którym pisało się już w Klasycznej Niedzieli) dołączy(ł) do innych zapomnianych mistrzów fortepianu. Związki Nergala z Dodą niestety nie służą pamięci o wirtuozach (choć może jakby się ktoś uparł, to niektórzy z naszych pianistów wiedli życie pełne eventów, jak to się dziś mówi, jednak i te wydarzenia po latach pokrył kurz).
Horszowski na wspomnianym albumie Polskich Nagrań wykonuje najpierw Partitę c-moll Jana Sebastiana Bacha (BWV 826), a następnie Sonatę B-dur Wolfganga Amadeusa Mozarta (KV 570). Pięknie, przejrzyście, z wyczuciem. Ale nie ma się co dziwić, bo przecież doświadczenie sceniczne i muzyczne naszego pianisty (uwaga: pierwszy recital fortepianowy miał miejsce w Wiedniu w … 1900 roku!!! – gdy artysta miał wówczas 8 [słownie: osiem] lat) mówi samo za siebie. I czuć w dźwiękach kreowanych przez fenomenalnego pianistę pewność , słychać znakomite frazowanie, kontrolę rytmu, swoiste „czucie” melodii. Dzięki temu muzyka tak Bacha, jak i Mozarta nabiera niezwykłego wymiaru i jest po prostu wyjątkowa.
A na bis: cóż niezwykle urocze Traümarei czyli Marzenie Roberta Schumanna oraz Spinnerlied czyli Prząśniczka Felixa Mendelssohna – Bartholdy’ego. Niestety w sieci niewiele można znaleźć nagrań Mieczysława Horszowskiego. Więc zanim – pomocą brata przekopiuję muzykę z czarnej płyty na ciąg zer i jedynek – proponuję porywający, romantyczny do bólu Nocturn Es-dur op. 9 Fryderyka Chopina. Mieczysław Horszowski w momencie rejestracji miał … 97 lat.
Napisane w Artykuły, Muzyka, historia | Otagowane Bach, Chopin, Leszetycki, Marzenie, Mieczysław Horszowski, Mozart, Polskie Nagrania, Prząśniczka, Schumann, Traümarei, winyl | Zostaw Komentarz »
Poszperałem w sieci i znalazłem kilka informacji o koncertach, jakie w tym roku szykują się tu i ówdzie. Niżej wybrane wieści, bez wskazywania, które z wydarzeń muzycznych to absolutna konieczność. Bez wskazywania, bo każde z nich jest na swój sposób to ważne i tyle. Zatem kolejność nie gra roli.
Rok Chopinowski się zaczął. A skoro trwa, to nie sposób pominąć recitalu Aimi Kobayashi niespełna piętnastoletniej japońskiej pianistki, która już 21 lutego 2010 roku wystąpi w Filharmonii Poznańskiej przy ul. Wieniawskiego. Zagra: koncert fortepianowy nr 26 D-dur Wolfganga Amadeusza Mozarta (w katalogu Köchla oznaczonego numerem 537) zwany Koronacyjnym oraz koncert fortepianowy nr 2 f-moll op. 21 Fryderyka Chopina. Towarzyszyć jej będzie Orkiestra Filharmonii Poznańskiej, pod dyrekcją Marka Pijarowskiego. Na wstępie wykonają oni wspólnie Uwerturę do opery Czarodziejski Flet W.A. Mozarta. Relacja – niezwłocznie po koncercie w dziale Koncerty.
Mozart w wykonaniu … uwaga uwaga, Wandy Landowskiej, o której pisało się już w Klasycznej Niedzieli - niniejszym linkuję tradycyjnie uskrzydlające liryką w tego typu kompozycjach Larghetto. Sam jestem ciekawy, jak wykona ten utwór na koncercie młoda Japonka. A Chopin, no cóż… dla odmiany Martha Argerich i … też niedoścignione chopinowskie Larghetto. Brak mi słów, by opisać to nagranie.
Gdyby ktoś grzeszył nadmiarem pieniędzy, może, a raczej powinien wybrać się do Salzburga, na coroczny, słynny Salzburger Festspiele, czyli letni festiwal muzyki i teatru, tradycyjnie związany z osobą Wolfganga Amadeusza Mozarta. Wśród wykonawców: Les Arts Florissanst (w dziełach Scarlattiego, Caldary i Leonarda Leo), Martha Argerich (wykonująca m.in. Schumanna, Rachmaninowa, Szostakowicza, Brahmsa), Krystian Zimerman (grający dzieła Roberta Schumanna i Grażyny Bacewicz), Hilary Hahn (w kompozycjach m.in. Johannesa Brahmsa) i Wiedeńscy Filharmonicy pod dyrekcją Daniela Barenboima. Oczywiście w roku Fryderyka Chopina nie może zabraknąć dzieł naszego kompozytora. Tak się składa, że 28 i 31 lipca 2010 roku w Salzburgu zagra słynna festiwalowa orkiestra Camerata Salzburg pod dyrekcją … Philippe Herreweghe. Wspólnie z Ivo Pogorelich wykonają wówczas kompozycje właśnie polskiego kompozytora.
Powyżej – właśnie zamek arcybiskupów w Salzburgu. Pięknie górujący nad miastem…
No i na koniec dwa wydarzenia darmowe. Plenerowe koncerty w różnych zamkach i pałacach, otwarte dla zwiedzających i publiczności zawsze przyciągają tłumy. Może więc wcale nie jest tak źle ze słuchaniem muzyki klasycznej?
Pierwszy z nich, to słynny czerwcowy wieczór w ogrodach pałacu Schönbrunn. 9 czerwca 2010 roku wystąpią tam Wiedeńscy Filharmonicy pod dyrekcją Daniela Barenboima. Wykonają – jak to w Wiedniu – kompozycje rodziny Straussów (w tym słynny Walc nad Pięknym, Modrym Dunajem w linku mistrz tegoroczny – Georges Prêtre), a całość (dla tych co nie mogą dojechać) transmitowana będzie przez niemiecką telewizję ORF. Więcej szczegółów tu.
Drugi z nich – z pewnością mniej znany – ale równie ciekawie zapowiadający koncert odbędzie się w barokowych ogrodach pałacu w Moritzburgu k. Drezna. Jak zwykle pewnie w sobotnie popołudnie w połowie sierpnia pałacowe ogrody będą rozbrzmiewać muzyką baroku. Kompozycje Vivaldiego, Bacha i Telemanna zdominowały ubiegłoroczny festiwal, ciekawe więc, co będzie można usłyszeć latem 2010 roku. Zapowiedź festiwalu tu – a więcej informacji już wkrótce.
Nic, tylko jeździć…
Poniżej – słynna wiedeńska Glorietta w ogrodzie barokowym pałacu Schönbrunn.

Napisane w Artykuły, Fotografie, Muzyka | Otagowane Aimi Kobayashi, barok, Chopin, Daniel Barenboim, Georges Prêtre, koncert, live music, Mozart, piano concerto, Salzburg, Schönbrunn, Vienna, Wanda Landowska, Wiedeń, Wien, Wiener Philharmoniker | Zostaw Komentarz »
Kręci mi się w odtwarzaczu ostatnio album przekrojowy (wiem, wiem – napisałem onegdaj, że nie lubię składanek) z muzyką epoki klasycyzmu. A ściślej z muzyką trzech wielkich kompozytorów klasycyzmu, określanych często również mianem klasyków wiedeńskich. Kręci się i nie chce mnie puścić, jak zima ostatnio. Wszystko to stało się za sprawą styczniowych wydarzeń, tj. noworocznego koncertu Wiener Philharmoniker z Goldener Saal Musikverein z Wiednia oraz książki Davida Kinga „Wiedeń 1814”. Oczywiście wiem, że w Austrii grali ostatnio nasi szczypiorniści, ale przecież nie muszę – jak wszyscy ostatnio w tym kraju – robić się specjalistą i fanem piłki ręcznej? Choć zatem nie śledziłem doniesień z austriackich parkietów, to nie oznacza, że mnie ostatnio Austria nie zajmuje.
Powracając do połączenia czegoś dla ucha i czegoś dla oka: natychmiast po obejrzeniu koncertu wiedeńskich filharmoników powróciły wspomnienia z wiosny 2008 roku, z naszej wyprawy do Wiednia. Powrócił też żal, że tak niewiele tam wtedy zobaczyliśmy i … usłyszeliśmy. A czy jest co oglądać? Oczywiście, i żeby nie było, są to nie tylko luksusowe i ogromne pałace. Tych jest co niemiara, choćby wspomnieć piękny, oglądany przez nas tylko z zewnątrz pałac księcia Sabaudzkiego znany pod nazwą Belvedere. Albo wspaniały pałac Schönbrunn, w którym symfonicy wiedeńscy wystąpią z darmowym koncertem 3 czerwca 2010 roku. Że o Hofburgu nie wspomnę
Zresztą – wspomniany wyżej David King a propos wiedeńskich zabytków napisał tak: „Mimo długiej podróży ekipa brytyjska była jedną z pierwszych oficjalnych delegacji, jakie przybyły do miasta. Jej szefem był lord Castlereagh, wysoki blondyn, wyglądający dwadzieścia lat młodziej niż swe faktyczne czterdzieści pięć lat. […] Pojawił się w stolicy Austrii już trzynastego września i natychmiast odszukał przydzieloną mu kwaterę, kamienicę ukrytą przy wąskiej Milchgasse. Parę lat wcześniej pokoje te wynajmował młody muzyk nazwiskiem Wolfgang Amadeusz Mozart. Mieszkając tu na początku lat osiemdziesiątych osiemnastego wieku, Mozart pracował nad swoją pierwszą w pełni niemiecką operą, Die Entführung aus dem Serail (Uprowadzenie z Seraju), oraz romansował z córką gospodyni, Konstancją, z którą ożenił się w roku 1782. Przytulne mieszkanko okazało się wprawdzie szczęśliwym miejscem dla Mozarta i jego opery, ale kameralne rozmiary niezbyt odpowiadały delegacji reprezentującej Wielką Brytanię, dumną finansistkę zwycięstwa sił koalicji. Castlereagh […] jeszcze przed upływem tygodnia przeniósł się do dwudziestodwupokojowego apartamentu przy Minoritenplatz…”
Domów, placyków, pomników, … ba ulic jest do oglądania co niemiara. I idziesz sobie człowieku i patrzysz, a historia stuka cię w ramię a to miejscem, gdzie podrywał kobiety car Aleksander, a to spoglądają na nas okiennice domu, gdzie Katarzyna Bagration, wdowa po generale Piotrze Iwanowiczu Bagrationie, zabitym pod Borodino w wielkiej bitwie kampanii 1812 spoglądała na mizdrzącego się do niej Metternicha i Talleyranda. I nie czuć już nieprzyjemnego zapachu stajni dla kilku tysięcy koni, jakie w tym miejscu utrzymywał przez wieki dwór austriackiego cesarza, a tam gdzie dziś stoi pomnik wielkiej cesarzowej Marii Teresy, plączą się między zwiedzającymi wspomnienia dawnych epok spoglądających na siebie z przepięknych budynków Muzeum Historii Sztuki i Muzeum Historii Naturalnej. Polskich akcentów w stolicy Austrii też co niemiara. Nic, tylko oddychać i chłonąć wszechobecną tam historię.
Muzycznie – niech towarzyszy nam Johann Strauss II – autor słynnego walca Nad Pięknym Modrym Dunajem. Dziś proponuję uwerturę do operetki Zemsta Nietoperza. Dyryguje Herbert von Karajan.
Napisane w Artykuły, Fotografie, Muzyka, historia | Otagowane 1815 r., Aleksander I, Bagration, Beethoven, David King, Die Fledermaus, Haydn, Hofburg, Johann Strauss II, klasycyzm, Kongres Wiedeński, Metternich, Mozart, Napoleon, Schönbrunn, Talleyrand, Vienna, Wiedeń, Wien, Wiener Philharmoniker, XIX w., Zemsta Nietoperza | Zostaw Komentarz »
Styczeń 31, 2010 Autor: Kris
Wiedeń. Jeśli miałbym mieszkać w dużym mieście, to byłby to Wiedeń. Z jego zabytkami, atmosferą, ludźmi, muzyką. Nawiązanie do stolicy Austrii pojawia się nieprzypadkowo. Wiedeńscy symfonicy z koncertu noworocznego cały czas rządzą w moim odtwarzaczu. Na dodatek David King w swojej książce o konferencji wiedeńskiej z 1815 roku czaruje obrazem stolicy Cesarstwa z przełomu wieków osiemnastego i dziewiętnastego. A dziś od rana na talerzu gramofonu kręci się świetna płyta nagrana przez Nicolaus Harnoncourta oraz Staatskapelle Dresden. Na niej – nic dziwnego – Mozart i jego Serenada D-dur KV 250. Klasyka klasyki. Muzycznie – brzmi to tak…
Idealna muzyka do śniadania.
I anegdota na koniec. Osobistości, koronowane głowy i cała śmietanka towarzyska z początku osiemnastego wieku zjechała na słynną konferencję do Wiednia. Co zaowocowało powstaniem wierszyka, dość zabawnie oddającego prawdę o tamtych czasach. Mówiono tak:
Car Rosji: Romansuje za wszystkich
Król Prus: Myśli za wszystkich
Król Danii: Gada za wszystkich
Król Bawarii: Pije za wszystkich
Król Wirtembergii: Je za wszystkich
Cesarz Austrii: Płaci za wszystkich
Miłej niedzieli
Napisane w Artykuły, Muzyka, historia | Otagowane historia, Wiedeń, Vienna, Wien, muzyka klasyczna, Mozart, klasycyzm, Nicolaus Harnoncourt, Kongres Wiedeński | Zostaw Komentarz »
Styczeń 20, 2010 Autor: Kris
Rok … Chopinowski się zaczął. Ale o nim za chwilę. W pierwszej kolejności bowiem muszę napisać o koncercie, do którego obejrzenia zachęcałem w pierwszym wpisie noworocznym. Rzadko ostatnimi czasy zdarzało się, że w Nowy Rok mogłem posłuchać (i obejrzeć) bezpośredniej transmisji Wiedeńskich Filharmoników, grających koncert w Złotej Sali Musikverein w Wiedniu. Tym razem za sprawą pewnych zmian życiowych w 2010 rok weszliśmy jak za dawnych czasów: popijając kawę przy akompaniamencie walców Johanna Straussa. Orkiestrą dyrygował Georges Prêtre – francuski dyrygent zaproszony przez filharmoników do współpracy właściwie dwa razy pod rząd (by wspomnieć tylko znakomicie poprowadzony przezeń świetny koncert noworoczny z 2008 roku). Muzycznie było znakomicie. Spektaklowo było bardzo przyjemnie. Więc … no cóż, nie byłbym sobą, jakbym się nie przyczepił do czegoś.
Transmisja. Ano ta niestety była taka, że … po prostu była. TVP2 może dostać za nią ocenę „dostateczną” i to głównie dlatego, iż w ogóle przeprowadzono transmisję. Szkoda mi trochę Bogusława Kaczyńskiego, który z nieustającą siłą próbuje zaszczepić w narodzie miłość do muzyki klasycznej, że musi znosić tak fatalną jakość (choć bardziej pasuje tu słowo „jakoś”) telewizyjnego przekazu. Pomijam tu naturalną głuchotę społeczeństwa; żal mój tyczy się wyłącznie sygnału telewizyjnego, jaki TVP2 przesłała z noworocznym pozdrowieniem miłośnikom muzyki w sobotnie południe 1 stycznia 2010 r. Obraz był jaki był, dźwięk nie lepszy. Więcej się nie da o tym powiedzieć, bo nerwy i zdrowie już nie to i po co się irytować na początku roku. Zżymam się, bo miałem okazję zobaczyć przekaz, jaki widzom i melomanom zza zachodniej – umownie – granicy zaserwowała niemiecka stacja ORF2. Czystość obrazu, jakość dźwięku – wszystko to, czego brak tak bardzo raził w telewizyjnej Dwójce. Nawet … widz mógł sobie wybrać, czy chce słuchać koncertu w stereo, czy też woli dźwięk Dolby Digital 5.1. Napisałbym, że żyjemy w Azji, ale wolę tego nie robić, bo azjatyckie telewizje pewnie wyprzedzają nas i Niemców o lata świetlne…
Jakby tego było mało, to jest jeszcze druga kwestia. Powszechnie jest wiadomo (chcę w to wierzyć i już!), że 2010 rok to Rok Chopinowski. Mija bowiem 200 lat od urodzin naszego wielkiego kompozytora. Z tego też powodu szykuje się w naszym kraju sporo atrakcji. O niektórych już pisałem, a o innych też postaram się co-nieco skrobnąć. Przy okazji zaś koncertów prezentowanych przez Telewizję Polską, to w pierwszym tygodniu stycznia, dokładniej we czwartek 7.01. wystąpił w filharmonii narodowej w Warszawie Lang Lang. Zagrał Andante Spinato, poloneza Es-dur op.22 oraz utwór, którego interpretacja jest po prostu N-I-E-Z-I-E-M-S-K-A. Koncert fortepianowy nr 2 f-moll op. 21 Fryderyka Chopina. Płyta z chopinowskimi koncertami granymi przez Artura Rubinsteina, zrecenzowana w Klasycznej Niedzieli to mistrzostwo świata – i nigdy nie myślałem, że ktoś te interpretacje może pobić. Zrobił to właśnie Lang Lang na albumie wydanym przez Deutsche Grammophon (który doprasza się recenzję, wiem, wiem!) i na chwilę w Warszawie z tym nieosiągalnym poziomem mieliśmy do czynienia także i my. Zresztą – posłuchajcie mojego ukochanego Larghetto. Na szczęście transmisja nie położyła koncertu całkowicie, ale niestety trzeba przyznać, że pracę realizatora koncertu w zakresie prezentowanego widzom obrazu oceniłbym na taką naciąganą „czwórkę”. Przecież … taki koncert to nie jest wydarzenie z dnia na dzień, przecież przygotowuje się je przez dłuższy czas. Można zatem było pomyśleć o jakichś obrazach, które ubarwiłyby prezentację sceniczną muzyki Fryderyka, a zarazem stanowiłyby piękną reklamówkę naszego kraju. A tak mieliśmy na zmianę rzut na orkiestrę i zbliżenie twarzy Lang Langa. I stąd mały niedosyt.
Żeby nie było tak przygnębiająco – zapraszam do działu Recenzje, gdzie z czystym sercem polecam znakomity album SACD nagrany przez Ottavio Dantone i Accademię Bizantinę dla wytwórni ARTS. Recenzję znajdziecie tu.
Napisane w Artykuły, Muzyka, Recenzje, Relacje z koncertów., Zapowiedź recenzji | Otagowane Wiedeń, Vienna, XVIII w., muzyka klasyczna, XIX w., Antonio Vivaldi, Recenzje, classic music, Lang Lang, koncerty, Georges Prêtre, relacje, Wiener Philharmonikier, Accademia Bizantina, Ottavio Dantone, Stefano Montanari, Il Cimento Dell’Armonia E Dell’Inventione, Paolo Grazzi, Musikverein, walc, waltz | Zostaw Komentarz »
Styczeń 14, 2010 Autor: Kris

Anglojęzyczny świat siłą stoi w muzyce. Nie tylko współczesnej. Rock, pop, blues, jazz … doskonale to wszystko wiemy. A klasyka? Ano w niej również mieszkańcy Wysp mają sporo do powiedzenia. Pomijając w tym momencie orkiestry, które wykonują na Wyspach muzykę klasyczną, a skupiając się jedynie na wokalnych ansamblach, można spokojnie potwierdzić owo założenie z początku wpisu. The Sixteen, The Tallis Scholars to tylko dwa zespoły, znakomicie wykonujące wokalną muzykę klasyczną. Pierwsi, pod dyrekcją Harry’ego Christophersa od lat zachwycają nie tylko kompozycjami Thomasa Tallisa, Williama Byrda, Orlando Gibbonsa czy Thomasa Tomkinsa, ale również mniej znanych kompozytorów, jak Lambe, Wylkynson , Cornysh i Davy.
Tallisów, których koncert z Rzymu, z Santa Maria de Maggiore opisywany był już w Klasycznej Niedzieli chyba przedstawiać nie trzeba. Perfekcyjnie wykonujący dzieła Palestriny, Obrechta, Josquina des Pres, Gesualda, że o Gregorio Allegrim nie wspomnę Brytyjczycy pod dyrekcją Petera Phillipsa na zawsze będą już stanowić punkt odniesienia dla każdego nowego zespołu, jaki podejmować się będzie wykonywania muzyki renesansu.
Okazuje się jednak, że od niedawna na scenie współczesnych wykonawców muzyki renesansu pojawiła się kolejna „gwiazda”. Stile Antico. Śpiewacy z Wielkiej Brytanii, których debiut za sprawą albumu wydanego przez Harmonię Mundi stał się wydarzeniem XXI wieku. Jaka to płyta? Cóż, zapraszam do działu recenzje.
A tle niech wybrzmi zapowiedź anielskich głosów – oto fragment koncertu Stile Antico z 2008 roku. Wykonali wówczas „Ego flos campi” Clemensa non Papa. Prawda, że świetnie? Zapraszam do działu recenzje.
Napisane w Artykuły, Fotografie, Muzyka, Zapowiedź recenzji | Otagowane muzyka klasyczna, renesans, Renaissance, Odrodzenie, Recenzje, classic music, Tallis, Byrd, Stile Antico, Katedrála svätého Martina, Katedra św. Marcina, Bratysława, The Sixteen, The Tallis Scholars, Music For Compline, Heavenly Harmonies, Sheppard | Zostaw Komentarz »
Styczeń 12, 2010 Autor: Kris
Oczywiście możliwe jest, że Piekło, w znaczeniu w jakim większość nas myśli – wymyśliliśmy sobie sami. A dokładniej stało się to tak, jak swego czasu w słynnym kawale („… zmarła dusza trafia do piekła, i widzi, że we wszystkich salach wygląda ono inaczej, niż myślała, że tam będzie. Jedni lokatorzy Piekła bawią się, inni piją, jeszcze inni ucztuj i śpiewają – we wszystkich salach radość i zabawa. Poza jedną: w tej ostatniej dusze jęczą, polewają się smołą, obdzierają się ze „skóry” – słowem – zupełne zaprzeczenie wcześniej odwiedzanych pokoi. Pyta więc ów umarlak napotkanego „Diabła” – dlaczego te wszystkie odwiedzone przezeń wcześniej dusze bawią się i cieszą, jak nigdy. Diabeł odpowiada, że tak tu już jest! No a tamci – pokazuje umarlak na tych, co nurzają się w cierpieniu? A tamci – odpowiada Diabeł – cóż, tamci to chrześcijanie – oni zawsze muszą dla siebie coś takiego wymyślić …”
Pozornie ten żart powyżej może wydawać się obrazoburczy i obrażający uczucia religijne. Jednak zanim ktokolwiek rzuci kamień proponuję przeczytać jeszcze tych kilka następnych zdań wyjaśnienia. Z racji tego, że nie miałem zbyt wiele do czynienia z mądrymi tekstami religijnymi, to przyjmuję w ciemno podejście do apokatastazy wyrażone w tym miejscu.
A co to takiego ta apokatastaza? To doktryna religijna, sformułowana w pierwszych wiekach chrześcijaństwa w kościele wschodnim (doprecyzowana przez św. Grzegorz z Nyssy), zgodnie z którą na Końcu Świata będzie miało miejsce powszechne zbawienie, co oznacza ni mniej, ni więcej, że wszyscy potępieni, a nawet Szatan, zostaną zbawieni. Hm, z jednej strony fajne podejście, ale … czy to oznacza, że nie trzeba się w ogóle starać? Trzeba, ale nie przesadzajmy też w drugą stronę.
Niewątpliwie takim przegięciem była zmiana nastawienia do Szatana, Piekła i Grzechu, jaka nastąpiła po potępieniu apokatastazy w VI wieku n.e. na Synodzie w Konstantynopolu. Diabeł, odtąd traktowany jako wizja porywającego dusze ludzkie na wieczność zła, pojawiać się zaczął nie tylko w uczonych religijnych dogmatach, ale także trafił do dziedzin dotąd nie wolnych od szatańskiej ideologii. Mało tego, zaczęto się przejawów szatana doszukiwać w miejscach, których nigdy byśmy o to nie podejrzewali. Literatura, rzeźba, malarstwo, a nawet muzyka. Już nie tylko życie codzienne, ale nawet to, co zawsze cechowało się swego rodzaju swobodą i wolnością.
Groźnie brzmiący tytuł, to dla jednych nawiązanie do muzyki dawnej, a dla innych skojarzenie z muzyką … grupy Slayer. Tak czy siak, można źle trafić. Diabolus in musica to po prostu interwał zwany trytonem czyli odległość między dźwiękami wynosząca trzy całe tony. Przez to w epoce renesansu ten interwał uznany został za dysonans i jako nieprawidłowy był wręcz zakazany (i dlatego nazywano go po łacinie diabolus in musica traktując go jako stworzonego przez diabła). Stąd już blisko do doszukiwania się szatana w książkach, genitaliach rzeźb klasycznych, dekoltach sukien noszonych przez kobiety i tysiącu różnych rzeczy, które przeszkadzały (przeszkadzają) różnym ludziom. “Gdyby mój własny ojciec popadł w najmniejszą choćby herezję, własnoręcznie zebrałbym drewno na stos dla niego” te słowa Giovanni Pietro Carafy – czyli papieża Pawła IV dowodzą, że Pawka Morozow nie wziął się z próżni.
Póki co więc zachęcam do posłuchania muzyki średniowiecznej Guillaume de Machaut. Zawierającej słynny zakazany interwał. W linku jego Ave Maria Grazia pena.
Recenzji płytki nie będzie. Nie na razie. Jeszcze – po tych kilkunastu przesłuchaniach nie wiem, czy warto…
——————————————————————————————————————
A już na koniec ciekawostką niech będzie fakt, że ów „diabelski” interwał stosowany jest do dziś. Również w utworach, które … no zresztą sami zobaczcie ich króciutką, aż dość wymowną listę.
1) “Black Sabbath” - Black Sabbath (z dedykacją dla młodego Krisa)
2) “Red” - King Crimson (z dedykacją dla Grzegorza)
3) “Enter Sandman” – Metallica (z dedykacją dla Agnieszki)
Zainteresowanych wyłącznie Klasyczną Niedzielą odradzam klikanie powyższych linków.
Napisane w Artykuły, Muzyka | Otagowane Antoine Guerber, Ars Nova, diabelska muzyka, diabelski interwał, Diabolus In Musica, Guillaume de Machaut, medieval music, middle age, Missa Notre Dame, msza, muzyka średniowieczna, polifonia, tryton, XIV w., Średniowiecze. Wieki Średnie | Komentarzy: 2 »
Styczeń 1, 2010 Autor: Kris
… Wszystkim odwiedzającym: Tym, którzy wpadają tu regularnie i dla Tych, co przez przypadek zabłądzą na strony Klasycznej Niedzieli.
Po nocy z utworami, do których sporo z nas by się nie przyznało, że ich słucha, na poranne śniadanie zapraszam wyjątkowo do włączenia telewizora. Symfonicy wiedeńscy, pod dyrekcją Georges Prêtre zagrają bardzo chłodzący zmysły koncert w sali Wiener Musikverein. Jak zwykle poświęcony rodzinie Straussów, jak zwykle z pięknymi walcami. Warto, jak zwykle zresztą …
Program 2 TVP. Zapowiedź 12.05, koncert 12.15.
Miłego popołudnia. I znakomitej muzyki (płyt i koncertów) w 2010 roku. Zwłaszcza muzyki klasycznej.
Napisane w Artykuły, Muzyka | Otagowane muzyka klasyczna, classic music, Georges Prêtre, New Year's Concert 2010, koncert noworoczny 2010, The Vienna Philharmonic New Year's Concert 2010, Wiener Philharmoniker | Zostaw Komentarz »
Grudzień 25, 2009 Autor: Kris
Robiąc sobie przerwę od słuchania genialnych albumów koncertowych: pochodzącego sprzed lat, ale odświeżonego właśnie na winylach „The Song Remains The Same” Led Zeppelin (oj, sprawił się Gwiazdor, sprawił!), czy świeżutkiego, że aż pachnącego nowością „Live From Madison Square Garden” Erica Claptona i Steve’a Winwooda wróciliśmy na czas popołudniowej kawy w Boże Narodzenie do muzyki klasycznej. Poszperałem trochę w szafie z winylami, i jakieś było moje zdziwienie, że tam, na półce, między różnymi płytami zawieruszyło się kilka płyt, których nie słuchałem kilka (naście chyba) lat.
Stąd owe „3xH” w tytule dzisiejszego wpisu. Winylowe „H” trzeba by dodać przy okazji, zawierające utwory, które raczej nie są „pierwszą ligą” wśród najczęściej słuchanych (i lubianych) kompozycji muzyki klasycznej.
Pierwszy album to stare wydawnictwo Deutsche Schallplatten G.M.B.H. (tak, tak, wydane w państwie, które już nie istnieje) Harnoncourt dirigiert Mozart. Nicolaus Harnoncourt, a dokładniej Johann Nicolaus hrabia de la Fontaine und d’Harnoncourt-Unverzagt, mimo niewątpliwych zasług na polu interpretacji dzieł Jana Sebastiana Bacha wywołuje również uśmiech na twarzy w przypadku interpretacji utworów innych kompozytorów, a nie tylko lipskiego kantora św. Tomasza. Szerzej – wkrótce w recenzji.
Druga płyta (i drugie H) to tym razem nie wykonawca, a kompozytor. Haydn – ale uwaga – nie słynny Franz Joseph, któren gościł już na łamach Klasycznej Niedzieli, ale jego młodszy brat Johann Michael Haydn. Album wybrany jako kawowe wsparcie muzyczne zawiera nagrania, które
a) wiążą się muzycznie z miastem, które zrobiło na mnie ogromne wrażenie w mijającym roku (mowa o Dreźnie) oraz
b) na okładce albumu znajduje się fotografia przepięknego – również odwiedzonego przeze mnie (i prezentowanego „zdjęciowo” w Klasycznej Niedzieli) miejsca w Saksonii, czyli Barokowych Ogrodów Großsedlitz.

Pablo Casals for LIFE (1965)
Trzecia literka „H”, która dziś jest sponsorem dnia i tego wpisu to H jak Horszowski. Mieczysław Horszowski. Pianista, którego występ w Filharmonii Narodowej w Warszawie w 1984 roku na płycie utrwaliły „Polskie Nagrania” – wydawnictwo, które melomanii w Polsce darzyli tak negatywnymi uczuciami, że aż trudno to wyrazić. Wszystko za sprawą bardzo słabej, a raczej PASKUDNIE ZŁEJ jakości płyt tłoczonych przez tego producenta. Tak słabej, że aż szkoda gadać… Płyta na szczęście się uchowała od częstego odtwarzania i dziś zabrzmiała po latach bardzo przyjemnie .
Zapomniani kompozytorzy (bo tego Haydna to niewiele osób kojarzy), zapomniani wykonawcy (bo Horszowski to taka postać, o której pamiętają jedynie osoby bardzo blisko związane z muzyką klasyczną) tudzież sławni kompozytorzy oraz sławni dyrygenci, jednak na płycie lub w materiale niekoniecznie z pierwszej półki wykonawczej. Ot, całe 3xH.
Napisane w Artykuły, Muzyka | Otagowane muzyka klasyczna, Drezno, klasycyzm, classic music, Johann Michael Haydn, Nicolaus Harnoncourt, Mieczysław Hroszowski, Horszowski, LIFE, winyl, Polskie Nagrania, Deutsche Schallplatten GMBH | Zostaw Komentarz »
Grudzień 23, 2009 Autor: Kris
Na Boże Narodzenie sprawiłem sobie specjalnie album Diego Fasolisa i orkiestry I Barocchosti (po koncertach brandenburskich biorę ich w ciemno!) z Weihnachtsoratorium. Poczytałem wcześniej, chcąc trochę zrozumieć kontekst i znaczenie dzieła i jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że Jan Sebastian Bach napisał swoje oratorium po pierwsze składając je z wcześniej napisanych fragmentów swoich dzieł (m.in. „Herkulesa na rozdrożu” i „Dramma per musica na cześć królowej”), a po drugie – całość powstawała, gdy Bachowi marzyła się posada nadwornego kompozytora elektora Saksonii i Polski. Niewiele brakowało, a Johann Sebastian Bach byłby kompozytorem, którego moglibyśmy stawiać wśród postaci zasłużonych dla polskiej kultury (wiem, wiem, to naciągana teza, ale proszę nie zgrzytać zębami, bo tak mogło się wydarzyć!).
Stało się inaczej. Ale z tych faktów można wyciągnąć również i taki wniosek, że gdyby Bach dziś komponował, miałby niesamowite pole do popisu. Łączenie poszczególnych fragmentów muzycznych dziś odbywa się albo komputerowo, albo przy wykorzystaniu innego sposobu lub rodzaju sprzętu. Wówczas Bach pisał po prostu partyturę, przerabiał, przepisywał i zamieniał wersje, a muzykę… słyszał w głowie patrząc na zapisane nuty. Geniusz? Oczywiste!
Nie chcąc dalej popadać w zachwyt nad umiejętnościami lipskiego kantora zapraszam do recenzji. A muzycznie – niech czytanie umili nam rzeczone oratorium w wykonaniu Concentus Musicus Wien & the Arnold Schoenberg Chor pod Nicholasem Harnoncourtem. Przednia rzecz.
Zaczyna się to tak…
Napisane w Muzyka, Recenzje, Zapowiedź recenzji | Otagowane barock, barok, Boże Narodzenie, Christmas Oratorium, classic music, Diego Fasolis, elektor, I Barocchisti, Johann Sebastian Bach, music, Muzyka, Oratorium, Polska, Recenzje, Saksonia, Weihnachtsoratorium, XVIII w. | Zostaw Komentarz »
Starsze wpisy »